Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Witajcie w moim kosmetycznym świecie !!! Mam nadzieje, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie :))

older | 1 | .... | 24 | 25 | (Page 26) | 27 | 28 | .... | 31 | newer

    0 0

    Od paru tygodni najczęściej sięgam po zestawienie tych czterech kosmetyków w pielęgnacji włosów. Sprawdzają się u mnie bardzo dobrze.


    1. Olej makadamia
     ---------------------------


    Moje włosy uwielbiają ten olej. Używam go na różne sposoby: do olejowania włosów, na same końcówki po umyciu, dodaję do gotowych masek. Najczęściej jednak sięgam po niego nakładając go na suche włosy przed ich myciem. Tak na 30-60 minut. W zależności ile mam czasu. Nie zostawiam oleju na całą noc. U mnie ten sposób się nie sprawdza. Moje włosy należą do tego gatunku, który zaraz po umyciu nie wygląda dobrze. Potrzebują parę godzin, aby "dojść do siebie". Dlatego włosy myję na noc, nigdy rano. Olej makadamia bardzo łatwo się zmywa. Używam do tego delikatny szampon. Ostatnio zmywałam go nawet samą odżywką i włosy nie były przetłuszczone. Olej ten świetnie nawilża włosy. A moje potrzebują dużej dawki nawilżenia, ponieważ są często farbowane przez co bardzo suche.


    2. Biolaven szampon wzmacniająco-wygładzający
    ------------------------------------------------------------------


    Z całej tej linii kosmetyków Biolaven mam tylko szampon. Przeznaczony jest on do każdego rodzaju włosów. Nie zmywam oleju mocno oczyszczającymi szamponami z SLS, tylko takimi łagodniejszymi. Większość oleju moje włosy "wpijają", dlatego do zmycia pozostaje już niewiele. Łagodny szampon Biolaven sobie z tym dobrze radzi. Nie rozumiem czemu zbiera tyle negatywnych opinii. U mnie sprawdza się bardzo dobrze. Może dlatego, że najlepiej używać go do takich włosów jakie mam ja, czyli zniszczonych, suchych, o średniej porowatości, potrzebujących łagodnego szamponu i nie mających problemu z przetłuszczaniem.


    3. Bania Agafii pielęgnacyjny balsam do włosów - ochrona koloru
    -----------------------------------------------------------------------------


    Przeznaczony jest do włosów farbowanych. Nakładam ten balsam na około 5 minut na umyte włosy. Znajduje się w małej saszetce, ale jest wydajny. Ma pojemność 100 ml, co wystarcza mi na około 10 aplikacji. Nie używam tego balsamu zbyt dużo na raz. Mała ilość w zupełności wystarcza. Zostało mi go jeszcze na dwa użycia, ale mam już następną saszetkę w zapasie. Powoduje, że włosy są bardzo miękkie w dotyku i łatwo się rozczesują. Ma fajną konsystencje - łatwo się ją rozprowadza i nie spływa z włosów.


    4. Schwarskopf GlissKur serum olejowo-silikonowe Ultimate Color
    -------------------------------------------------------------------------------

    Można stosować je przed myciem. Ja używam po myciu na suche włosy tak od połowy ich długości aż po końce. Znajduje się w małej buteleczce, ale jest bardzo wydajne. Używam je od grudnia i nadal zostało mi jeszcze połowę opakowania. Na moje włosy wystarczą dwie pompki. Dobrze chroni włosy i zabezpiecza końcówki przed rozdwajaniem. Skład ma bardzo fajny. Na początku są dwa silikony, potem olej, filtr UV i jeszcze siedem kolejnych olejów. Zawiera: olej słonecznikowy, olej z pestek moreli, olej sezamowy, oliwę z oliwek, olej ze słodkich migdałów, olej makadamia, olej arganowy, olej z maruli. Dokładny skład jest taki: Cyclomethicone, Dimethiconol, Helianthus Annuus Seed Oil, Octocrylene, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Sesamum Indicum Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Sclerocarya Birrea Seed Oil, Parfum, Linalool, Anise Alcohol, Cl 40800.

    Mieliście któryś z tych produktów ???
    Co o nich sądzicie ???

    0 0

    Lubię stosować delikatne, a zarazem skuteczne produkty do oczyszczania skóry twarzy. Taki właśnie jest rumiankowy olejek myjący z Biochemii Urody. Przeznaczony jest on do każdego typu cery, a zwłaszcza do skóry wrażliwej, podrażnionej, przesuszonej, delikatnej. Stosuję go do zmywania i demakijażu twarzy - rano i wieczorem. Po zamówieniu, otrzymujemy zestaw, który zawiera wszystko co potrzebne do stworzenia olejku myjącego. Czyli plastikową przyciemnianą buteleczkę, w  której znajduje się olej z rumianku (zimno-tłoczony macerat z kwiatów rumianku) z dodatkiem witaminy E. W osobnej fiolce jest emulgator, który należy przelać do butelki z olejem, a następnie mocno wstrząsnąć przez ok. 10 sekund. Potem już tylko przykleić dołączoną w zestawie etykietę. 


    Trwałość gotowego produktu wynosi 6 miesięcy. Mieszankę przechowuje się w szczelnie zamkniętym, oryginalnym opakowaniu w temperaturze pokojowej. Pojemność gotowego produktu to ok. 120 ml - cena 15,50 zł. Ta wersja olejku w sklepie Biochemii Urody jest edycją limitowaną.

    Olejek ma delikatny rumiankowy zapach. Jest to już drugi tego typu olejek, który używam. Wcześniej miałam pochodzący również z BU - olejek drzewko herbaciane. Jego recenzje napisałam TUTAJ. Tamten ma charakterystyczny zapach olejku z drzewa herbacianego. Jeśli komuś to przeszkadza, to polecam wypróbować olejek rumiankowy. 

    Jest to olejek hydrofilny, czyli lubiący wodę. Oznacza to, że mimo oleistej formuły, dzięki obecności odpowiedniego emulgatora, produkt ten miesza się z wodą i skutecznie zmywa zanieczyszczenia ze skóry. Ponieważ nie zawiera wody, jest on trwały i nie wymaga stosowania substancji konserwujących. Wbrew pozorom nie pozostawia uczucia tłustości na skórze, ani nie działa komedogennie (nie zatyka porów). Nie pieni się, co jest oznaką jego łagodności. Po zmieszaniu tego olejku z wodą tworzy się mleczno-biała emulsja micelarna, która naśladuje pienienie się i wiąże cząsteczki brudu i makijażu. Te zanieczyszczenia są następnie z łatwością spłukiwane z wodą.


    Tak jak wspomniałam wyżej - olejek ten nie zawiera silnych detergentów. Dzięki temu działa łagodnie i nie wysusza skóry, a zarazem bardzo skutecznie zmywa wszelkie zanieczyszczenia takie jak na przykład: tłuszcz czy makijaż. Jest na tyle łagodny, że można nim zmywać okolice oczu i oczy, ponieważ nie powoduje szczypania. Po oczyszczeniu skóra jest czysta i lekko nawilżona, bez uczucia ściągnięcia czy wysuszenia. Gdy przecieram ją potem jeszcze wacikiem, to jest on czysty.

    Jego kolejną zaletą jest dobra wydajność. Używam go codziennie do oczyszczania skóry twarzy rano i wieczorem. Stosuję go już od dwóch miesięcy i została mi jeszcze 1/3 opakowania. Powinno mi to wystarczyć jeszcze na miesiąc. Dodatkowo nie używa się go zbyt dużo na raz - wystarczy niewielka ilość.

    Używacie olejki myjące ???
    Co o nich sądzicie ???

    0 0

    Przeważnie piszę ten post, gdy nazbierają mi się jakieś trzy kosmetyki, z których nie jestem zadowolona. Ostatnio jednak trafiły mi się tylko dwa - i na razie nic więcej. Dlatego nie ma co na siłę szukać bubli tam, gdzie ich nie ma. W związku z tym pożalę się dziś tylko na te dwa kosmetyki.


    Sylveco - lniana maska do włosów
    --------------------------------------------


    Bardzo lubię kosmetyki marki Sylveco. Te, które miałam do tej pory świetnie się u mnie sprawdzały i byłam z nich bardzo zadowolona. Ta maska do włosów to na razie jedyny ich produkt, który się u mnie nie sprawdził. Ma ona fajny skład, dlatego spodziewałam się po niej innego działania. Olej kokosowy moje włosy bardzo lubią. Niestety okazuje się (już po raz kolejny), że olej lniany się na moich włosach nie sprawdza. Nie działają u mnie też wszelkie robione domowo "glutki" z siemienia lnianego. Maska ta na moich włosach nie daje pożądanego efektu nawilżenia. Po jej użyciu włosy są suche na końcach, bardzo spuszone i strączkują się. Występuje ona w dość nietypowej jak na maskę pojemności, bo tylko 150 ml. W związku z tym szybko się zużywa. Dla mnie akurat dobrze, że tak się dzieje, bo szybko się skończy. Jej pełny skład INCI to: Woda,  Ekstrakt z nasion lnu,  Alkohol cetylowy,  Olej kokosowy,  Cukier,  Gliceryna,  Olej z pestek winogron,  Kwas stearynowy,  Panthenol,  Glukozyd decylowy,  Oleinian glicerolu,  Kwas mlekowy,  Guma guar,  Witamina E,  Benzoesan sodu,  Betaina kokamidopropylowa. 


