Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Witajcie w moim kosmetycznym świecie !!! Mam nadzieje, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie :))

older | 1 | .... | 13 | 14 | (Page 15) | 16 | 17 | .... | 31 | newer

    0 0

    Przy okazji ostatniego zamówienia z Biochemii Urody postanowiłam zakupić też ten płyn micelarny. Mam swoje ulubione micele, jednak zawsze jak mam okazję, to chcę wypróbować inne. Dzięki temu mogę poznaćkolejne fajne produkty lub docenić jak bardzo lubiłam te dotychczas używane.


    Kupując ten płyn micelarny otrzymujemy już cały gotowy zestaw. Jedyne co nam pozostaje to zmieszać wszystkie składniki. Można też dokupić kompleks silikonowo-malinowy, który ma za zadanie m.in. zwiększać działanie oczyszczające i nawilżające płynu (dlatego go dokupiłam). Na stronie producenta znajduje się instrukcja wykonania, gdzie krok po kroku opisane jest jak zmieszać składniki. Nie zajmuje to wiele czasu - zaledwie kilka minut.

    Zawartość zestawu to:
    - hydrolat z kwiatu pomarańczy
    - D-Pantenol (witamina B5)
    - alantoina
    - ekstrakt z lukrecji
    - ekstrakt z białych kwiatów
    - emulgator - glyceryl cocoate
    - etykieta na gotowy produkt



    Płyn znajduje się w charakterystycznym dla Biochemii Urody opakowaniu. Jest to przyciemniana, plastikowa buteleczka z otworem dozującym. Opakowanie to nie wygląda specjalnie porywająco, ale nie to się liczy. Ważniejsze jest to, że dozuje odpowiednią ilość płynu.

    Konsystencja i zapach:
    Gotowy produkt ma postać bezbarwnego płynu o zapachu hydrolatu z kwiatu pomarańczy. Nie jest on nieprzyjemny ani drażniący. Jednak nie trafia w moje gusta zapachowe. Raz mi on się nawet podoba, a innym razem mnie odpycha od używania tego micela. Trzeba się do niego przyczaić. Chociaż znalazłam też opinie osób, którym zapach hydrolatu z kwiatu pomarańczy bardzo się podoba.

    Działanie:
    Jeśli chodzi o jego działanie, to jestem z niego bardzo zadowolona. Przede wszystkim jest bardzo delikatny i łagodny dla skóry. Nie podrażnił mnie. A nawet wręcz przeciwnie - powiedziałabym, że działa kojąco na skórę. Nie powoduje efektu "ściągnięcia" skóry. Po przetarciu nim nie czułam potrzeby, aby od razu sięgać po krem nawilżający. Dobrze radzi sobie z  demakijażem i oczyszczaniem skóry. Wszystko byłoby z nim pięknie i ładnie, gdyby nie to, że jest okropnie mało wydajny. Jestem przyzwyczajona do tego, że nie muszę używać dużo micela do demakijażu. Gdy próbowałam tak robić z tym płynem, to niestety makijaż zmywałam całe wieki. Niestety zachodzi potrzeba, aby nasączyć nim wacik dość obficie. A to przekłada się na zmniejszenie jego wydajności. Mam jego już ostatek i przypuszczam, że wystarczy mi tak gdzieś do niedzieli. Czyli to będzie równe 5 tygodni jego używania. Co uważam za kiepskie osiągniecie.

    Podsumowując
    podoba mi się jego działanie, niestety gorzej z jego wydajnością. Kiedyś może go jeszcze kupię. Jednak na razie powracam do micela z Tołpy. Jeśli kogoś nim zaciekawiłam, to myślę, że warto go wypróbować.

    Pojemność: po zmieszaniu wszystkich skladników wychodzi ok. 105 ml

    Cena: 16,80 zl

    Skład: Citrus Aurantium Amara (Orange) Flower Water, Water; Glycerin; Rosa Centifolia (Pale Rose) Flower Extract; Jasminum Grandiflorum (Jasmine) Flower Extract; Bellis Perennis (Daisy) Flower Extract; Xanthan Gum, Panthenol (pro-witamina B5), Glyceryl Cocoate (emulgator/emolient), Dipotassium Glycyrrhizinate, Allantoin.

    0 0

    Lubię od czasu do czasu poużywać jakiś hydrolat. Do tej pory miałam już hydrolat z kwiatu pomarańczy, hydrolat z róży damascena, hydrolat lawendowy. Podczas ostatniego zamówienia kosmetyków z Biechemii Urody postanowiłam wypróbować tym razem hydrolat truskawkowy. Zwłaszcza, że jest on dostępny w limitowanej ilości do wyczerpania zapasów.

    Hydrolat znajduje się w plastikowej, przyciemnionej butelce. Posiada ona otwór dozujący, aby lepiej aplikować go na wacik. Ma postać bezbarwnego, przezroczystego płynu. Z opisu tego produktu wynika, że ma mieć on soczyście truskawkowy zapach. Niestety rzeczywistość przynosi brutalne rozczarowanie. Zapach tego hydrolatu nie jest ładny. Przypomina mi on raczej ten, który towarzyszy zgniłym truskawkom. 

    Od pewnego czasu zaobserwowałam wysyp czerwonych plamek na skórze twarzy. Nagłowiłam się trochę co może być tego przyczyną. Zaczęłam sprawdzać kosmetyki, które niedawno dołączyły do mojej pielęgnacji. Moje podejrzenia padły ten hydrolat. Upewnił mnie o tym wpis melingue, która zaobserwowała u siebie to samo. Dowiedziałam się z niego, że powinno pomóc rozcieńczenie hydrolatu. Tak też zrobiłam. Przyniosło to pozytywne efekty. Po pierwsze zapach hydrolatu sporo złagodniał i nie drażni mnie już tak bardzo. Po drugie - i najważniejsze - nie wyskakują mi już te czerwone plamki na skórze. A po trzecie wzrosła wydajność hydrolatu. Chociaż nie jestem z tego faktu aż tak bardzo zadowolona, bo chciałabym go jednak jak najszybciej zużyć.

    Hydrolat ten ma mieć następujące dzialanie:
    - antyoksydacyjne
    - nawilżające
    - złuszczające
    - rozjaśniające
    - kojące skórę
    - antyseptyczne, antybakteryjne

    Ja jak na razie nic z tych rzeczy nie zaobserwowałam. Stosuję go po prostu jako tonik - przecieram skórę wacikiem nasączonym tym hydrolatem.

    Pojemność: 125 ml

    Cena: 22,90 zł

    Skład: Fragaria Ananassa (Strawberry) Fruit Water + konserwant ECOCERT Geogard ultra (1%) : Gluconolactone; Sodium Benzoate; Calcium Gluconate

    Miałyście ten hydrolat ???

    0 0

    Jeszcze w grudniu skusiłam się na mojego pierwszego boxa. Było to debiutanckie pudełko PinkJoy. Jego zawartość pokazywałam TUTAJ. Edycja ta poświęcona była kosmetykom rosyjskim. Znalazł się tam między innymi ochronny krem do rak "Silikon".


