Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Witajcie w moim kosmetycznym świecie !!! Mam nadzieje, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie :))

older | 1 | .... | 25 | 26 | (Page 27) | 28 | 29 | .... | 31 | newer

    0 0

    Rzęsy miałam przedłużone metodą 1:1 od 18 czerwca. Czyli minęły już 4 tygodnie. Przez ten czas sporo rzęs mi wypadło. Jednak nadal mam takie, które trzymają się bardzo dobrze. Obecny efekt nie wygląda już dobrze - nastał moment, aby uzupełnić rzęsy lub je ściągnąć. Można też zmienić metodę przedłużania rzęs. Metoda 1:1 oznacza, że do jednej naturalnej rzęsy przykleja się jedną sztuczną. Są też metody 2:1 czy 3:1. Czyli do jednej rzęsy doczepia się dwie lub trzy sztuczne rzęsy. 
     
    Opisywałam Wam ostatnio jak wyglądało zakładanie rzęs. Dziś chciałabym się skupić na tym jakie wady i zalety noszenia tych rzęs zaobserwowałam.



    Zalety przedłużania rzęs metodą 1:1:

     

    • Metoda ta daje bardzo subtelny rezultat, jednak jest on wystarczająco widoczny. 
    • Efekty są widoczne od razu.
    • Doczepionych rzęs nie czuje się. Nie przeszkadzają w codziennym użytkowaniu ich - oczywiście, gdy są dobrze przyklejone. Gdy będą przyklejone zbyt blisko powieki mogą trochę kłuć. Ja tak miałam na początku z kilkoma rzęsami (no w końcu siostra na mnie się uczyła i przyklejała rzęsy pierwszy raz), jednak poczesałam je trochę szczoteczką i ułożyły się tak jak powinny.
    • Nie przeszkadzają w trakcie snu. Jedynie, gdy śpię na boku, to czasem trochę kłują w powiekę. Jednak nie jest to częste i nie przeszkadza mi za bardzo.
    • Oszczędność czasu - jeśli po założeniu takich rzęs zrezygnujemy z makijażu oczu, to zyskamy trochę czasu. Ja w okresie wakacji właśnie tak robię. Aplikuję tylko podkład, róż, żel do brwi i bezbarwny błyszczyk.
    • Gdy mamy jakieś niespodziewane wyjście i szybko musimy być gotowe, te rzęsy to świetne rozwiązanie.
    • Nie musimy obawiać się, że tusz osypie nam się pod oczami, czy spłynie w przypadku niespodziewanego deszczu czy płaczu.
    • Wiele moich koleżanek przedłużało rzęsy przed ślubem, aby jeszcze lepiej wyglądać w tym wyjątkowym dla nich dniu.
    • Moja znajoma zachwalała sobie też takie rzęsy podczas wakacyjnego wyjazdu. Miała dodatkowo wykonany jeszcze makijaż permanentny brwi - inne osoby zazdrościły jej, że po wyjściu z basenu zawsze świetnie wygląda, chociaż tak właściwie nie robiła żadnego makijażu (nie używała nawet podkładu, bo już same rzęsy i brwi robiły całą robotę).
    • Oczywiście, gdy nam się te rzęsy znudzą można je szybko ściągnąć u kosmetyczki (trwa to ok. 15 minut).

    Wady przedłużania rzęs metodą 1:1:

     

    • Cena - założenie rzęs kosztuje ok. 120-200 złotych. Późniejsze ich uzupełnienie jest już tańsze.
    • Uważajcie na zbyt tanie oferty - często widziałam na przykład za 30-40 zł. Zawsze zastanawiam się jak osobom wykonującym takie rzęsy może się to opłacać? Zakup dobrych produktów do przedłużenia rzęs trochę kosztuje. A jak ktoś robi rzęsy tak tanio, to musi ciąć koszty. Wtedy kupuje się najtańszy klej, który może bardziej uczulać, gorszej jakości rzęsy.
    • Czas trwania - na założenie rzęs trzeba poświęcić około 2 godziny, a nie każdy jest cierpliwy i lubi tyle czasu leżeć z zamkniętymi oczami.
    • Osoby noszące okulary nie powinny wybierać zbyt długich rzęs, ponieważ potem ocierają się one o szkła. No chyba, że ktoś nosi okulary na czubku nosa, to nic mu nie będzie przeszkadzało.
    • Demakijaż może zniszczyć doczepione rzęsy - nie można używać produktów do demakijażu zawierających oleje, ponieważ olej rozpuszcza klej. Nie wskazane są też waciki, ponieważ zostawiają białe paproszki na rzęsach. Rzęsy czyści się otrzymaną od kosmetyczki szczoteczką.