    Nivea Men - łagodzący balsam po goleniu
    ------------------------------------------------------
     

    Można się bardzo zdziwić po co używam taki kosmetyk? Tak się składa, że chciałam wypróbować nowy trend ze świata kosmetycznego jakim jest stosowanie balsamu po goleniu dla mężczyzn jako bazy pod makijaż. Założenia są kuszące: ma on przedłużać trwałość makijażu, nawilżać skórę i łagodzić podrażnienia. Na początku ten pomysł wydał mi się dziwny, jednak nie jedną dziwną rzecz już testowałam. Dlatego na dziale z miniaturkami w Rossmannie zaopatrzyłam się w ten balsam. Na szczęście nie ma on zbyt intensywnego zapachu, konsystencje też ma fajną. Wchłania się dość szybko, ale pozostawia delikatną lepką warstewkę. Pokład dobrze się na taką bazę aplikuje (równomiernie i nie roluje się). Makijaż na koniec dnia wyglądał całkiem nieźle. Wiadomo, że była lekko przetłuszczona strefa T, podkład nieco starty z brody i nosa, ale tak ogólnie nie prezentowało się to wszystko źle. Dlaczego u mnie jednak ten produkt się nie sprawdził? Niestety po jego stosowaniu mam ogromny wysyp podskórnych, bolących gól. Nie wprowadzam kilku nowości w pielęgnacji na raz, dlatego domyślałam się, że to jego wina. Odstawiłam go, gule się wygoiły. Po pewnym czasie postanowiłam zrobić eksperyment i dalej go użyć. Niestety gule znów powróciły, dlatego nie zamierzam już katować nim mojej skóry. 

    Mieliście któryś z tych kosmetyków ???
    Co o nich sądzicie ???

    0 0

    Te miesiące obfitują w znaczną liczbę ulubieńców. Jest tutaj sporo kolorówki, ale również i z kosmetyków pielęgnacyjnych się coś znalazło. Zapraszam na moich ulubieńców :))



    EVELINE
    Extension Volume Professional make-up 4D FALSE DEFINITION 
    extra volume and carbon black mascara 
    -------------------------------------------------------------------------

    Maskara o bardzo długiej nazwie - ciekawe czy ktoś ją w ogóle przeczyta? Jest to jedna z tych maskar, które dobre są dopiero po pewnym czasie, gdy się je używa i nieco przeschną. Ma fajną szczoteczkę. Jest ona silikonowa, dość mała i bardzo precyzyjna. Dobrze rozdziela rzęsy i nie powoduje ich sklejenia. Rzęsy są pogrubione, mają mocny czarny kolor i wyglądają bardzo naturalnie, nawet jak nałożę dwie warstwy maskary. W ciągu dnia nie osypuje się. Jest to maskara dobrej jakości za niewielką cenę. Kosztuje ok. 12 zł za pojemność 10 ml (często można ją też dostać na promocji za ok. 9 zł).


    GOLDEN ROSE
    Matte Lipstick Crayon
    -------------------------------------------------------------------------

    O tych matowych pomadkach w kredce chyba nie muszę się rozpisywać. Jest o nich dość głośno w blogosferze i na YT. Na kilka odcieni skusiłam się również i ja. Jestem nimi oczarowana. Mają bogatą gamę kolorystyczną, a do tego dobrą jakość za niewielką cenę. Są one matowe, ale konsystencję mają kremową. Dzięki temu łatwo aplikują się na usta i ich nie wysuszają. Dodatkowo łatwo jest nimi obrysować kontur ust bez użycia pędzelka czy konturówki. W ładny sposób ścierają się też z ust - robią to równomiernie bez żadnych plam. Jedyną ich wadą jest to, że trzeba je temperować. 


    Mam je w 6 odcieniach. W wyborze kolorów kierowałam się tym, by były stonowane i nadawały się na co dzień do pracy. Moim ulubionym odcieniem jest ten o numerze 13. Natomiast poszalałam tylko z jednym (w nim nie czuję się dobrze i rzadko go używam), a jest to numer 2. Trochę za ciemny jak dla mnie. Taka pomadka w kredce ma pojemność 3,5 g, kosztuje 11,90 zł.


    KOBO PROFESSIONAL
    Matte Bronzing and Contouring Powder
    -------------------------------------------------------------------------

    Jest to matowy, brązujący puder w kamieniu. Występuje w dwóch odcieniach. Ja wybrałam ten, który jest jaśniejszy, czyli 308 Sahara Sand. Już od dawna szukałam bronzera, który nie będzie na skórze dawał odcienia ziemistości, ani sprawiał wrażenia, że skóra wygląda na brudną. Ten z Kobo spodobał mi się, ponieważ ma chłodny, delikatny odcień brązu, wpadający w szare tony. Nadaje skórze delikatny, naturalnie wyglądający odcień, dlatego świetnie sprawdza się w konturowaniu twarzy takiego bladziocha jak ja. Czegoś takiego właśnie szukałam. Bezproblemowo się go nakłada, jak i rozciera. Nie robi plam. Można go stopniować i wzmacniać efekt w razie potrzeby. Jest bardzo wydajny. Ma pojemność 10 g i kosztuje 19,99 zł.


    EVREE
    - DEEP MOISTURE głęboko nawilżający krem do rąk
    - INSTANT HELP krem ratunek dla rąk
    -------------------------------------------------------------------------

    Kremy do rąk marki Evree są moimi ulubionymi. Miałam już kilka ich wariantów i wszystkie się u mnie świetnie sprawdzają. Zapewniają moim dłoniom wszystko to, czego oczekuję od kremu. Dają nawilżenie i działanie regenerujące. Po ich użyciu dłonie są gładkie i nie przesuszają się przez długi czas. Wchłaniają się dość szybko, pozostawiając na skórze delikatną powłoczkę, ale nie jest to nieprzyjemny, tłusty film. Mają przyjemne i delikatne zapachy, a co ważniejsze - bardzo fajne składy. A do tego wszystkiego nie są drogie. Opakowanie pojemności 100 zł kosztuje ok. 9 zł. Jednak często są na nie promocje - dzięki temu kupiłam dwa kremy po 5,94 zł za każdy. Ten w niebieskiej tubce mam przy sobie w torebce, a ten w biało-czerwonej lubię używać na noc.


    ECOLAB
    Spray wygładzający, wzmacniający włosy
    -------------------------------------------------------------------------

    Pisałam o nim już post w marcu, dlatego nie będę się o nim tutaj za dużo rozpisywać. Dalej dobrze mi się go używa. Ułatwia rozczesywanie włosów i późniejsze ich modelowanie na szczotce. Dzięki temu produktowi łatwiej mi nad włosami zapanować. A do tego jest bardzo wydajny. Opakowanie pojemności 200 ml kosztuje 21 zł.

    A jak tam Wasi ulubieńcy ???
    Mieliście któregoś z moich ulubieńców ???

    0 0
  • 04/29/16--00:38: Zużycia w kwietniu

  • 1. ANATOMICALS modnie owocowy żel pod prysznic (300 ml) - żel ten znalazłam w jednym ze ShinyBoxów. Kosmetyki tej marki od dawna mnie ciekawiły, ale jakoś żadnego nigdy nie kupiłam. Dlatego fajnie, że nadarzyła się okazja, aby coś z tej firmy wypróbować. Jednak kosmetyk ten nie powalił mnie swoim działaniem. Nie należy oceniać firmy po wypróbowaniu jednego kosmetyku, jednak miało być modnie i owocowo, a wyszło inaczej. Żel zapach ma mdły i nudny. Pieni się słabo. Trzeba go sporo używać na raz, aby się móc umyć - co wpływa na jego słabą wydajność. Jedynie jego opakowanie mi się podoba.

    2. OCEANIAżel pod prysznic (500 ml) - lubię te żele dostępne w Biedronce. Może nie mają szałowych zapachów, ale za tą cenę, wydajność i skuteczność - lubię je używać. Tym razem miałam wersje mleko i miód.

    3. AUSSIE Miracle Moist szampon (miniaturka 75 ml) - szampon ten jest dobry w działaniu, wydajny i ma przyjemny zapach. Do tego dobrze się pieni, łatwo spłukuje i nie plącze włosów. Ale przede wszystkim dobrze je oczyszcza. Jednak nie widzę różnicy między jego działaniem, a innymi tańszymi szamponami. Dlatego nie ma sensu, abym miała go jeszcze kupować.


    4. NACOMI zimnotłoczony kosmetyczny olej z czarnuszki (30 ml) - dużo czytałam o tym oleju i bardzo chciałam go wypróbować. Niby znajdował się w malutkim opakowaniu, ale był bardzo wydajny. Wystarczył mi na ok. 3 miesiące regularnego stosowania. Lubiłam go za to, że nie był ciężki - jak na olej dość szybko się wchłaniał i nie zatykał porów. Ładnie nawilżał skórę. Jego stosowanie wpływało na poprawę stanu skóry, która stała się promienna i elastyczna. Jednak przede wszystkim przyspieszał gojenie wyprysków. Do tej pory z wypryskami walczyłam za pomocą Effaclar DUO - miałam nawet kupić następne jego opakowanie, jednak odkąd zaczęłam używać olej z czarnuszki ten krem z La Roche-Posay nie był mi już potrzebny. Nie zauważyłam, aby olej ten miał jakieś wady.

    5. ORIENTAL SECRET antystresowa koreańska maseczka relaksująca i nawilżająca - saszetka zawiera jedną maseczkę. Jej cena to ok. 6 zł. Nakłada się ją na twarz na 20-30 minut. Z jej działania jestem zadowolona. Po jej użyciu skóra wygląda na promienną i jest dobrze nawilżona. Składniki aktywne w niej zawarte to: grzyby migdałowe (nawilżają i relaksują), soplówka jeżowata (ma właściwości antykancerogenne), lukrecja gładka (tonizuje, działa kojąco).

    6. BANIA AGAFII pielęgnacyjny balsam do włosów ochrona koloru (100 ml) - przeznaczony jest do włosów farbowanych. Stosuje się go na umyte i wilgotne włosy, rozprowadzając na całej ich długości na 2-3 minuty. Lubię te maseczki w saszetkach Bani Agafii. Mają przyjemny zapach i fajną konsystencje (nie za gęste, nie za rzadkie). Maseczka ta nawilża włosy i wspomaga ich rozczesywanie po umyciu. Nie ma potrzeby stosowania jej w dużych ilościach. Taka saszetka wystarczyła mi na 10 użyć.

    7. ZIAJA wazelina kosmetyczna (30 ml) - wazelinę kosmetyczną stosuję głównie zimą jako natłuszczacz. W chłodne dni dobrze chroni usta przed spierzchnięciem i pękaniem.