    Informacje o kremie:
    Krem stworzony został by chronić skórę dłoni nawet, w najbardziej ekstremalnych warunkach. Specjalna silikonowa formula tworzy na skórze niewidzialną barierę ochronną zarówno przed bardzo niskimi temperaturami, chłodnym wiatrem jak i przed działaniem kwasów, soli i zasad czyli substancji zawartych w niemal każdym stosowanym w domu środku czystości. Krem zmiękcza, nawilża, skutecznie eliminuje suchość czy nawet łuszczenie skóry. 



    Krem znajduje się w metalowej tubce zaopatrzonej w małą zakrętkę. Utrzymana jest ona w czarno-fioletowej kolorystyce z białymi napisami. Krem jest nie za gęsty, ani też nie za rzadki. Ma mętny-biały kolor. Nie ma problemów z jego rozsmarowywaniem na skórze. Jednak niestety nie jestem w stanie go używać do smarowania rąk. Po pierwsze odpycha mnie jego zapach, który jest nieprzyjemny i bardzo chemiczny. Gdy ręce znajdą się w zasięgu nosa, to cały czas zapaszek ten jest odczuwalny. Poza tym zostawia na dłoniach taką okropną tłustą warstwę, która mnie denerwuje. Długo się wchłania i daje takie nieprzyjemne uczucie lepkości. Nie zaobserwowałam u siebie żadnych dobroczynnych efektów z tych wymienionych w informacji o kremie.
    Przypomniałam sobie o nim dopiero ostatnio i myślałam, że przyda mi się dodatkowy krem do rąk. Jednak nie jestem w stanie go używać i szukam innego rozwiązania jak go zużyć. Pewnie przeznaczę go do stóp.


    Pojemność: 75 ml

    Cena: nie jest podana

    Dostępność: jest to kosmetyk rosyjski i nie wiem czy może być on gdzieś dostępny w Polsce. Miał ruszyć sklep na stronie PinkJoy, aby można było kupować kosmetyki z boxów.

    Skład:Aqua, Dimethicone, Paraffinum Liquidum, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Dihydroxycetyl Phospphate, Isopropyl Hydroxycetyl Ether, Phenoxyethanol, Methylparaben, Isopropylparaben, Isobutylparaben, Butylparaben.

    A Wy kupiłyście któreś z edycji pudełek oferowanych przez PinkJoy ???

    0 0

    Jakiś czas temu mąż zaczął zagadywać mnie o pędzle do makijażu. Pokazywał mi jakieś na internecie. Potem to ucichło. Nie spodziewałam się, że szykuje mi taką niespodziankę. Aż tu nagle w tym tygodniu odebrałam przesyłkę adresowaną do mnie, a w niej był ten oto zestaw 24 pędzli.



    Wypatrzył je gdzieś na allegro. Ich cena to około 90 zł. Na każdym widnieje napis Bobbi Brown. Niestety nie są to pędzle oryginalne. Widać to po jakości ich wykonania.


    Zaczęłam je używać. Ciekawa jestem jak się sprawdzą w codziennym użytkowaniu.


    0 0



    Z jednego ze spotkań blogerek przywiozłam do domu paczuszkę kosmetyków od sklepu Blisko Natury. Znajdowały się w niej same wspaniałości. Część z nich już używałam jak masło Shea i olej jojoba. Natomiast olej ryżowy oraz olej z dzikiej róży są dla mnie nowościami. Bardzo chętnie je wypróbowałam.



    O nierafinowanym maśle Shea nie muszę się chyba wiele rozpisywać, bo zapewne jest to produkt każdemu znany. Aktualnie najczyściej stosuję je jako krem do rąk. Do torebki kupiłam sobie krem w tubce. Do domu miałam też kupić, ale uznałam, że po co skoro mam masło Shea. Świetnie nawilża skórę i mimo swej tłustości szybko się wchłania. Czasem smaruję nim też przesuszoną skórę na kolanach i łokciach, a także usta. Jest go trochę ciężko wydobyć ze względu na jego zbitą i twardą strukturę. Ja jednak przyzwyczaiłam się już do tego. Tak samo jak do jego charakterystycznego zapaszku, który mi już nie przeszkadza. 


    Znalazły się tu też trzy oleje: olej jojoba, olej ryżowy oraz olej z dzikiej róży. Można stosować je pojedynczo na skórę. Niektóre też na włosy (jojoba). Ojej ryżowy można również spożywać. Wszystkie nadają się także do produkcji kosmetyków. Ja postanowiłam wypróbować metodę zaproponowaną przez sklep Blisko Natury i wykonać serum olejowe. Olejki mieszam w proporcji 1:1:1. Do posmarowania twarzy, szyi i dekoltu wystarczy mi po dwie krople każdego z nich. Aplikuję je wieczorem na umytą skórę, pod krem. Dzięki temu skóra jest bardzo dobrze nawilżona i elastyczna. Wiadomo, że oleje potrzebują trochę czasu, aby się wchłonąć. O dziwo jednak wymieszane razem wchłaniają się szybciej niż jak próbowałam używać je osobno.

    Więcej informacji o tych produktach znajdziecie w sklepie bliskonatury.pl

    Używałyście któregoś z tych produktów ???
    Co sądzicie o takim serum olejowym ???

    0 0

    Kiedy okazało się, że w ostatniej paczce z kosmetykami od Dr Irena Eris znalazły się też kosmetyki dla mężczyzn, mój mąż był bardzo zadowolony. Powiedział, że wreszcie jakaś firma pomyślała też i o mężczyznach. Od razu zabrał je do łazienki i zaczął używać. Napisanie ich recenzji nie jest jednak takie proste, ponieważ z męża ciężko jest wydobyć opinie o kosmetykach, musiałam więc zadawać mu wiele pytań. 



    Żel może być używany do mycia ciała, twarzy i włosów. Okazuje się jednak, że mąż używa go tylko do mycia ciała. Do włosów i twarzy ma inne przeznaczone do tego kosmetyki. Żel znajduje się w wygodnej w użyciu butelce z otworem dozującym. Dobrze się pieni, dzięki czemu jest bardzo wydajny. Spełnia swoje zadanie, czyli oczyszcza i odświeża skórę. Żel ten występuje w czterech wariantach zapachowych. Mój mąż ma wersję Relax ON. Ma ona bardzo fajny zapach. Jak na męskie kosmetyki, to nawet mi się on podoba, bo jest taki typowo męski, ale niezbyt duszący. Żel ma pojemność 250 ml i kosztuje ok. 8 zł.

    Jeśli chodzi o różnego rodzaju kremy i balsamy po goleniu to mój mąż ma problem w ich używaniu. Do tej pory uważał, że wystarczy się skropić wodą po goleniu. Mimo że ma bardzo wrażliwą skórę nie widział potrzeby zmiany nawyków. Od kiedy otrzymał ten balsam po goleniu okazuje się, że jednak go używa. Gdy chwyciłam tubkę, aby zrobić jej zdjęcie, to wyczułam, że jest ona już bardzo leciutka. Balsam ten występuje w trzech wariantach: dla skóry wrażliwej, dojrzałej i normalnej. Mój mąż ma wersję dla skóry wrażliwej. Dobrze nawilża skórę i przynosi ukojenie dla podrażnionych miejsc. Jest bardzo wydajny, ponieważ wystarczy użyć jego niewielką ilość. Ma też bardzo delikatny i przyjemny zapach. Balsam po goleniu ma pojemność 100 ml i kosztuje ok. 18 zł.