    8. CATRICE Re-Touch Light-Reflecting concealer (1,5 ml) - był to korektor rozświetlający pod oczy. Miał on dość małą pojemność, dlatego szybko się skończył. Więcej na jego temat można przeczytać w recenzji TUTAJ.

    9. GRASHKA korektor pod oczy - nie lubiłam używać go jako korektor pod oczy. Jak dla mnie był zbyt lepki i za bardzo zbierał się w załamaniach pod oczami. Jednak świetnie sprawdził się u mnie jako baza pod cienie. Dzięki temu, że miał beżowe zabarwienie, to ładnie wyrównywał koloryt powieki. Dzięki tej jego lepkości fajnie trzymały się go cienie. O dziwo nie zbierał się w załamaniach powieki, tylko utrzymywał cienie na swoim miejscu. Jednak nie zamierzam kupować kolejnego opakowania - jest on słabo dostępny, a poza tym teraz wolę stosować inne bazy.


    10. Zużyłam też kilka próbek. Ogólnie nic ciekawego swoim działaniem nie reprezentowały te kosmetyki, z wyjątkiem jednego. Spodobało mi się działanie maści na spękane stopy marki GEHWOL med. Nie mam problemu ze skórą stóp: nie mam popękanych pięt, ani silnych zrogowaceń. Jednak maść ta działa bardzo nawilżająco i regenerująco na skórę. Żaden drogeryjny krem nie zapewniał tego moim stopom. Dlatego zastanawiam się nad zakupem pełnowymiarowego opakowania. Kosmetyki tej marki dostępne są w aptekach i dobrych gabinetach kosmetycznych. Producent pisze, że przy regularnym stosowaniu skóra jest elastyczna i odporna, maść przynosi ulgę przy pęknięciach i zaczerwienieniach skóry. Dla zainteresowanych podaję jeszcze dokładny skład: Petrolatum, Aqua, Panthenol, Zinc Oxide, Potassium Castorate, Propylene Glycol, Glycerin, Bisabolol, Eucalyptus Globulus (Eucalyptus) Leaf Oil, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil, Menthol, Camphor, Cymbopogon Nardus (Citronella) Oil, Lavandula Hybrida (Lavandin) Oil, Thymus Vulgaris (Thyme) Flower/Leaf Oil, Parfum, Citral, Citronellol, Coumarin, Geraniol, Limonene, Linalool, Alpha-Isomrthyl Ionone.


    A jak tam Wasze zużycia w tym miesiącu ???

    0 0

    Tegoroczny długi weekend majowy raczej nie zaliczę do udanych. Niestety dopadło mnie choróbsko - przez co cały czas leżałam i kurowałam się. Chciałam napisać post zakupowy już wcześniej, ale nie miałam siły. Dopiero dziś czuję się znacznie lepiej i mogę zaprezentować moje zakupy kosmetyczne popełnione w kwietniu. Nie ma ich wiele. Zaledwie kilka kosmetyków - tak się jakoś złożyło, że głównie do pielęgnacji włosów. 


    Zrobiłam zamówienie na stronie triny.pl, gdzie zaopatrzyłam się w trzy maski do włosów:
    - Natura Siberica Maska Rokitnikowa dla poważnie zniszczonych włosów Głęboka Regeneracja - 34,96 zł;
    - Planeta Organica Marokańska maska do włosów - 23,80 zł;
    - Planeta Organica Toskańska maska do włosów - 28,99 zł.
    Dodatkowo skorzystałam z rabatu BlondHairCare, czyli od tych cen zostało mi jeszcze odjęte 10%.


    Tak się złożyło, że został mi tylko jeden róż do policzków, dlatego będąc w SuperPharm kupiłam dwa nowe. Są to Maybelline Facestudio w odcieniu numer 60 oraz 100. Wyszło po 12,99 zł za każdy, czyli dwa w cenie jednego, bo była promocja -50%. A do tego Eliksir odżywczy L'Oreal Elseve Magiczna Moc Olejkówwygładzenie i blask też w promocji za 21,99 zł. 

    Tak wyglądały całe moje kosmetyczne zakupy w kwietniu. Jak na razie nie skusiło mnie nic na obecnej promocji, która trwa w Rossmannie. Na razie wszystko wskazuje na to, że dalej tak pozostanie 

    A jak tam Wasze zakupy z kwietnia ???

    0 0

    Trend na zdobienie paznokci w stylu Negative Space bardzo mi się podoba. Polega on na tym, że pozostawia się miejsca niezamalowane kolorem. Jednak, aby nie było dziur, wypełnia się je bezbarwnym topem. Lakiery hybrydowe świetnie nadają się do wykonania takiego mani. Mój pierwszy raz wyszedł w ten sposób.


    Wszystkie użyte lakiery są marki Semilac:
    baza i top
    098 Elegant Cherry - podoba mi się ten odcień bordo
    094 Pink Gold - uwielbiam ten różowy brokacik
    001 Strong White - no i wreszcie biały, aby nie było tak za bordowo


    Wyszło mi trochę krzywo. Jedak o dziwo lewą ręką na prawej malowało mi się znacznie łatwiej. Nie zwracajcie uwagi, że na zdjęciach widać już tygodniowy odrost. Tyle zajęło mi zanim zabrałam się za zrobienie zdjęć. W międzyczasie w jednym miejscu lakier odprysnął. Ale nic więcej poza tym się nie uszkodziło i noszę te paznokcie już dwa tygodnie. Nadeszła pora na zmianę. 


    0 0

    Przeznaczony jest do cery problematycznej, zanieczyszczonej i zmęczonej. Ja stosuję go do smarowania twarzy i szyi tak jak krem. Czyli rozprowadzam na skórze kilka jego kropli. Jest bardzo wydajny, ponieważ 3-4 krople w zupełności wystarczają. W opisie producenta znalazłam informacje, że może być stosowany również jako kosmetyk do demakijażu, ponieważ ma właściwości oczyszczające. Ja jednak go tak nie używałam.


    Olejek znajduje się w plastikowej butelce o pojemności 55 ml. Ma on lekko żółtawe zabarwienie. W opakowaniu bardzo dobrze widać, że jest przejrzysty i klarowny - nie powstaje żaden osad na dnie butelki. Jak na mieszankę olejową, jest to produkt, który określiłabym jako lekki. Po rozprowadzeniu na skórze wchłania się nawet dość szybko. Nie lubię długo chodzić z tłustą od oleju skórą. Tutaj nie występuje ten problem. Ma śliczny zapach - taki orientalno-cytrusowy. Jednak nie jest on za mocny i nie drażni nosa. Czasem tego typu zapachy są zbyt duszące. Mi nic w nim nie przeszkadza i bardzo lubię rozkoszować się tym zapachem w trakcie smarowania skóry. Olejek ten kosztuje 21 zł.


    Jego skład jest bardzo dobry: olej z ziaren słonecznika, olej sezamowy, olej z oliwek, olej migdałowy, olej jojoba, olej z pestek moreli, olej z kiełków pszenicy, olejek z drzewa sandałowego, ekstrakt z kurkumy, witamina E

    Jak widać jest to produkt dla osób lubiących olejową pielęgnację. Mieszanina kilku olejów wzbogacona ekstraktem z kurkumy i witaminą E. Na stronie internetowej producenta rozpisane jest dokładnie jakie właściwości daje dany składnik. Nie będę tutaj tego przepisywać. Kto jest tym zainteresowany może sam sprawdzić. Ja wolę skupić się na tym, co zaserwowałam podczas stosowania go. Myślę, że najlepiej będzie, gdy odniosę się do obietnic producenta:

    - nawilża i chroni skórę: zgadzam się z tym całkowicie. Mieszanka tych olejków bardzo dobrze nawilża skórę, zwłaszcza suche jej partie.

    - spowalnia proces starczenia: nie da się tego tak od razu zaobserwować. Jednak produkt ten zawiera składniki, które na to wpływają jak na przykład ekstrakt z kurkumy, który jest przecież znanym nie od dziś antyoksydantem.

    - działa przeciwzapalnie: w tradycyjnej medycynie indyjskiej wykorzystuje się właściwości antyseptyczne i przeciwzapalne kurkumy. Ja również zauważyłam, że skóra ładnie się oczyszcza, a wyskakujące sporadycznie niespodzianki szybko się goją. Polubiłam używać ten olejek nawet bardziej niż posiadany przeze mnie wcześniej olejek z czarnuszki.

    - wzmacnia skórę: olejek ten wycisza i łagodzi skórę, dzięki temu ją wzmacnia. Nie powoduje zwiększenia przetłuszczania się skóry.


    Mieliście ten olejek z Orientany ???
    Co o nim sądzicie ???

    0 0

    Płyn micelarny musi znajdować się u mnie na półce w łazience, bo to podstawa mojego demakijażu. Używam go do rozpuszczenia kosmetyków kolorowych z oczu (usunięcia tuszu z rzęs, kreski, cieni) oraz z twarzy (podkładu, różu, bronzera i rozświetlacza). Aby płyn micelarny spełnił moje oczekiwania musi być delikatny, ale zarazem skuteczny. Chcę, aby rozpuszczał makijaż bez konieczności mocnego pocierania po skórze, bez podrażnień. Moim ulubieńcem do demakijażu jest płyn micelarny z Biodermy. Zużyłam już wiele jego opakowań. Dalej zamierzam go używać. Jednak w międzyczasie chciałam wypróbować jeszcze jakiś inny. Mój wybór padł na łagodzącą i nawilżającą wodę micelarną do demakijażu marki LE'MAADR.


    Przeznaczona jest do wszystkich rodzajów skóry. Wygląda typowo jak płyn micelarny, czyli bezbarwna ciecz. Jest też bezzapachowa, co dla mnie jest na plus. Znajduje się w butelce o pojemności 500 ml. Posiada dozownik, który wydobywa jej tyle ile potrzeba - nie za dużo i nie rozchlapuje. Jeśli chodzi o jej działanie, to podoba mi się to jak łagodząco działa na skórę. Przynosi ulgę podrażnionej skórze, np. po peelingu czy też innych zabiegach kosmetycznych. Daje ukojenie i wyciszenie skórze. Ma też delikatne właściwości nawilżające - nie ma po jej użyciu uczucia ściągnięcia czy suchości skóry. Nie pozostawia zarazem też na skórze lepkiej warstwy. Nie szczypie w oczy. Pod tym, opisanym tutaj względem sprawdza się wspaniale jako tonik.