    Gdy już wymęczyłam męża pytaniami, na końcu ostatecznie stwierdził, że skoro używa te kosmetyki, to znaczy, że muszą być dobre. To jest prosta, męska logika i właściwie cała recenzja tych produktów mogłaby się zmieścić w tym jednym zdaniu.

    0 0

    Od pewnego czasu zmieniam coś w wyglądzie bloga. Jednak nigdy tak do końca nie potrafiłam tego zgrać tak, aby wyglądało to spójnie, ładnie i wszystko do siebie pasowało. Zaczęłam szukać kogoś, kto by się znał na tych całych kodach html i miał ciekawe pomysły na grafikę. Aż tu nagle dowiedziałam się o Cathy. Jej prace bardzo mi się spodobały. Postanowiłam więc zagadać do niej w sprawie nowego szablonu na bloga. 

    Kasia zapoznała się z moimi podstawowymi oczekiwaniami. Chciałam, aby wyglądało to wszystko bardzo prosto, bez dużej ilości grafiki. A z resztą zdałam się na nią. Już pierwszy projekt, który zaproponowała spodobał mi się. Potem ustaliłyśmy ostatnie szczegóły. I tak oto prezentuje się mój nowy szablon, z którego jestem bardzo zadowolona.


    Z Kasią współpracowało mi się bardzo miło. Jest ona otwarta na wszelakie sugestie, a przy tym bardzo rzeczowa. Szablon powstał szybko i sprawnie dzięki dobremu kontaktowi jaki z nią miałam. 

    Mam nadzieję, że nowy wygląd bloga przypadnie Wam do gustu, 
    i że teraz milej będzie się go przeglądało :))

    Pozdrawiam Was cieplutko :))

    0 0
  • 04/18/14--00:17: Bransoletkomania
  • Mój zbiór bransoletek ostatnio dalej się powiększył. Spodobało mi się noszenie właśnie takich zrobionych z koralików. Do dwóch bransoletek GOTI z walentynkowej edycji, dokupiłam jeszcze nowe - tym razem postawiłam na pastele.


    Każda bransoletka jest indywidualnie dopasowana. Przy składaniu zamówienia wybieramy jej kolor, podajemy obwód nadgarstka, aby dopasować rozmiar. Można poprosić też o zmianę zawieszki. Ja właśnie z tego skorzystałam i je nieco pozamieniałam.


    Dodatkowo Pani Gosia bardzo mnie zaskoczyła, gdy niedługo po złożeniu zamówienia zadzwoniła do mnie i dopytywała się czy wiem, że do tej pory zamawiałam korale wielkości 8 mm, a pastelowy róż zamówiłam 10 mm. Czy to był specjalny zamysł czy pomyłka? Okazało się, że nie popatrzyłam na rozmiar, tylko interesowałam się jedynie kolorem. Jak widać kontakt ze sklepem jest bardzo udany. To wszystko co opisałam sprawia, że lubię zamawiać tan bransoletki. Zastanawiam się jeszcze nad plecionymi.


    Podobają Wam się takie bransoletki ???

    0 0



    Składam wszystkim najserdeczniejsze życzenia
    zdrowych, radosnych i spokojnych świąt Wielkiej Nocy,
    smacznego jajka, mokrego dyngusa,
    odpoczynku w rodzinnym gronie.
    A także wielu chwil radosnych,
    cudownej i ciepłej wiosny !!!



    0 0

    So Cuture to najnowszy tusz do rzęs L'Oreal Paris. Bardzo mnie on zaciekawił, ponieważ miałam już kilka maskar z serii Volume Million Lashes i chciałam przekonać się jak ta będzie działać. Różnią się one między sobą - głównie kształtem szczoteczki, kolorem opakowania i działaniem. Miałam już do czynienia z wersją całą złotą i czerwono-złotą (Excess Noir).


    Od producenta:
    Ultra-precyzyjna szczoteczka Couture definiuje i otula tuszem każdą rzęsę. Bogata formuła o zniewalającym zapachu, zawiera płynny jedwab i czarne pigmenty, aby nadać rzęsom intensywną objętość bez grudek. Rzęsy jak zwielokrotnione.


    Wersja So Couture ma fioletowo-złote opakowanie. Prezentuje się ono bardzo ładnie, elegancko i przyciąga wzrok. Nie mam co do niego żadnych zastrzeżeń. Jeśli chodzi o konsystencję tego tuszu, to bardzo mi się ona podoba. Głownie dlatego, że już od pierwszego użycia jest ona odpowiednia. Nie za gęsta, nie za rzadka - idealna taka jaką lubię. Tusz ma też ładny, czarny kolor. 


    Poprzednie wersje VML miały udziwniane szczoteczki. Nie powiem, że źle mi się je używało. Jednak trzeba było się przyzwyczaić do nich. Ta maskara też ma silikonową szczoteczkę. Jednak jest ona mniejsza i ma bardzo klasyczny kształt (szeroki u nasady, zwężający się ku końcowi). W dobie, gdy producenci wymyślają coraz to bardziej dziwaczne szczoteczki, powrót do takiej standardowej okazał się moim zdaniem bardzo udany. Nabiera ona odpowiednią ilość tuszu. Dobrze mi się nią też manewruje po rzęsach.


    Efekt jaki daje na rzęsach nie do końca mi się jednak podoba. Co prawda ładnie wydłuża i nieźle rozczesuje rzęsy. Nie tworzy też grudek i nie skleja rzęs. Jej trwałość jest dobra - nie kruszy się, ani nie osypuje po całym dniu. Jednak brakuje mi w niej tego efektu pogrubienia, które dawały inne wersje. Tego samego, który obiecuje też producent. Aby efekt był zadowalający trzeba nałożyć dwie warstwy.

    Nie jest to tusz wodoodporny, jednak mimo to dość ciężko go zmyć zwłaszcza u nasady rzęs. Zauważyłam też, że nie rozpuszcza się do końca, tylko w trakcie demakijażu oczu na płatku kosmetycznym widoczne są odkruszone jego fragmenty. Nie jest to jakiś duży problem. Przekłada się to tylko na to, że trzeba bardziej przyłożyć się do demakijażu.


    Podsumowując mogę stwierdzić, że mimo małych niedociągnięć jest to dobry tusz do rzęs. Nie dostrzegam w nim jakiś większych wad. Jedynie jego cena jest dla mnie dość wysoka, bo kosztuje około 60 zł. Dlatego skorzystałam z okazji, że mogłam go otrzymać do testów. Gdy kupowałam maskary z serii VML, to starałam się polować na promocje. Warto wypróbować tą maskarę, jednak dla mnie najlepszą wersją nadal pozostaje ta, która ma całe złote opakowanie.

    Miałyście okazje używać maskarę So Couture ???
    Lub inną z wersji tuszy VML ???

    0 0

    Od pewnego czasu polubiłam używać podkłady mineralne. Dobrze się u mnie sprawdzają i świetnie się w nich czuję. Niemniej jednak od czasu do czasu potrzebuje też użyć klasyczny podkład w płynie. A jak jeszcze nadarza się okazja wypróbować jakąś nowość, to staram się z niej skorzystać. Dosyć sceptycznie podchodzę do podkładów drogeryjnych, ponieważ mam problem z doborem odpowiedniego koloru. Jednak najnowszy podkład Maybelline Super Stay Better Skin bardzo pozytywnie mnie zaskoczył pod tym względem.


    Od producenta:
    NIEDOSKONAŁOŚCI, PRZEBARWIENIA, ZMĘCZONA SKÓRA? PRZESTAŃ TYLKO MASKOWAĆ PROBLEM! POSTAW NA PERFEKCYJNY WYGLĄD NATYCHMIAST I WIDOCZNIE LEPSZĄ SKÓRĘ DZIEŃ PO DNIU. NASZ PIERWSZY PODKŁAD Z FORMUŁA Z ACTYL C DLA WIDOCZNEJ POPRAWY KONDYCJI TWOJEJ SKÓRY JUŻ W 3 TYGODNIE.

    Z dostępnej gamy kolorów zdecydowałam się na odcień najjaśniejszy, czyli 005 light beige. Przeważnie te najjaśniejsze odcienie drogeryjnych podkładów są dla mnie za ciemne. A tu szok - okazuje się, że ten odcień pasuje do mojej karnacji. Może nie jest idealnie najjaśniejszy, jednak gdy zaaplikuję go na twarz, to nie odcina się ona od koloru szyi. Nie tylko ja to zauważyłam. Ostatnio jak byłam u kosmetyczki, to pytała się mnie co to za podkład mam na twarzy, bo bardzo ładnie się on prezentuje. Dodatkowo podkład ten nie ciemnieje z upływem czasu. Utrzymuje swój kolor przez cały dzień.


    Jego krycie określiłabym jako średnie. Mi takie pasuje. Better Skin jest w stanie zakryć moje niedoskonałości i przebarwienia. Ostatnimi czasy mam ich niewiele, dlatego radzi sobie z nimi. Jednak jak ktoś ma wiele do zakrycia, będzie to dla niego podkład zbyt słabo kryjący. Zwłaszcza, że niestety nie będzie w stanie dołożyć jego kolejnych warstw, aby poprawić jego krycie. Podkład ten dobre prezentuje się tylko po zaaplikowaniu jednej, cienkiej warstwy. Każda kolejna sprawia, że uzyskujemy coraz większą maskę na twarzy i coraz mniej naturalny wygląd.

    Poniżej możecie zobaczyć jak prezentuje się na twarzy:
    1. bez podkładu
    2. sam podkład
    3. makijaż (podkład + puder + róż)


    Mimo swej lekkiej konsystencji, aplikuje się go jednak ciężko. Jest on dziwny pod tym względem, bo dość szybko zaczyna wysychać. Muszę go szybko nakładać, aby nie narobić sobie smug. Najlepiej do tego sprawdza się pędzel. Nie lubię rozprowadzać go palcami. Po nałożeniu na skórę staje się nieco pudrowy, co daje ładny efekt matu i wygląda naturalnie. Z biegiem czasu zaczyna znikać ze skóry. Jednak to wynika raczej z mojej winy, ponieważ lubię podpierać twarz na rękach co ściera podkład.


    U mnie podkład Better Skin dobrze się sprawdza. Nie rozumiem czemu zbiera tyle negatywnych opinii na wizażu. Ja mam mu do zarzucenia jedynie to, że trochę ciężko się go aplikuje, no i jego cena jest nieco zbyt wygórowana. Uważam, że te niecałe 40 zł to trochę za dużo. Tak poza tym pasuje mi jego krycie oraz efekt jaki daje na skórze. Ma wygodne opakowanie z pompką. Jedynie nie wierzę w to, że poprawi kondycję skóry. Moja skóra odkąd zaczęłam używać podkłady mineralne znacznie się poprawiła. Ten podkład musiałby zdziałać cuda, abym dostrzegła jego pozytywne efekty działania. Jednak jak na razie mi nie zaszkodził i nie spowodował, że stan mojej skóry pogorszył się.

    Używałyście podkład Better Skin ???
    Jak się u Was sprawdził ???

    0 0

    Ostatnio zachciało mi się wypróbować preparaty borowinowe. Dlatego korzystając ze współpracy z marką BINGOSPA wybrałam sobie właśnie trzy takie produkty. O dwóch solankach borowinowych już Wam pisałam TUTAJ. Zużyłam je już całkowicie. Dlatego aktualnie używam sól borowinową z ekstraktem z krwawnika.


    Od producenta:
    Kąpiel w borowinowej soli BingoSpa skutkuje de­tok­sy­ka­cją oraz oczysz­cze­niem skó­ry, re­duk­cją cel­lu­li­tu i tkan­ki tłusz­czo­wej oraz wy­gła­dze­niem i po­pra­wą na­pię­cia skó­ry. Wszechstronne działanie borowiny poszerza ekstrakt z krwawnika, który łagodzi podrażnienia, działa przeciwzapalnie, przyspiesza gojenie i odnowę uszkodzonego naskórka. Działa przeciwbakteryjne i aseptyczne.

    Zawartość składników aktywnych:
    - ekstrakt borowinowy 20000 mg
    - ekstrakt z krwawnika 3300 mg


    Sól borowinowa znajduje się w torebce strunowej. Przyklejona jest do niej naklejka zawierająca informacje o produkcie m.in. sposobie jego używania i składzie. Czyli wszystko to, co najpotrzebniejsze. Obawiałam się o trwałość tego opakowania. Jednak mimo tego, że parę razy capnęłam je mokrą ręką, to jak na razie nic mu się nie stało.

    Jeśli chodzi o sól, to ma ona postać drobnych kryształków o pomarańczowym zabarwieniu. Ma przyjemny, lekko ziołowy zapach, który traci w trakcie rozpuszczania się w wodzie. Ale za to barwi wodę na lekko pomarańczowy kolor. Kryształki nie rozpuszczają sie same. Trzeba im pomóc i wymieszać w wodzie. Nie tworzą piany.


    Stosowanie:
    • do kąpieli: do wody o temp. 40 stopni Celsjusza wsypać 300 g soli. Przebywać w kąpieli 20 minut. Następnie ciało spłukać wodą i zawinąc w ręcznik na kilka minut. Profilaktycznie stosować dwa razy w tygodniu. 
    • do okładów: 100g soli wymieszać z niewielką ilością ciepłej wody. Otrzymaną papkę nałożyć na wybrane miejsca ciała. Można stosować pod prysznicem. Profilaktycznie stosowac raz w tygodniu. 
    • do peelingu: nałożyć sól na gąbkę i delikatnie masować skórę.

    Ja stosowałam sól borowinową do kąpieli i jako peeling. Swym działaniem nie ustępuje tym poprzednim opisywanym przeze mnie solankom borowinowym. Jako sól do kąpieli fajnie relaksuje i rozluźnia zmęczone mięśnie. Jest to bardzo dobre zwłaszcza po męczącym dniu. Jako peeling też się sprawdza. Pozostawia skórę gładką, ale zarazem nie jest zbyt ostra. Okazuje się być takim średnio-mocnym zdzierakiem. Po kąpieli skóra nie jest wysuszona, ani podrażniona. Jestem zadowolona z działania preparatów solankowych. Zapewne się w nie jeszcze zaopatrzę.