    Jednak ja kupiłam ten produkt, ponieważ potrzebuję kosmetyku do demakijażu. Na opakowaniu znajduje się informacja, że jest też do tego przeznaczony. Niestety nie radzi sobie z oczyszczaniem skóry z makijażu i kompletnie się do tego nie nadaje. Aby zmyć tusz do rzęs czy czarną kredkę z użyciem tej wody micelarnej trzeba zużyć dużo wacików - dwa a nawet trzy razy przykładać czyste waciki do oczu. Niestety nie obejdzie się bez pocierania. Sytuację tej wody micelarnej pogarsza jeszcze fakt, że ja nie używam kosmetyków wodoodpornych. Gdyby miała z nimi do czynienia, to pewnie byłaby już totalna porażka na całej linii. Nie chcę kończyć z niedomytym makijażem, dlatego używam jej po prostu jako toniku do przecierania twarzy.


    Aby ta woda micelarna usunęła makijaż, należy go już wstępnie zmyć, na przykład mleczkiem czy preparatem dwufazowym. A dopiero potem jego resztki usunąć za jej pomocą. Dlatego jeżeli szukacie delikatnej wody do odświeżenia czy wyciszenia skóry, to kosmetyk ten sprawdzi się. Jednak jeśli - tak jak ja - szukacie produktu do demakijażu, to będziecie nim zawiedzione. Zużyję tę wodę micelarną do końca, ale nie kupię jej ponownie. Mam wystarczająco dużo toników i nie potrzebuję kolejnego.

    Skład: Aqua, Barbadensis Leaf Juice, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Glycerin, Panthenol, Poloxamer 184, Allantoin, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate.
    Pojemność: 500 ml
    Cena: ok. 30 zł

    Mieliście tą wodę micelarną ???
    Co o niej sądzicie ???

    0 0

    Już od ich wprowadzenia do oferty spodobało mi się kilka kolorów róży Maybelline z serii Face Studio. Jednak uważałam, że są one trochę zbyt drogie. Opakowanie pojemności 5 g kosztuje ok. 26 zł. Na szczęście w SuperPharm trafiłam na promocję -50% na kosmetyki kolorowe, więc kupiłam sobie dwa takie róże. Wyszły wtedy dwa w cenie jednego.


    Przy ich opisywaniu zacznę może od tego, co mi się w nich nie podoba - a jest to opakowanie. Róże znajdują się w opakowaniach wykonanych ze słabej jakości plastiku, który się bardzo rysuje. Trzymam je w domu w organizerach. Nie noszę ich ze sobą w torebce, więc nie powinny być zniszczone. A one mimo to wyglądają już bardzo nieestetycznie. Poza tym jak je kupiłam, to były zabezpieczone przed otwarciem bezbarwną taśmą. Jest to dobre rozwiązanie, ponieważ mam pewność, że nikt ich przede mną nie otwierał. Jednak klej z tej taśmy pozostał na plastiku. Przeszkadzało mi to, ponieważ opakowania były lepkie w tych miejscach. Po usunięciu kleju okazało się, że razem z nim zmyła się też częściowo czarna farba. Wpłynęło to na jeszcze brzydszy wygląd opakowań.


    Jak widzicie - opakowania te są dość nietypowe. Aby je otworzyć należy górną klapkę przesunąć w lewą stronę. Niestety w trakcie poruszania nią powstają rysy. Na szczęście działa ona na tyle sprawnie, że nie zahacza o róż. To byłoby straszne, gdyby jeszcze za każdym razem ścierała trochę produktu, przez co róże wykruszałyby się. Pozostawmy jednak temat opakowań i przejdźmy do ich zawartości - do róży.


    Jeśli chodzi o róże, to jestem z nich bardzo zadowolona. Mam je w dwóch odcieniach:

    60 COSMOPOLITAN - to śliczny cukierkowy róż. Jest on bardzo słodki i uroczy. To taki pastelowy i dziewczęcy kolor. Wygląda bardzo świeżo na skórze.

    100 PEACH POP - to intensywna brzoskwinka, która w opakowaniu wygląda na nieco jaskrawą. Jednak na skórze prezentuje się świetnie. Nie jest zbyt intensywna. Nadaje skórze wyglądu bardzo świeżej, ze zdrowym rumieńcem. 


    Róże mają formę prasowaną, ale są bardzo pudrowe. Co mi się w nich podoba to, że nie pylą w opakowaniu i nie osypują się. Dzięki temu nie nabiera się ich za dużo na pędzel. Jest to dobre, ponieważ nie narobimy sobie nimi plam. Równomiernie się rozprowadzają. A dodatkowo można stopniować ich intensywność na skórze. Całkiem nieźle też utrzymują się - nie znikają i nie tworzą brzydkich plam. Najbardziej lubię aplikować je pędzlem numer 126 z Zoevy.


    Mieliście te róże ???
    Co o nich sądzicie ???

    0 0

    Produkt ten nosi nazwę "mus", ja jednak będę go określać żelem pod prysznic. Tak będzie prościej i bardziej zrozumiale, a poza tym do takiej kategorii jest on zaklasyfikowany na stronie internatowej producenta. Trafił do mnie już jakiś czas temu. Z uwagi na to, że miałam dość sporą liczbę tego typu kosmetyków do zużycia, trochę poczekał na swoją kolej. Jednak wyszło to na dobre, ponieważ jego zapach wpisuje się w moje aktualne gusta, jeśli chodzi o kosmetyki do mycia ciała.


    Żel dostępny jest w trzech wariantach: arbuz, melon i grejpfrut. Ja mam ten ostatni. Niestety nie wiem jak pachną dwa pozostałe, ale ten, który posiadam ma wspaniały zapach. Jest on faktycznie grejpfrutowy. A do tego mocno owocowy i taki energetyzujący - w sam raz do stosowania wiosną i latem. Nie ma w nim żadnych nieprzyjemnych chemicznych zapaszków. Mi jego zapach bardzo się podoba. Jednak jest on dość mocny i wyraźny, przez co dla niektórych osób może okazać się zbyt męczący.

    Znajduje się w butelce z pompką, co dobrze wpływa na łatwość jego wydobycia. Opakowanie to jest przezroczyste, dzięki czemu widać ile zwartości jeszcze pozostało. Jeśli chodzi o żel, to ma on bardzo ciekawą konsystencje. Wygląda jak świeżo wyciśnięty mus owocowy. Fajnie się go używa, bo dzięki temu wyróżnia się od innchy niż zwykłe żele pod prysznic. Konsystencje ma też dobrą, ponieważ nie jest za rzadki, ani za gęsty.


    Najważniejsze jest jednak, aby spełniał swoją podstawową rolę, czyli oczyszczał skórę. W tej kwestii nie mam mu nic do zarzucenia - robi to. A do tego dobrze się pieni, łatwo rozprowadza, a także spłukuje. Nie wysusza skóry, ale jej też nie nawilża. Po umyciu nie mam uczucia, że od razu trzeba posmarować się balsamem. Jednak jest to nieuniknione. 
    Podsumowując - jest to fajny żel do mycia ciała. Podoba mi się jego grejpfrutowy zapach, działanie i ciekawa konsystencja. Jakby był trochę tańszy, to chętnie zaopatrzyłabym się w następny, a także wypróbowała pozostałe warianty zapachowe.


    Pojemność: 250 ml
    Cena: 34,90 zł
    Skład: Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Acrylates Copolymer, Betaine, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cocamide DEA, Parfum, Triethanoloamine, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Oil, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Juice, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Limonene, Citral, Citronellol, Geraniol, Linalool, Cl14720, Cl14700.

    Mieliście ten mus pielęgnacyjny pod prysznic ???
    Co o nim sądzicie ???

    0 0
  • 05/29/16--00:53: Zużycia w maju 2016 r.

  • 1. OCEANIAżel pod prysznic - lubię te żele, bo dobrze działają i są tanie. Ostatnio miałam żel o zapachu lawendowym.

    2. ON LINE mydło w płynie - miałam wersję wzbogaconą olejkiem makadamia. Ogólnie dobrze się sprawdziło. Fajnie, że miało opakowanie z pompką.

    3. BIOCHEMIA URODY olejek myjący - tym razem miałam rumiankową wersję tego olejku. Był to produkt dobrze oczyszczający skórę, a do tego wydajny. Jego pełna recenzja znajduje się TUTAJ.


    4. STARA MYDLARNIA olej makadamia - moje włosy uwielbiają ten olej. Najczęściej sięgałam po niego nakładając go na suche włosy przed ich myciem - tak na 30-60 minut. W zależności ile miałam czasu. Nie zostawiałam oleju na całą noc. U mnie ten sposób się nie sprawdza. Moje włosy należą do tego gatunku, który zaraz po umyciu nie wygląda dobrze. Potrzebują parę godzin, aby "dojść do siebie". Dlatego włosy myję na noc, nigdy rano. Olej makadamia bardzo łatwo się zmywa. Używałam do tego delikatnego szamponu. Świetnie nawilża włosy. A moje potrzebują dużej dawki nawilżenia, ponieważ są często farbowane przez co bardzo suche.

    5. NOREL peeling enzymatyczny - moja skóra od pewnego czasu zrobiła się bardzo wrażliwa, dlatego nie mogę za bardzo stosować peelingów ziarnistych. Przerzuciłam się więc na enzymatyczne. Ten z Norela był bardzo dobry. Miał postać kremu zawierającego złuszczające enzymy z ananasa i papai. Można go stosować do każdego rodzaju cery, zwłaszcza wrażliwej i z problemami naczyniowymi. Skutecznie oczyszczał skórę z martwych komórek naskórka, pozostawiając ją czystą i wygładzoną.