    Pojemność: 1000g

    Cena: 20 zł

    Dostępność: stacjonarnie (np. Tesco, Auchan) lub przez internet (np. w sklepie internetowym BINGOSPA).

    Skład: Sodium Chloride, Bog Moss Extract, Magnesium Dulphate, Fertlizer Urea, Alcohol (and) Water (and) Yarrow Extract, Alcohol (and) Water (and) Lavender Extract, CI 20285.

    Używałyście już sól borowinową ???

    0 0
  • 04/29/14--09:14: Zużycia w kwietniu
  • Zużycia w tym miesiącu wyszły skromniutkie. Jednak jak to mówią powoli, ale do przodu. Znajduje się tu nawet dość sporo kosmetyków, które się u mnie nie sprawdziły. Jakoś ich w końcu zmęczyłam. Jednak jest tu także kilka bardzo dobrych, które mogę Wam polecić.


    1. BINGOSPAsolanki borowinowe - jestem zadowolona z ich działania. Lubię stosować takie dodatki do kąpieli. Więcej na ich temat rozpisałam się TUTAJ.

    2. FARMONA kawowy suflet do ciała - taki średniaczek. Miałam go, to go zużyłam. Nie zamierzam kupować kolejnego opakowania. Pisałam o nim TUTAJ.

    3. LIRENEżel do higieny intymnej - dobrze działał, a zarazem był bardzo delikatny. Jakoś jednak nie zdecydowałam się, aby napisać jego recenzje. Brzmiała by ona bardzo podobnie jak recenzja innego płynu do higieny intymnej tej marki, którą pisałam już dawno temu TUTAJ.


    4. BIOCHEMIA URODY płyn micelarny do demakijażu - płyn ten zaciekawił mnie, dlatego zdecydowałam się go wypróbować. Sprawdził się dobrze i może jeszcze kiedyś przy okazji zamówienia na Biochemii Urody kupię go ponownie. Jego recenzja znajduje się TUTAJ.

    5. BIOCHEMIA URODY hydrolat truskawkowy - lubię stosować różne hydrolaty. Te, które dotychczas miałam, okazały się być bardzo dobre. Do czasu aż postanowiłam wypróbować hydrolat truskawkowy. Zużyłam już całe jego opakowanie i nie zauważyłam żadnych plusów jego działania. Osoby chętne poczytać dlaczego go nie polubiłam odsyłam TUTAJ.

    6. GARNIER MINERAL antyperspirant - niby ma być lepszy, bo wzbogacony o jakiś naturalnie absorbujący minerał, jednak u mnie nie sprawdził się totalnie. Może i coś tam chroni przez potem i nieprzyjemnym zapachem. Nie polubiłam go głównie za to, że niszczy ubrania pod pachami. Na białych zostają żółtawe plamy, które nie chcą się puścić, na czarnych ubraniach natomiast białe ślady. W sumie to nawet nie napisałam jego recenzji.

    7.PANTENE PRO-V odżywka do włosów normalnych - nic zachwycającego na moich włosach nie zdziałała. Miałam ją, to ją zużyłam. Nie widziałam nawet sensu pisania jej recenzji.

    A na koniec jeszcze kilka próbek. Staram się je systematycznie zużywać. Zostało mi ich już niewiele.



    0 0
  • 05/01/14--01:19: Zakupy w kwietniu
  • Gdyby nie promocje, które miały miejsce w kwietniu, to te zakupy kosmetyczne były by znacznie mniejsze. Staram się nie dać ponieść fali zakupowego szaleństwa, ale od kilku miesięcy moje zakupy były bardzo skromniutkie, dlatego teraz pozwoliłam sobie nieco zaszaleć. Zacznę może od tego co kupiłam w Super Pharmie. Są to tylko dwie rzeczy z Biodermy: korygujący preparat zwężający pory przeceniony z 74,99 zł na 34,99 zł oraz miniaturkę płynu micelarnego za 15,39 zł. Dużo o tym płynie się naczytałam, dlatego uznałam, że fajnie będzie wypróbować taką mniejszą jego pojemność. Buteleczka ma 100 ml.


    Gdy był w Rossmannie tydzień przecen kosmetyków do twarzy, to nie kupiłam wtedy nic. Wybrałam się tam dopiero, aby kupić przecenione kosmetyki do oczu. Chciałam wypróbować cienie Color Tattoo z Maybelline. Standardowo kosztują 23,99 zł. Na promocji kosztowały 12,23 zł za sztukę, dlatego kupiłam aż trzy. Wybrałam kolor numer 60, 45 i 40. Dużo dobrego czytałam też o cieniach L'Oreal Color Infaillible, dlatego kupiłam jeden z nich. Spodobał mi się ten w kolorze różowym numer 004 Forever Pink. Był przeceniony z 36,79 zł na 18,77 zł. W Naturze kupiłam tylko korektor L'Oreal Perfect Match za 19,79 zł.


    Ostatnio używałam antyperspirant z Garniera, który się u mnie totalnie nie sprawdził. Dlatego postanowiłam powrócić do używanego przeze mnie kiedyś antyperspirantu marki Alva. Nawet mój mąż zechciał, aby mu taki zamówić. Koszt takiego dezodorantu to 29,90 zł.


    W tym miesiącu skusiłam się też na Shinybox. Poprzednie dwa pudełka były świetne i żałowałam, że nie udało mi się na nie załapać. Nie chciałam stracić i tego, dlatego zamówiłam go w ciemno. Mam co do niego mieszane uczucia. Nie potrzeba mi antyperspirantu z Rexony, bo już kupiłam akurat tydzień wcześniej ten z Alvy. Są tu też dwa produkty marki Donegal, za którą nie przepadam. Reszta kosmetyków mi pasuje i fajnie będzie je przetestować. Ja mam wersję zwykłą, nie jestem subskrybentką. Jednak ta wersja dla subskrybentek miała fajne dodatki.


    Moje promocyjne zakupy będą dalej kontynuowane w maju, ponieważ wybieram się do Rossmanna na promocje kosmetyków do ust.A jak tam Wasze zakupy kosmetyczne w tym miesiącu ???

    0 0

    Lubię używać peelingi marki Farmona, ponieważ skutecznie działają, a dodatkowo mają ciekawe zapachy. Gdy okazało się, że mogę wypróbować peeling lawendowy, to postanowiłam skorzystać z okazji.


    Od producenta: 
    Peeling cukrowy do ciała z naturalnym olejkiem  z lawendy.Kryształki cukru intensywnie złuszczają martwy naskórek oraz idealnie wygładzają ciało. Skóra staje się niezwykle gładka, jedwabiście miękka i nawilżona.  Unikalna kompozycja zapachu lawendy z regionu Prowansji otuli nas przyjemnym zapachem, pozwoli odzyskać spokój i wewnętrzną równowagę.
     