    6. SHEFOOT krem odżywczy do paznokci i suchej skóry stóp - krem ten zawiera w składzie masło shea, olej arganowy, witaminę E, alantoinę i glicerynę. Czyli składniki, które dobrze sprawdzą się w pielęgnacji stóp. Miałam go z jednego ze Shiny Boxów. Doczekał się w końcu na swoją kolej. Był dobry - nawilżał i uelastyczniał skórę.


    7. PERFECTA koktajlowa maseczka SOS na twarz i pod oczy - przeznaczona jest do cery zmęczonej i niedotlenionej. Jest to maseczka, którą nakłada się i nie zmywa. Po pewnym czasie wchłania się w skórę. Nie jestem z niej zadowolona. Niestety słabo nawilża. Dodatkowo ma zawierać w składzie 24-karatowe złoto, które ma świetnie działać na skórę. Jedyny jego efekt działania jaki zauważyłam to, że skóra była cała obklejona czymś przypominającym złoty brokat. Bardzo trudno było go zmyć, tak mocno trzymał się skóry. Pewnie te drobinki miały dawać efekt rozświetlenia, ale mi się on nie podobał. Więcej po tą maseczkę nie sięgnę.


    8. AVON woda perfumowana Cherish - bardzo ładny zapach. Lubiłam go używać zimą.

    9. EVELINEExtension Volume Professional make-up 4D FALSE DEFINITION extra volume and carbon black mascara - maskara o bardzo długiej nazwie. Jest to jedna z tych maskar, które dobre są dopiero po pewnym czasie, gdy się je używa i nieco przeschną. Miała fajną szczoteczkę - silikonową, dość małą i bardzo precyzyjną. Dobrze rozdzielała rzęsy i nie powodowała ich sklejenia. Rzęsy były pogrubione, miały mocny czarny kolor i wyglądały bardzo naturalnie, nawet jak nałożyłam dwie warstwy maskary. W ciągu dnia nie osypywała się. Była to maskara dobrej jakości za niewielką cenę. Kosztuje ok. 12 zł za pojemność 10 ml (często można ją też dostać na promocji za ok. 9 zł).

    Zużyłam też trochę próbek.


    Bardzo fajny okazał się żel oczyszczający z pereł AKOYA Pearl Luminate Brilliant Deep Cleanser marki Skin79. Zużyłam jego próbkę, a teraz mam pełnowymiarowe opakowanie. Miałam możliwość wypróbować też oczyszczającą piankę do twarzy z mikrocząsteczkami tlenu marki Skin79. Dobrze oczyszcza skórę, ale trochę ją wysusza i nie bardzo przypadła mi do gustu.


    Swoim działaniem zachwyciła mnie maseczka łagodząca Dr. Hauschka. Przeznaczona jest dla cery wrażliwej. Wystarczyła mi na dwa użycia, ale jej działanie zachęciło mnie do rozważeń nad zakupem pełnowymiarowego opakowania. Podoba mi się jak fajnie reguluje poziom nawilżenia skóry i pomaga wrócić ją do stanu równowagi. Gdy użyłam tą maseczkę na noc, rano nie miałam nadprodukcji sebum na skórze. Skóra mniej się też przetłuszczała w ciągu dnia. Jest to maseczka bez spłukiwania. Zostawia się ją na noc na skórze.

    Druga próbka, której działanie bardzo mi się spodobało to peeling Kukui i Jojoba nieznanej mi wcześniej marki pai. Nie spodziewałam się, że peeling drobnoziarnisty może być tak delikatny dla skóry, a zarazem tak skuteczny. W jego opisie producent podaje, że można go stosować przy skórze wrażliwej i problematycznej. Jest bogaty w olejki, które nawilżają i odżywiają skórę. Zastanawiam się nad zakupem pełnowymiarowego opakowania, jednak jest to dość drogi produkt. Opakowanie pojemności 75 ml kosztuje ok. 150 zł.


    A jak tam Wasze zużycia w tym miesiącu ???

    0 0
  • 06/02/16--03:35: Zakupy kosmetyczne w maju
  • Na początku maja zastanawiałam się czy uda mi się nic nie kupić. Jednak nie udało się. Skusiłam się na kilka kosmetyków. Ale są to zakupy bardzo minimalistyczne.


    Skorzystałam z promocji, która była w maju w drogerii internetowej www.ekobieca.pl i kupiłam:
    - REVOLUTION The One Foundation w odcieniu Shade 1, czyli ten, który używa się do rozjaśniania zbyt ciemnych podkładów (9,99 zł)
    - MAYBELLINE Affinitone korektor w odcieniu 01 (14,99 zł)
    - BOURJOIS Rogue Edition Velvet w odcieniu 09 Happy Nude Year (29,99 zł)


    W Rossmannie zaopatrzyłam się tylko dwie rzeczy. Jedna to NIVEA odżywka LONG Care and Repair (11,99 zł). Od czerwca chcę wypróbować jak sprawdzi się u mnie mycie włosów odżywką, a ta była bardzo często do tego polecana. Drugi zakup to ALTERRA krem do rąk (3,99 zł). Nie miałam jeszcze kremów z tej firmy, dlatego chętnie go wypróbuję. A dodatkowo kończy mi się krem do rąk z Evree.


    W maju spodobał mi się (od pierwszego wejrzenia :P) lakier marki Semilac o nazwie Szeherezada. Trafił więc on do mojej kolekcji lakierów :))

    A jak tam Wasze zakupy w maju ???

    0 0

    Dla mnie najważniejsze jest, aby peeling złuszczał martwy naskórek. Nie musi to być bardzo drogi produkt. Wystarczy tani, ale skuteczny. Ważne jest, aby osiągnąć efekt, którego oczekuje. Z tego powodu pewnie nigdy nie wypróbowałabym Złotego Peelingu do ciała marki VEDARA. Opakowanie pojemności 150 ml kosztuje 48 zł. W tamtym roku kupowałam różne boxy i peeling ten dołączony był do jednego z nich. Obecnie nie kupuję już boxów, bo chociaż fajnie jest wypróbować różne kosmetyki, to niestety gromadzi się pewnych ich rodzajów za dużo, jak na przykład balsamów czy peelingów. A potem muszą leżeć i czekać na swoją kolej, ponieważ nie lubię mieć pootwieranych po kilka kosmetyków tego samego rodzaju na raz. Ten peeling też trochę się naczekał.


    Peeling znajduje się w zakręcanym opakowaniu, z którego wydobywamy zawartości tyle, ile chcemy użyć. Ma śliczny pomarańczowy kolor. Dopiero, gdy robiłam zdjęcia do postu, to zauważyłam mieniące się w słońcu złote drobinki. Wcześniej jakoś ich nie dostrzegałam, bo po kąpieli nie zostają one na skórze. Ma przyjemny zapach. Za złuszczanie odpowiadają w nim kryształki cukru oraz zmielone pestki winogron. Skutecznie, ale delikatnie złuszcza skórę. Kryształki cukru rozpuszczają się pod wpływem wody i masowania po skórze, dzięki temu jej nie podrażniają.


    Oprócz tego, że peeling ten złuszcza skórę, to równocześnie też ją nawilża. Zawiera w składzie olej kokosowy i migdałowy. Są one już w trakcie wykonywania peelingu wmasowywane w skórę. Dzięki temu po kąpieli skóra jest nawilżona i nie ma uczucia suchości czy szorstkości. Używam go w ten sposób, że na zwilżoną skórę nakładam peeling i masuję okrężnymi ruchami przez ok. 1-2 minuty. Następnie spłukuję go wodą. Po umycia pokrywa skórę delikatną warstewką olejków. Nie jest to tłusta i nieprzyjemna powłoka, która często powstaje po peelingach, które mają w składzie parafinę Jest to przyjemna warstewka, która z czasem dobrze wchłania się w skórę, powodując, że po kąpieli nie trzeba używać już balsamu do ciała.


    Podsumowując, jest to przyjemny w użyciu peeling, który jest bardzo skuteczny w złuszczaniu skóry. Niestety jest mało wydajny. Nie używam go zbyt dużo na raz, ale szybciutko ubywa z opakowania. Fajnie, że mogłam go wypróbować, jednak pozostanę przy używaniu tańszych peelingów.

    Mieliście ten peeling ???
    Co o nim sądzicie ???

    0 0
  • 06/23/16--01:09: FOTO mix # 1
  • Zamilkłam na chwilę na blogu. Jednak było mi to potrzebne - zrobiłam sobie takie małe, nieplanowane wakacje od blogowania. Wszystko zaczęło się od krótkiego braku prądu - dosłownie na kilka sekund - ale to wystarczyło, aby router przestał działać. Nie chciał się zrestartować i była potrzebna interwencja ekipy technicznej. Naprawa zajęła 2 dni. W międzyczasie rozpoczęła się nauka do egzaminów. Chciałam się na tym skupić, bo to ostatnie egzaminy i koniec szkoły. Teraz będę mieć już wolne weekendy i więcej czasu.

    Dziś (tak na początek, aby wpaść znów w rytm regularnego pisania) mam dla Was taki luźny post ze zdjęciami z mojego Instagrama. Długo zabierałam się za założenie tam konta. Do pewnych rzeczy trzeba jednak dojrzeć. Ja tak mam z mediami społecznościowymi. Aż w końcu stało się i mam konto. Instagram funkcjonuje sobie już chwilę, a ja nie wspomniałam o tym jeszcze na blogu. Nadrabiam więc to dzisiaj. Mój profil to: pure_ morning_ blog

    Mam nadzieję, że jakoś uda mi się zamieścić gadżet do Insta w pasku bocznym bloga (bo nie radzę sobie z tymi technicznymi sprawami). Zapraszam wszystkich chętnych do obserwowania. Cały czas zapoznaję się jak wszystko funkcjonuje i rozkręcam się. Dodatkowo nieraz tak się składa, że nie mam możliwości nic napisać na blogu. Na Instargamie staram się być na bieżąco. A teraz mix zdjęć z ostatniego czasu. 