    Peeling znajduje się w szklanym, zakręcanym słoiczku. Jego zawartość dodatkowo jest jeszcze zabezpieczona sreberkiem. Wizualnie prezentuje się on bardzo ładnie. Etykiety utrzymane są we fioletowym kolorze, który nawiązuje do lawendy. W użytkowaniu opakowanie to jest nieco niepraktyczne. Jest bardzo ciężkie, dlatego za każdym użyciem boję się, aby mi z rąk nie wypadło. Może by się nie potłukło, ale mogłoby popękać lub poszczerbić się.


    Konsystencja jest typowa jak na peeling cukrowy. Jest tu dużo kryształków cukru, znajdujących się w żelowej zawiesinie, która ma akurat w przypadku tego produktu fajny fioletowy kolor. Dodatkowo dołączone jest tu nieco kawałków suszonej lawendy. Peeling jest dość gęsty, ale nie mam problemów z jego wydobyciem i rozprowadzeniem po skórze. W trakcie peelingowania kryształki cukru zaczynają się rozpuszczać. Dlatego nie jest on zbyt ostry dla skóry. Zapach tego peelingu jest dość przyjemny, chociaż mi osobiście lawendowego nie przypomina. Mózg przekazuje do nosa sygnały, że ma wyczuwać taki zapach więc się go tu doszukuję. Gdybym jednak miała powąchać ten peeling bez sugerowania zapachu, to stwierdziłabym raczej, że wyczuwam tu zapach kiepskich, męskich perfum. Na szczęście zapach ten nie jest zbyt mocny, ani nie utrzymuje się na skórze.


    Skusiłam się na ten peeling głównie dlatego, że spodobała mi się jego fioletowa kolorystyka i zaciekawiło mnie to, że ma on być lawendowy. Z jego działania peelingujacego jestem zadowolona. Skutecznie złuszcza skórę i jest przy tym delikatny. Jedyne czego w nim nie mogę znieść to tłusta parafinowa warstewka, którą pozostawia na skórze. Parafina w kremach czy balsamach nie przeszkadza mi. Jednak w peelingu drażni, bo skóra po myciu jest taka oblepiona, że czuję się brudna. Dlatego muszę oczyszczać skórę jeszcze dodatkowo żelem. Są jednak też osoby, którym to nie przeszkadza. Jak na przykład moja mama, której ta warstewka pasuje, bo potem już nie musi używać balsamu do ciała po takiej kąpieli.

    Pojemność: 200 g

    Cena:  ok. 25 zł

    Skład: Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Sucrose, Sodium Chloride, Petrolatum, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Ethylhexyl Stearate, Silica, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Macadamia Ternifolia Shell Powder, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, BHA, Parfum (Fragrance), Linalool, Limonene, Coumarin, Butylphenyl Methylpropional,  CI 45100, CI 42090.

    Lubicie lawendowe kosmetyki ???

    0 0

    Firma Golden Rose kojarzy mi się głównie z lakierami do paznokci. Wiem, że mają inne kosmetyki w swej ofercie. Jednak, gdy jestem na ich stoisku, to rozglądam się tylko za lakierami do paznokci. Dlatego, gdy na jednym ze spotkań blogerek dostałam kilka ich kosmetyków, to zaczęłam używać lakiery, a tusz odłożyłam. Na szczęście sobie o nim przypomniałam, a dziś przedstawię Wam relację z jego użytkowania.


    Od producenta:
    MAXIM EYES LASH MASCARA to nowoczesny tusz stworzony z myślą o kobietach, które nie są zadowolone z objętości swoich rzęs.Kosmetyk wyposażony jest w inteligentną, wyprofilowaną szczoteczkę, która ułatwia wydłużenie i uniesienie rzęs. Szczoteczka dociera do wszystkich, również tych najkrótszych i prawie niewidocznych włosków, wyraźnie je unosi i dodaje objętości, zapewniając perfekcyjny kształt każdej rzęsy. Efekt to maksymalnie pogrubione, uniesione i podkreślone rzęsy które otworzą spojrzenie, dodadzą oczom blasku, a Tobie pewności siebie !

    Pierwsze co rzuca się w oczy to opakowanie tej maskary - a właściwie jego żółciutki kolor. Prezentuje się ono bardzo wesoło i przyjemnie dla oka. Ale wiadomo, że nie opakowanie jest tu najważniejsze. Skupmy się może na początku na szczoteczce. Jest ona silikonowa i dość giętka, dzięki czemu dobrze maluje się nią zarówno górne jak i dolne rzęsy. Ma ona dość niestandardowy kształt, bo jej nasada i końcówka są jednakowe, a jest wklęsła pośrodku. Mimo to używa mi się jej wygodnie. 


    Konsystencja jej maskary jest odpowiednia od pierwszego użycia. Bardzo ładnie wydłuża, podkręca i pogrubia rzęsy. Już jedna jej warstwa wygląda bardzo dobrze, a dwie to już szał. Utrzymuje się bez osypywania cały dzień. W trakcie malowania rzęs nie odbija się na powiekach. Łatwo się ją aplikuje. Szybko schnie na rzęsach. Ma intensywny czarny kolor. Bardzo łatwo się zmywa.


    Co do tej maskary mam jedynie dwa zarzuty. Po pierwsze troszkę zbyt mało precyzyjnie rozdziela rzęsy. Abym osiągnęła zadowalający mnie efekt, muszę dłuższą chwile nad nimi popracować szczoteczką. A po drugie nieco zbyt szybko zaczyna zasychać w opakowaniu. Była w sam raz około 4 miesiące. Teraz robią się w niej grudki i już nie maluje tak dobrze. Przeważnie tusze wystarczają mi tak na około 6 miesięcy. Jednak biorąc pod uwagę niską cenę tej maskary (bo kosztuje około 11 zł), to warto ją wypróbować, bo po prostu jest dobra.

    0 0

    Jakiś czas temu skompletowałam sobie do testów od KKCenterHK zestaw do stemplowego zdobienia paznokci. W jego skład wchodzi:




    Podobają mi się paznokcie zdobione tą metodą i też chciałam wypróbować jak to będzie. Na blogach można znaleźć wiele tutoriali pokazujących krok po kroku jak się wykonuje takie zdobienia. Przeglądnęłam ich wiele, starałam się postępować zgodnie z instrukcjami. Zdawałam sobie sprawę, że początki nie są łatwe. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Aktualnie już po paru miesiącach mojej męki ze stemplowaniem doszłam do wniosku, że albo ja się do tego nie nadaję, albo mam felerny zestaw do stemplowani.

    Na początku zabrałam się za wyczucie jak operować zazierką tak aby nie było to za mocno ani za lekko. Wypróbowałam kilka lakierów, aby ocenić który najlepiej będzie się do tego nadawał. Nie chciałam na początek kupować takich specjalnych do stemplowania, tylko znaleźć jakiś wśród tych co mam. Szukałam lakieru, który będzie maił dobrą pigmentację i krycie. Aby nie był za rzadki, tylko raczej bardziej gęsty.


    Uważam, że zdzierka ta niezbyt dobrze usuwa lakier z blaszki. W tych miejscach co nie trzeba lakieru, to go zostawia, a na wzorkach zbiera go nieraz za dużo. Małe wzorki - jak te koty - wychodzą ładnie. Jednak z tymi pozostałymi zdobieniami mam problem. Nie chcą wyglądać tak jak powinny. Nie wiem czy to dlatego, że zdzirerka ta jest cała plastikowa. Gdy oglądałam inne, to końcówkę miały metalową. Powinnam pewnie wypróbować inny zestaw stempli z tą blaszką, aby mieć porównanie czy też tak samo wzorki będą wychodziły.