    Pudding z mleka kokosowego i nasion chia, a do tego domowej roboty dżem porzeczkowo - jabłkowy. Wszystko posypane migdałami. Pyszności :)) Od kiedy go wypróbowałam, to często zajadamy się tym deserem razem z mężem. Tylko zmieniamy dżemy, ponieważ w zeszłym roku narobiłam ich trochę. Mamy jeszcze z dyni, z aronii, z malino-jeżyn, z czarnej porzeczki.

    Na paznokciach Semilac Pink Doll. Ładny, letni kolorek. A żeby nie było zbyt nudno dodałam jeszcze naklejkę.

    Był o tych paznokciach post na blogu - moje pierwsze podejście do zdobienia w stylu Negative Space.

    Wiosna w ogrodzie. Nie ma to jak mieć ogród wokół domu :)) Lubię tu wypoczywać.


    Chcieliście zobaczyć jak wygląda Semilac w odcieniu Szeherezada na paznokciach. Tutaj razem z Pink Peach Milk oraz naklejkami wodnymi. W rzeczywistości ten kolor wygląda znacznie ładniej, ale trudno było mi to uchwycić. Ostatnio zamieściłam na Insta nowe zdjęcie - tym razem Szeherezada z efektem syrenki.

    Wracam do Was z nowymi pomysłami na posty. Mam nadzieję, że okażą się one ciekawe i przydatne. Krótka przerwa spowodowała, że wena powróciła. Ja muszę wracać już do pracy, a Wam życzę miłego dnia :))

    0 0

    Tak się złożyło, że zarówno zużyte kosmetyki jak też zakupy mam nieduże. Nie ma co tracić Waszego czasu na czytanie dwóch, krótkich postów. Pomyślałam, że lepiej - a może nawet i ciekawiej - będzie połączyć je razem w jednym wpisie. Dzięki temu wszystko fajnie się usystematyzuje :))


    Jeśli chodzi o kosmetyki do oczyszczania twarzy, to zużyłam:

    - saszetkę z peelingiem enzymatycznym marki LIRENE. Lubię stosować tego typu peelingi. Są bardzo delikatne dla skóry, ponieważ nie wymagają tarcia. Aplikuje się je na skórę i pozostawia na ok. 10 minut, a następnie spłukuje. Skóra staje się bardziej wygładzona i świeża, a jednocześnie nie jest wysuszona czy podrażniona.

    LE'MAADR łagodzącą i nawilżającą wodę micelarną do demakijażu, która świetnie sprawdziła się u mnie w roli delikatnego toniku do przecierania twarzy. Kupiłam ten produkt głównie z myślą o demakijażu - niestety nie sprawdził się dobrze w tej kwestii. Opisałam to szczegółowo w jego recenzji TUTAJ.

    - CLINIQUE mild clarifying lotion (płyn rozświetlający oczyszczający skórę twarzy, szyi i dekoltu). Można stosować go rano i wieczorem. Ja używałam go tylko rano, ponieważ na wieczór mam inny. Wylewa się go na wacik i delikatnie przeciera nim skórę. Zawiera w składzie kwas salicylowy, dlatego wykazuje delikatne działanie złuszczające. Żeby je zauważyć należy używać go regularnie. Na początku używało mi się go dobrze, potem jednak skóra przyzwyczaiła się do niego (albo to ja zaczęłam postrzegać efekty jego działania jako coś normalnego), dlatego robię sobie od niego przerwę.

    Teraz zamiast tych płynów/toników używam jeden. Jest to LE'MAADR łagodząca i nawilżająca woda micelarna do demakijażu. Gdy ją kupiłam obowiązywała promocja 1 + 1 gratis. Dlatego kupiłam wtedy dwa produkty. Jeden właśnie zużyłam, drugi doczekał się na swoją kolej.


    Zużyłam też trzy produkty do pielęgnacji włosów:

    - PHARMACERIS skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych - od czasu do czasu po niego sięgam. Dobrze oczyszcza włosy.

    - SCHWARZKOPF GLISS KUR Ultimate Color eliksir z olejkami pielęgnacyjnymi - można stosować go przed myciem - ja używam na suche włosy (od połowy ich długości aż po końce). Jest bardzo wydajny - używałam go od grudnia. Na moje włosy wystarczały dwie pompki. Dobrze zabezpiecza końcówki przed rozdwajaniem. Skład ma bardzo fajny. Na początku są dwa silikony, potem olej, filtr UV i jeszcze siedem kolejnych olejów. Zawiera: olej słonecznikowy, olej z pestek moreli, olej sezamowy, oliwę z oliwek, olej ze słodkich migdałów, olej makadamia, olej arganowy, olej z maruli.

    - BANIA AGAFII ekspresowa regenerująca maska do włosów - nakładam ją na około 5 minut na umyte włosy. Znajduje się w małej saszetce, ale jest wydajna. Stosuje się ją w malej ilości (taka saszetka wystarczyła mi na około 10 aplikacji). Powoduje, że włosy są bardzo miękkie w dotyku i łatwo się rozczesują. Miałam już kilka tych masek Bani Agafii. Bardzo je polubiłam, ponieważ dobrze sprawdzają się na moich włosach. Jednak wersja regenerująca jest jak na razie najlepsza z tych, które używałam.

    W czerwcu nie kupowałam żadnych nowych kosmetyków do pielęgnacji włosów, ponieważ mam jeszcze kilka z wcześniejszych zakupów i teraz je używam.


    Zużyłam też EVREE Instant Help krem ratunek dla rąk. Był on bardzo treściwy i gęsty. Dość długo się wchłaniał, dlatego używałam go na noc, aby porządnie zregenerować skórę. Miał bardzo fajny skład, zawierał m.in: glicerynę, masło mango, alantoinę. W zużyciach znalazł się też żel pod prysznic marki AVON z linii zapachowej FEMME. Był on dołączony do zestawu świątecznego. Lubię zapach tych perfum, dlatego chętnie używałam też ten żel pod prysznic. Bardzo podoba mi się zapach Miss Dior Cherie, jednak nie jest on już dostępny w sprzedaży. Pozostało mi tylko kupowanie takich perfumetek. Była ona bardzo zbliżona do oryginału i nawet całkiem trwała. Nie kupowałam żadnych kosmetyków, aby je zastąpić, ponieważ skupiam się na zużywaniu tego co mam.


    Skończył mi się też dezodorant marki SCHMIDT'S w wersji bergamotka i limonka. Jest on bardzo wydajny - używałam go od grudnia!!! Jestem nim zachwycona - działał bez zarzutu. W słoiczku mieści się 56,7 g, kosztuje ok. 50 zł. Może to i drogo jak na dezodorant, ale wart jest tej ceny, przede wszystkim ze względu na swój skład, działanie, a także wydajność. Jest to produkt wegański i nietestowany na zwierzętach. Kupiłabym następny, jednak ja już jakoś tak mam z dezodorantami naturalnymi, że gdy używam dwa pod rząd tej samej marki, to ten drugi już na mnie nie działa. Dlatego robię teraz przerwę i kupiłam całkiem inny. Ten nowy to: GREEN PEOPLE naturalny dezodorant z aloesem (56,90 zł). Jest on naturalny i organiczny. Na razie używam go tydzień - ciekawa jestem jak się sprawdzi.


    Przez ostatnie trzy miesiące stosowałam rano lekki nawilżający krem rozpromieniający z wit. D marki LIRENE z linii proVitaD. Miałam już różne kremy tej marki, jednak ten okazał się najsłabszy. Nie widziałam żadnych efektów jego działania. Dlatego, gdy się skończył chciałam wypróbować jakiś inny. Od koleżanek kosmetyczek dowiedziałam się, że Farmona wprowadziła zmiany w recepturach i nowe linie kosmetyków. Dlatego postawiłam teraz na krem aktywnie dotleniający z SPF15 FARMONA PROFESSIONAL z linii AntiPollution (ok. 32 zł za 150 ml). Mam go niedługo, więc jeszcze nie wyrobiłam sobie o nim zdania, ale jestem ciekawa jak się sprawdzi.


    Z nowych kosmetyków FARMONA PROFESSIONAL zaciekawił mnie też produkt z linii PODOLOGIC, a mianowicie żel złuszczający do stóp (ok. 48 zł). Ma on zmiękczać naskórek tak, że potem łatwiej go usunąć. No zobaczymy - jest w trakcie testowania. Wspominałam Wam w jednym poście ze zużyciami o próbce, której działanie tak mi się spodobało, że postanowiłam kupić krem pełnowymiarowy. Tym produktem jest: GEHWOL med maść na spękane stopy Schrunden (ok. 34 zł). Nie mam popękanych pięt, ani silnych zrogowaceń. Jednak maść ta działa bardzo nawilżająco i regenerująco na skórę. Żaden drogeryjny krem nie zapewniał tego moim stopom. Dlatego zamierzam ją teraz profilaktycznie używać.

    Tak prezentuje się mój bilans kosmetyczny z czerwca. 
    A jak tam Wasze zakupy i zużycia ???

    0 0

    Wyszedł mi dość długi post. Ale jak tu się nie rozpisać o swoich ulubieńcach kosmetycznych. No to zapraszam do czytania :))


    Porządny nawilżacz, czyli DR. SCHELLER krem organiczna dzika róża - dzienna pielęgnacja

     


    Jakiś czas temu kupiłam dwa kosmetyki marki Dr. Scheller. Pierwszy raz miałam do czynienia z tą marką, ale działanie obu kremów bardzo mi się spodobało. Jeśli ktoś poszukuje dobrego, mocno nawilżającego kremu, który jest przeznaczony do stosowania na wieczór, to może zapoznać się z recenzją kremu Dr Scheller w wersji olej z ostu i nasion chia. Dziś skupię się na drugim kremie - tym w wersji dzika róża. Ma on bardzo gęstą, tłustą i treściwą konsystencje. Może się wydawać, że taki krem nie nada się do porannej pielęgnacji. Gdy go pierwszy raz użyłam byłam bardzo zdziwiona, że potrafi się tak fajnie i szybko wchłonąć. Dzięki temu stanowi dobrą bazę pod makijaż - gdyż zadbana i nawilżona skóra nie potrzebuje już dodatkowych baz. Przyjemnie mi się go rano używało, aż do tej fali upałów. Niestety zaczął on męczyć moją skórę, dlatego obecnie przerzuciłam go do pielęgnacji wieczornej. Wtedy skóra potrzebuje większej dawki nawilżenia, aby się przez noc zregenerować. W ten właśnie sposób, starając się dobrze odczytywać potrzeby mojej skóry, dobieram jej pielęgnację.


    Krem nie należy do tanich, ponieważ za opakowanie pojemności 50 ml zapłaciłam 63,96 zł. Jednak jest bardzo wydajny - nie ma potrzeby używać zbyt dużej jego ilości na raz. Dodatkowo ma dobry skład. Zawiera między innymi: olej kokosowy,  olej makadamia, olej z dzikiej róży i wyciąg z róży, olej z pestek moreli, kwas hialuronowy.

    SKŁAD (INCI): Aqua (Water), Glycerin, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil**, Hydrogenated Coconut Oil, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Glyceryl Stearate Citrate, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Shorea Stenoptera Seed Butter, Cetearyl Alcohol, Rosa Canina Seed Oil**, Cetearyl Glucoside, Sodium Hyaluronate, Aloe Barbadensis Leaf Juice**, Rosa Gallica Flower Extract**, Sclerocarya Birrea (Marula) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Prunus Persica (Peach) Leaf Extract**, Rubus Idaeus (Raspberry) Fruit Extract**, Pyrus Malus (Apple) Fruit Extract**, Parfum (Fragrance)***, Citronellol***, Geraniol***, Linalool***, Eugenol***, Limonene***, Citral***, Xanthan Gum, Gellan Gum, Stearic Acid, Palmitic Acid, Tocopherol, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Silica, Alcohol, Lecithin, Caprylic/Capric Triglyceride, Ascorbyl Palmitate, Citric Acid, Ascorbic Acid, Mica, Tin Oxide, Titanium Dioxide (Ci 77891).
    ** ingredients from certified organic agriculture
    *** from natural essential oils


    Opis ma trochę przesadzony, ale i tak to dobry kosmetyk: NACOMI mus do ciała w wersji mango 

     


    Produkt ten jest opisany jako wyszczuplający i antycellulitowy. Nie rozumiem czemu niby ma tak działać? W składzie zawiera typowo nawilżające składniki jak: masło shea, olej makadamia, jojoba i słonecznikowy oraz ekstrakt z mango i witaminę E. Nie mają one właściwości wyszczuplających. Dlatego ja używam ten produkt po prostu jako balsam do ciała. Jest mi potrzebny, aby nawilżyć i odżywić skórę. A że dodatkowo bardzo przyjemnie się go używa, to jeszcze lepiej. Nie ma on konsystencji typowej jak na balsam, czyli kremowej. Faktycznie ma w sobie coś z musu, ponieważ jest bardzo "puszysty". Chodzi o to, że przypomina mi jakby pianę ubitą na bardzo gęsto. Posiada ładny zapach. Nie kojarzy mi się on z mango, ja tam raczej wyczuwam gumę balonową. Nie jest on zbyt mocny, ani za słodki.

    Z racji tego, że jego skład jest głównie oparty na maśle shea, zachowuje się tak jak ono. W opakowaniu jest zbity, ale po wyjęciu jego porcji na dłoń zaczyna się topić. Dzięki temu łatwo się go rozprowadza, a także jest bardzo wydajny. Najlepiej małą ilość rozprowadzić na jak największej powierzchni skóry. Jego skład jest bogaty w oleje - dlatego, gdy się go zostawi za dużo na skórze, to potem bardzo długo się wchłania. Mus ma pojemność 150 ml i kosztuje ok. 23 zł. Dostępny jest też w innych wersjach zapachowych: Borówka, Malina i Ciastko.

    SKŁAD (INCI): BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, MACADAMIA TERNIFOLIA SEED OIL, CAPRIC TRYIGLYCERIDE, CERA ALBA, HELANTHUS ANNUS (SUNFLOWER) SEED OIL, GLYCERIN, SIMMONDSIA CHINENSIS OIL, ALCOHOL CETYL, MANGIFERA INDICA EXTRACT, TOCOPHERYL ACETATE, PARFUM.


    Mineralne odkrycie, czyli ANABELLE MINERALS podkład mineralny

     


    Gdy robi się bardzo ciepło moja skóra nie toleruje podkładów w płynie. Za bardzo ją obciążają i robi się przez to nieładna. Dlatego latem stosuję podkłady mineralne. Do tej pory miałam je z LILY LOLO. Jednak w tym roku postanowiłam wypróbować jak sprawdzą się u mnie te z Anabelle Minerals. Czytałam wiele pozytywnych opinii o nich, dlatego kupiłam kilka próbek. Podkłady te występują w trzech wersjach. Od razu odrzuciłam rozświetlającą, bo nie lubię tego efektu na skórze. Wypróbowałam dwie pozostałe. Wersja matująca nie zachwyciła mnie efektem jaki daje. O dziwo moja skóra świeciła się po niej jeszcze bardziej niż zazwyczaj.


    Za to podkład w wersji kryjącej, to dla mnie strzał w dziesiątkę. Może się wydawać, że taki "proszek" nic nie zakryje. Ale to nieprawda, ładnie kryje i to już przy jednej, cienkiej warstwie. Nie jest on aż tak kryjący jak typowe płynne, ciężkie podkłady. Jednak ja wolę bardziej naturalny efekt, aby koloryt skóry był ładnie wyrównany, a na większe przebarwienia nałożyć troszkę korektora. Podkład ten łatwo łączy się ze skórą i przede wszystkim (co dla mnie jest ważne) nie obciąża jej ani nie wysusza. Najlepiej dobranym do mnie odcieniem jest obecnie Beige Fairest oraz Beige Fair.



    Odrobina luksusu w mojej łazience: SKIN 79 Pearl Luminate Brilliant Deep Cleanser / żel głęboko oczyszczający z wyciągiem z pereł AKOYA

     


    Jest to żel, przeznaczony jest do oczyszczania twarzy. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak przyjemnie się go używa. Nie tylko oczyszcza skórę, ale jednocześnie też ją nawilża. Po umyciu nie mam uczucia ściągniętej i suchej skóry. Znajduje się w higienicznym opakowaniu z pompką  Jakże ślicznie wgląda ono na półce wśród innych kosmetyków. Dzięki temu, że jest przezroczyste widać dokładnie ile produktu pozostało, a dodatkowo ciekawie wyglądają zatopione w nim perełki. Tworzy to fajny wizualny efekt. 


    Wszystko to sprawia, że kosmetyk ten wygląda na bardzo luksusowy. Podkreśla to też jego cena, ponieważ opakowanie pojemności 100 ml kosztuje 130 zł. Ja kupiłam go na promocji. Na szczęście jest to produkt wydajny - używam go już 3 miesiące i zużyłam pół opakowania. Jest taki wydajny, ponieważ ma dość płynną konsystencje i nawet już wyciśnięcie pół pompki wystarcza na dokładne oczyszczenie skóry. Jego pełnego składu nie będę tu przytaczać, ponieważ zawiera aż 50 substancji aktywnych!!! Znajdują się wśród nich: ekstrakty i oleje z kokosa, pomarańczy, ryżu, sezamu, eukaliptusa, migdału. Ponadto zawiera też kwas glikolowy, który ma za zadanie spowalniać proces starzenia się skóry. A do tego ma bardzo przyjemny i świeży zapach.

    A jak tam Wasi ulubieńcy???

    0 0

    Nie często zdarzają mi się kosmetyki, które nie do końca usatysfakcjonują mnie swoim działaniem. Dlatego takie posty pojawiają się u mnie rzadko. Jednak jak już jakiś kosmetyk mi podpadnie, to muszę się z kimś o tym podzielić. Trafiło na Was ... ale chyba chcecie wiedzieć, co się u Was może też nie sprawdzić?

    Co się stało z moją twarzą?, czyli o płynnym fluidzie + serum z kwasem hialuronowym "No Mask" marki LIRENE

     


    Od kiedy tylko dowiedziałam się, że Lirene wprowadziło do sprzedaży ten podkład, to bardzo chciałam go wypróbować. Tak się złożyło, że otrzymałam go w paczce z nowościami marki do przetestowania. Podoba mi się w nim to, że jest to podkład bardzo lekki. Jego formuła oparta jest na bazie wody. Lubię takie podkłady stosować latem. Moja skóra źle się czuje jakbym zaaplikowała na nią cięższy podkład, na przykład z tych, które sprawdziły się u mnie zimą. Dodatkowo zawiera w składzie kwas hialuronowy i elastonyl, które mają właściwości nawilżające i napinające. Nie przeszkadza mi nawet jego słabe krycie - latem takie lubię nawet bardziej. Potrzeba mi tylko lekko wyrównać koloryt. Ale wspominam o tym, dla osób, które poszukują bardziej kryjącego podkładu. Trochę niedogodności sprawia też to, że ma on postać bardzo wodnistą i rzadką, a opakowanie nie ma pompki. Wydobywanie go na dłoń sprawia trochę problemu, bo można wylać go za dużo. Jednak poradziłam sobie z tym i nie stanowiło to już dla mnie przeszkodą w jego używaniu.


    Problemem jest to, że ciemnieje na mojej skórze. Mam go w odcieniu 01, który jest bardzo jasny. Zaraz po nałożeniu na skórę wygląda idealnie - na początku myślałam, że trafiłam wreszcie na drogeryjny produkt, który ma jasne kolory dla bladziochów. Niestety, gdy po pewnym czasie od jego aplikacji popatrzyłam w lustro, to przeraziłam się. Byłam pomarańczowa na twarzy. Ściemniał tak o 2-3 tony. Próbowałam używać go na różne kremy, z różnymi pudrami, bez pudrów - i zawsze to samo - ciemniał. Jednak kwestia ciemnienia podkładu jest bardziej skomplikowana, ponieważ czytałam recenzje tego podkładu osób bardzo z niego zadowolonych, u których nie ciemniał.