    Co do płytki nie mam zastrzeżeń. Wybrałam akurat tą, bo spodobały mi się te zdobienia. Zwłaszcza te koty. Na początku - aby była gotowa do użytku - trzeba było zedrzeć z niej folię ochronną. Przykładowe zdobienie paznokci wykonane za pomocą tego zestawu prezentuje się następująco:


    Zdobicie tą metodą paznokcie ???
    Jakie stempelki możecie polecić ???

    0 0

    Lubię używać peelingi. Jednak takiego przeznaczonego typowo do dłoni jeszcze nie miałam. Zazwyczaj po prostu złuszczam dłonie tym samym peelingiem, który używam do ciała. Dziś jednak opiszę Wam trochę ekskluzywności, która dostała się moim dłoniom za sprawą peelingu marki Synesis. 


    Od producenta:
    Perfumowany peeling do dłoni daje natychmiastowy i długotrwały efekt miękkiej, plastycznej oraz aksamitnej skory dłoni. Dłonie pachną kojąco i odświeżająco. Peeling zawiera 9 składników aktywnych: burak cukrowy, olej kokosowy, olej z pestek winogrona, olej z orzechow macadamia, olej z avocado, olej z wiesiołka, masło ze słodkich migdałów, witamina E, sterole, squaleny.


    Peeling znajduje się w wysokiej, szklanej butelce z plastikową nakrętką. Prezentuje się ona bardzo elegancko i ekskluzywnie. Jest minimalistycznie ozdobiona. Znajduje się na niej tylko nazwa firmy, nazwa produktu, cyfra 9 oznaczająca ilość aktywnych składników, a pod spodem data ważności. Pozostałe informacje znajdują się na dołączonej kartce. Jedyną wadą tego opakowania jest to, że trudno wydobyć z niego peeling. Buteleczka ma dość wąski otwór. Gdyby była plastikowa wystarczyłoby ją lekko nacisnąć. Tutaj, aby wydobyć jej zawartość, trzeba nieraz mocniej trzepnąć w denko. Przez co boję się, aby mi z rąk nie wypadła i się nie potłukła. 


    Produkt ten składa się z dwóch warstw - olejowej i solnej. Przed użyciem należy mocno potrząsnąć butelką, aby je zmieszać. Ujednoliconą masę wylewamy na dłonie i przez około 2 minuty masujemy skórę. Następnie spłukujemy dłonie wodą. Peeling ma konsystencję bogatą w olejki i z łatwością rozprowadza się po skórze. W działaniu jest ostry. Jednak kryształki soli są tak dobrane, że skutecznie i mocno peelingują skórę, ale zarazem nie są zbyt podrażniające. Dłonie po takim zabiegu prezentują się bardzo nienagannie, skóra jest miękka i gładka. Efekt ten utrzymuje się przez kilka kolejnych dni. Peeling ten pozostawia na skórze olejową otoczkę. Jednak nie jest to nieprzyjemny, tłusty film. Tylko delikatna otulająca warstwa, która z czasem się wchłania.


    Jego zapach jest powalający. Wszyscy miłośnicy kokosowego aromatu będą nim oczarowani. Nie ma tu żadnych chemicznych nut zapachowych. Za to jest tak apetyczny, że jak go czuję, to mam ochotę zjeść ciasteczka kokosowe. Świetnie się przy nim relaksuje wykonując peeling dłoni. Może więc dlatego producent nazwał go "spokój kokosowy". Dostępne są jeszcze inne warianty zapachowe: "relaks brzoskwiniowy" oraz "czas dla mnie". Jest to produkt bardzo wydajny. Gdy go wylewam wydaje mi się, że zaaplikowałam go za dużo. Jednak mimo wszystko nie widać, aby szybko ubywał z opakowania. Poza tym wystarczy używać go 1-2 razy na tydzień. 


    Podsumowując: Peeling ten należy do bardzo mocnych zdzieraków. Mi osobiście się to podoba, bo w takich gustuję. Wtedy czuję, że peeling działa. Z drugiej strony nie powoduje on u mnie żadnego podrażnienia. Skóra po peelingu nie jest nawet zaczerwieniona. Czyli jest zarazem delikatny. Ma przepiękny zapach. Nie ma w składzie parafiny, która na skórze pozostawia taką paskudna oblepiającą warstwę. Tutaj mamy do czynienia z otulającą przyjemną warstewką, która ładnie się wchłania pielęgnując jeszcze skórę.

    Pojemność: 100 ml

    Cena: 78 zł

    Dostępność:sklep internetowy producenta

    Skład: Isoamyl Cocoate, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Oenothera Biennis (Evening Primrose) Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene.

    Stosujecie peelingi przeznaczone do dłoni ???
    Czy uważacie, że te do ciała też sobie poradzą z dłoni ???

    0 0

    Początek miesiąca zaczął się dla nas tragicznie. 2 maja pod kołami samochodu zginął pupilek mamy Miluś. Wszystkim domownikom go brakuje, ale najbardziej jego kumplowi Alexowi. Razem dorastały i bawiły się. Teraz Alex chodzi po domu i szuka swojego przyjaciela, stracił apetyt - widać, że mu go brakuje. Zaczęłam przeglądać moje wpisy o kotach, zwłaszcza to co pisałam o Milusiu. Okazuje się, że nie napisałam jeszcze nic o Alexie. Ten TAG jest świetną do tego okazją.


    1. Jak nazywa się Twój zwierzak ?
    Alex - jest to bardzo szalony, zwariowany i rozbrykany kot. Swoim zachowaniem przypomina nam lwa Alexa z filmu "Madagaskar", dlatego dostał właśnie takie imię.

    2. Jakie to zwierzę i jakiej jest rasy ?
    Jest to kocur, dachowiec, koloru szarego


    3. Jak długo jest z Tobą ?
    Od jesieni 2013 roku.

    4. Jak znalazł się w Twoim domu ?
    To jest długa historia. Wszystko zaczęło się od tego, że w czasie wakacji 2013 r. sąsiedzi przygarnęli porzuconą małą, kotkę. Kotka ta już w trakcie pierwszego roku życia miała swój pierwszy miot. Pewnego dnia przyprowadziła jedno ze swoich kociąt i je zostawiła u nas w kotłowni. Zajmowała się swoimi kociętami chodząc tak pomiędzy dwa domy. Mój mąż zaraz wyczaił koteczka i zaczął się z nim bawić. Aż pewnego dnia rodzice stwierdzili, że trzeba kota oddać sąsiadom, bo jeszcze za bardzo się do nas przyzwyczai i już sobie stąd nie pójdzie. Jednak okazało się, że mój mąż tak się przez ten czas do kota przywiązał, że go nie oddał. I tak od tej pory jest u nas. Wybrał sobie swojego pana, do którego bardzo się przywiązał.