    Dlaczego mi to zrobiłeś?, czyli o CATRICE tuszu do rzęs Glam and Doll

     


    Tak ogólnie, to ma on wiele plusów, które nie każdy tusz jest w stanie spełnić. Po pierwsze ma szczoteczkę taką, jaką lubię w tuszach do rzęs (silikonową i wąską). Do tego jest tani - zapłaciłam za niego 16,99 zł (ale można go dostać jeszcze taniej na promocji). Już od pierwszego wyjęcia szczoteczki i pomalowania nim rzęs jest w sam raz do używania. Nie jest za rzadki. Odpowiednio szybko zastyga na rzęsach - jestem w stanie dobrą chwilę układać szczoteczką rzęsy, aż ułożą się tak jak mi to pasuje. Ładnie przy tym rozczesuje rzęsy i pogrubia je. Daje bardzo naturalny efekt.


    Czym więc mi zawinił, że mimo tylu plusów uważam go za rozczarowanie??? Pewnego dnia, jak przejrzałam się w lusterku, to doznałam szoku. Używałam ten rusz już tydzień i na początku wszystko było w porządku. A potem nagle zaczął się osypywać. Ujrzałam moje odbicie w lustrze z dwoma czarnymi podkowami pod oczami. Od tej pory tak było za każdym razem, gdy go użyłam. Miałam kupić inny tusz, ale w międzyczasie zostałam modelką na szkoleniu z przedłużania rzęs metodą 1:1 (szykuje Wam post o tym) i na razie nie potrzebuję tuszu do rzęs. Jest to też powód, dlaczego niestety nie mogę pokazać Wam jak ten tusz wygląda na rzęsach. Modelką zostałam dość nagle, a doczepianych rzęs nie maluje się tuszem. Musicie uwierzyć mi na słowo, jeśli chodzi o opisywane efekty działania tego tuszu.


    Czy to tylko moje widzimisię?, czyli MAYBELLINE Affinitone korektor

     


    Zbiera on bardzo dobre opinie. Ja też nie mam mu wiele do zarzucenia. Jednak to, co mi w nim nie pasuje sprawia, że więcej go nie kupię. Znacznie lepiej używało mi się korektor Liquid Camouflage z Catrice. Affinitone ma jasny kolor, który jest dobry dla bladziochów. Mam go w odcieniu numer 010 Nude Beige. Łatnie dopasowuje się do skóry i nie ciemnieje. Jeśli chodzi o użytkowanie, to wolałam aplikator korektora z Catrice. Był mniejszy i miał nieco ściętą końcówkę - niby taka mała rzecz - ale robi wielką różnicę. Dla mnie tamten aplikator był wygodniejszy w użyciu, lepiej nakładało mi się nim  korektor i był przyjemniejszy w kontakcie ze skórą. 


    Korektor z Catrice miał też większe krycie, był bardziej plastyczny - lepiej mi się go rozprowadzało po skórze. Affinitone mocno zbiera się w załamaniach powieki - nawet jak się go nałoży bardzo mało i przypudruje. Do tego ma bardzo słabe krycie. Nie nadaje się do maskowania wyprysków, ani przebarwień po nich. Może się do niego z czasem przyzwyczaję.Na razie jednak muszę go używać. Przecież nie będę co chwile kupować nowego korektora.

    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Jak się u Was sprawdziły?

    0 0

    Moje naturalne rzęsy są cienkie i krótkie. Udało mi się je "wyhodować" na dłuższe, gęstsze i grubsze dzięki stosowaniu odżywek do rzęs. Głównie pomogło mi serum BodetkoLash  (o efektach jego działania pisałam TUTAJ). Byłam zadowolona ze swoich rzęs i nie planowałam robić z nimi nic więcej. Jednak moja siostra zdecydowała się zrobić kurs z przedłużania rzęs metodą 1:1 i potrzebowała modelki. Zgodziłam się zostać jej obiektem doświadczalnym. Pomyślałam sobie, że dzięki temu dowiem się coś więcej o przedłużaniu rzęs (nigdy nie wiadomo co w życiu może się przydać), a przy okazji zobaczę jak to jest mieć przedłużone rzęsy.




    Niestety nie zrobiłam zdjęć przed doczepieniem rzęs. Dlatego jeśli ktoś chce zobaczyć jakie były moje rzęsy, to są one pokazane na zdjęciach w poście o serum BodetkoLash. Tuż przed założeniem rzęs miałam trochę obaw: czy mnie nie uczulą? (bo mam bardzo wrażliwe oczy), czy będzie się je czuło na powiekach? jak długo się utrzymają?

    Zakładanie rzęs trwało bardzo długo. Było to związane z tym, że na szkoleniu trzeba było poczekać, aż instruktorka do każdego podejdzie i pokaże jak w praktyce wykonać, to o czym wcześniej opowiadała. Wyleżałam się na łóżku od godziny 10 do 15. Z małą przerwą, gdy zaczęły mnie już krzyże boleć, a moją siostrę ręce. Dodatkowo byłyśmy już głodne, więc poszłyśmy na frytki. Jak już się wyrobi wprawę, to zakłada się rzęsy w około 2 - 2,5 godziny.

    Przed zabiegiem trzeba zapoznać się z przeciwwskazaniami, a są to:

     

    - choroby alergiczne oczu
    - alergia na któryś ze składników kleju lub tworzywo z którego wykonana jest rzęsa
    - całkowity brak rzęs
    - zespół suchego oka
    - chemioterapia
    - gdy ktoś nosi szkła kontaktowe, to należy je zdjąć na czas wykonywania zabiegu


    Jak przebiega zakładanie rzęs:


    Trzeba położyć się wygodnie na plecach na fotelu kosmetycznym. Następnie kosmetyczka podkleja nam na dolne powieki specjalne podkłady, aby te rzęsy nie poprzyklejały się do górnych. Mogą to być plastry kolagenowe, które zawierają substancje nawilżające i odżywcze, więc w międzyczasie działamy też pozytywnie na skórę pod oczami. Trzeba dobrać odpowiednią długość rzęs, zgodnie z oczekiwaniami klienta. Ja chciałam uzyskać raczej naturalny efekt, dlatego mam założone rzęsy długości 9, 10 i 11. Czyli takie nie za długie, ponieważ dostępne są też rozmiary 12 czy 13. A maksymalny najdłuższy to 15.

    W kąciku wewnętrznym przykleja się krótsze rzęsy, a przesuwając się w stronę zewnętrznego coraz dłuższe. Wszystko po to, aby efekt wyglądał bardzo naturalnie. Przyklejanie rzęs jest bezbolesne. Ale bardzo nudne - cały czas musimy leżeć z zamkniętymi oczami. W tym czasie przykleja się jedną rzęsę do lewej powieki, potem do prawej i tak w kółko. W trakcie tego zabiegu dla mnie nieprzyjemne były dwa momenty. Pierwszy, gdy po skończonym doczepianiu rzęs instruktorka podeszła do nas i zaczęła poprawiać sklejone rzęsy. Niestety trzeba je rozerwać od siebie, a to boli. Drugi nieprzyjemny moment to ściągnięcie podkładów i otwieranie oczu. Opary kleju trochę mnie szczypały w oczy, co powodowało, że przez parę minut oczy mi łzawiły. Ale potem wszystko było już w porządku.

    Efekty:


    Efekty zabiegu na moich rzęsach prezentują się tak, jak na poniższych zdjęciach (były one robione dwa dni po doczepieniu rzęs). Przy ich ocenianiu weźcie pod uwagę, że był to pierwszy raz, gdy moja siostra miała do czynienia z takimi rzęsami i je doczepiała (a ja nie umiem robić ładnych zdjęć). Teraz nabrała wprawy i robi już coraz ładniejsze. Chociaż uważam, że jak na pierwszy raz, to wcale nie wygląda to źle. A dodatkowo rzęsy cały czas mi się trzymają (wypadło tylko kilka), chociaż nosze je już trzy tygodnie. Bardzo fajne efekty otrzymuje się łącząc dwa kolory rzęs, np. czarne z kilkoma niebieskimi.


    Jak postępować z rzęsami po zabiegu?

    - przez pierwsze 24 godziny nie należy moczyć tych rzęs. Trzeba uważać, gdy się będzie myło w tym czasie głowę.
    - rzęs nie malujemy tuszem.
    - gdy wykonamy makijaż, to nie zmywamy go produktami zawierającymi oleje, ponieważ olej rozpuszcza klej.
    - przeczesywać rzęsy szczoteczką otrzymaną od kosmetyczki, aby ładnie się układały. Szczoteczka wygląda jak ta od maskary. Należy rzęsy czesać, aby się nie poplątały.

    Miałyście już doczepiane rzęsy metodą 1:1? 
    Co sądzicie o takim zabiegu?

    0 0
  • 07/14/16--04:27: Potrzeba zmian
  • Jak to mówią: "dobra zmiana nie jest zła". Powoli wprowadzam pewne zmiany. Na przykład staram się zdrowiej odżywiać i więcej ćwiczyć. Będzie to też częściowo widoczne na blogu. Czy wiecie, że od 2 lat nie zmieniałam szablonu? Tak nie może być. Przez ten czas pozmieniały się nie tylko trendy blogowe, ale i moje upodobania. Jak zapewne zauważyliście, od pewnego czasu stawiam na minimalizm. Od kiedy ograniczyłam ilość posiadanych kosmetyków czuję się lepiej. W planach mam zamiar zabrać się jeszcze za ubrania oraz otaczające mnie przedmioty. Jak widzicie zmiany te objęły także wygląd bloga. Nie chciałam żadnych udziwnień. Miało być prosto i minimalistycznie. Dzięki pomocy Kasi udało mi się to osiągnąć. A na dole dla przypomnienia jak było wcześniej.


older | 1 | .... | 24 | 25 | (Page 26) | 27 | 28 | .... | 31 | newer