    5. Ile ma lat ?
    Nie wiemy dokładnie. Ma niecały rok.

    6. Co jest dziwnego w charakterze Twojego zwierzaka ?

    - bardzo interesuje go woda - gdy tylko usłyszy, że ktoś się kąpie, to zaraz musi być w łazience i siedzieć na wannie. Lubi patrzeć jak woda z kranu się leje. Mąż zaczął oglądać filmy o tym jak ludzie uczą koty pływać. Żałuje, że nie zabrał się za jego naukę pływania, gdy był małym kotkiem.

    - gdy nie chce, aby go głaskać to się odsuwa. On sam musi uznać, że można go głaskać.

    - lubi, gdy się mu chowamy za ścianę i wychylamy zza niej. Zaczyna wtedy tak fajnie miauczeć jakby chciał z nami rozmawiać.

    - lubi spać na koszuli mojego męża. Gdzie leży koszula, tam śpi kot.

    - gdy był malutki bardzo lubił siedzieć na ramieniu mojego męża. Śmialiśmy się, że ma swoją osobistą papugę.

    - Alex nie może się doczekać kiedy jego pan wróci z pracy. Gdy już obejdzie cały dom i swojego pana nie znajdzie, to czeka na niego przed domem.

    - najgorsze są momenty kiedy dłużej nie ma nas w domu, to kot nie możne sobie miejsca znaleźć i bardzo tęskni.

    - wydaje się być bardzo leniwy, ponieważ najczęściej widziany jest w pozycji leżącej. Tak jakby jego życiowa filozofia brzmiała: po co mam stać lub siedzieć, skoro mogę leżeć.

    - nazywamy go często jamkowcem, ponieważ uwielbia spać we wszelkiego rodzaju jamkach, np w kartonowym pudełku, w norce ułożonej z poduszek, pod ręcznikiem, pod gazetą.

    - śpi w bardzo dziwnej i nietypowej pozycji - wygięty na kształt litery U, gdzie tylne łapki ma prawie przy głowie. Coś tak jak na tym zdjęciu:

    7. Co Twoja relacja ze zwierzakiem dla Ciebie znaczy ?
    Tak właściwie to ja go karmię, daje mi się też czasem pogłaskać. Jednak to zwierzę upodobało sobie mojego męża. On może z nim robić co chce, a kot i tak go uwielbia. Pan znosi mu mięsko do domu (np. jak u teściowej są kości z rosołu, to mięso z nich jest zawsze zarezerwowane dla kota), pan bawi się z nim, nieraz w ciągu dnia śpią razem. Śmieję się, że gdyby kiedyś wybuchł pożar, to w pierwszej kolejności pan ratowałby kota, a nie żonę.

    8. Najmilsze wspomnienia związane z Twoim zwierzakiem ?
    Takich wspomnień jest bardzo wiele. Jednak z mężem uznaliśmy, że najbardziej w pamięci zapadła nam pewna noc. Byliśmy w odwiedzinach u koleżanki, wróciliśmy późno do domu. W pokoju okazało się, że kot na nas czekał i leżał skulony w kąciku łóżka. Wyglądał tak smutno i biednie. Nie spodziewaliśmy się, że tak będzie za nami tęsknił.


    9. Jak nazywasz Twojego zwierzaka ?
    Aleksówka, Aleksiuwa, Aleksisko, Aleksik, Leksik - są to różne warianty jego imienia

    0 0


    Jestem posiadaczką tłustych powiek. Dodatkowo moja budowa oka sprawia, że aby cienie dobrze wyglądały i się długo trzymały muszę użyć bazy pod cienie. Baza marki Artdeco jest moim niekwestionowanym ulubieńcem od wielu lat. Aktualnie mam jej już trzecie opakowanie. Czasem jednak i tak bywa, że chce się wypróbować jeszcze coś innego. Dlatego, gdy natknęłam się na wiele pozytywnych recenzji bazy marki Lumene to kupiłam ją. 

    Tak na pierwszy rzut oka widać, że bazy te różnią się od siebie opakowaniem. Baza Artdeco znajduje się w malutkim, zakręcanym słoiczku. Na początku dobrze się ją z niego wydobywa opuszkiem palca. Z czasem jednak coraz trudniej do niej sięgnąć. Aktualnie niby nie ubyło jej dużo, ale zaczynam mieć problemy z jej wydobyciem i muszę posiłkować się paznokciem. Baza Lumene znajduje się w malutkiej tubce. Na razie wyciska się jej tyle, ile potrzeba.


    Bazy różnią się też pod względem konsystencji. Baza Artdeco ma kremową konsystencję, niby ma beżowy kolor, ale jest bezbarwna na skórze. Zawiera nieco maleńkich, błyszczących drobinek. Baza Lumene ma konsystencję jakby musu o cielistym kolorze. Dzięki czemu lekko ujednolica koloryt powieki.

    Cienie łatwiej i lepiej rozprowadzają się i blendują na bazie Lumene. Dzięki niej powieka staje się gładka i satynowa, cienie rozprowadzają się płynnie i bez problemowo. Baza Artdeco okazuje się być nieco trudniejsza we współpracy. Jest bardziej lepka przez co czasem stawia opór przy rozprowadzaniu cieni. Na bazie Artdeco wyglądają ładnie cienie perłowe. Jest też lepsza dla cieni sypkich i mineralnych, właśnie dzięki tej swojej lepkości. Na bazie Lumene cienie sypkie nie trzymają się dobrze. Za to wyglądają na niej świetnie cienie matowe.


    Cienie dłużej utrzymują mi się na bazie Artdeco. Spokojnie wytrzymują 8-9 godzin, a jak trzeba to nawet i dłużej. Sprawdziła się u mnie na każdym weselu czy imprezie, na których byłam. Nie musiałam martwić się o makijaż i co jakiś czas poprawiać cieni. Na bazie Lumene cienie wytrzymują krócej, bo tak około 5-6 godzin. Potem nieco zaczynają się rolowac w załamaniu. Jednak nie przeszkadza mi to, ponieważ tak na co dzień dłużej mi nie potrzeba, aby cienie się utrzymywały. Gdy wracam do domu to i tak od razu zmywam makijaż. 


    Baza Artdeco jest bardzo wydajna. Taki słoiczek pojemności 5 ml wystarcza mi średnio na rok. Jaka okaże się baza Lumene dopiero się okaże, bo to moje pierwsze opakowanie. Jednak wróżę jej dobrą wydajność. Ma większą pojemność, bo 7 ml, a poza tym używam jej niewiele. Tyle co ma główka od szpilki spokojnie wystarczy do pokrycia całej powieki ruchomej, aż pod brwi. W przypadku bazy Lumene większa jej ilość jest nawet niewskazana, ponieważ wpływa to na pogorszenie jej trwałości. A dodatkowo zaczyna się wtedy rolować jeszcze zanim nałożę na nią cienie. Jeśli chodzi o ich ceny to baza Artdeco kosztuje tak w granicach 30-38 zł, a baza Lumene 22-30 zł.

    Jak widać trzeba się nauczyć obchodzić z każdą z tych baz i okazują się one być bardzo dobre. Starałam się zawrzeć tutaj wszystkie moje spostrzeżenia, aby ułatwić osobom zastanawiającym się nad zakupem którejś z tych baz którą wybrać. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania to piszcie.

older | 1 | .... | 13 | 14 | (Page 15) | 16 | 17 | .... | 31 | newer