    A Wy moglibyście dopisać do tej listy jeszcze jakieś wady i zalety?

    0 0

    Od kiedy wypróbowałam lakiery hybrydowe, inne poszły w odstawkę. Ze zwykłymi lakierami zawsze był problem. Nie miałam cierpliwości, aby czekać, aż dobrze wyschną, dlatego często miałam na nich odbite ślady od pościeli czy ubrań. A dodatkowo szybko mi odpryskiwały. Najczęściej już na drugi dzień. Dlatego trwałe i szybkoschnące lakiery, to coś co lubię. Ostatnio testowałam ciekawy produkt marki Eveline. Ma on dawać efekt żelowego manicure.


    Co według producenta oznacza efekt żelowego manicure?

    Po pomalowaniu paznokcie mają ładnie się błyszczeć, mieć gładką powierzchnię, być odporne na ścieranie i odpryski. Ciekawe jest to, że nie potrzeba do tego lampy UV/LED. Ten żel ma być utwardzany pod wpływem naturalnego światła. Z upływem czasu warstwa lakieru ma stawać się coraz mocniejsza, a schnięcie ma krótko trwać. A jak nam się już znudzi dany kolor, to bezproblemowo ma się go zmywać. Wystarczy użyć bezacetonowy zmywacz.


    Co to jest Magical Gel?

    System ten składa się z dwóch produktów: lakieru oraz topu imitującego efekt żelowych paznokci. Dostępny jest w 6 kolorach. Ja mam numer 4, czyli czerwony w klasycznym odcieniu. Kiedyś nie lubiłam takich kolorów na moich paznokciach - królowały u mnie wtedy nudziaki. Jednak od zeszłego roku zmieniło się to i mam dwa lakiery hybrydowe w takiej kolorystyce (jeden to Sexy Red, a drugi śliczne bordo). Dlatego teraz, w tym lakierze Eveline, czułam się dobrze.


    Jak używać Magical Gel?

    Wszystko zaczyna się od przygotowania paznokci. Nie ważne czy będziemy nakładać hybrydę, żel czy zwykły lakier, zawsze trzeba odsunąć skórki, nadać odpowiednią długość paznokciom, wysuszyć je i odtłuścić. Na tak przygotowane paznokcie nakładamy krok 1 z zestawu, czyli Color Magical Gel. Gdy nakładamy dwie warstwy, należy poczekać, aż pierwsza wyschnie, zanim nałożymy drugą. Krok 2 to aplikacja Top Coat Magical Gel. Producent podaje, że po 5 minutach nasz manicure będzie suchy, a po 10 całkowicie utwardzony.


    Jak to się u mnie sprawdziło?

    Nakładanie lakieru jest proste. Zdziwiło mnie to, że nie używamy bazy pod lakier. Trochę się obawiałam czy ta czerwień nie przebarwi mi potem paznokci, ale nic takiego się nie stało. Samo malowanie paznokci jest proste. Lakiery nie smużą i mają dobrą konsystencje. Pędzelki są szerokie, dobrze się nimi maluje. Jedynie trzeba sprawnie nałożyć ten bezbarwny top, ponieważ jest on nieco gęstszy niż lakier kolorowy. Najlepiej jak najmniejszą ilością ruchów, bo wszelkie poprawki robią smugi. Niestety nie zrobimy tu tak jak w przypadku hybrydy (zetrzemy to, co źle wyszło i nałożymy od nowa), bo zepsujemy naszą dotychczasową pracę. 
    Lakiery szybko wyschły. Faktycznie po tych 10 minutach mogłam już robić co chciałam, nie obawiając się, że coś odciśnie mi się na lakierze. Do ładnego krycia potrzeba dwie warstwy czerwonego lakieru. Jedna nie oddaje w pełni tego koloru i pozostają jeszcze prześwity. Na zdjęciach możecie zobaczyć jak wyglądają dwie, cienkie warstwy.


    Co z trwałością?

    Producent obiecuje do 10 dni pięknego koloru i blasku. U mnie tak nie było. Używałam ten lakier kilka razy i za każdym razem było podobnie. Bez żadnych zarzutów wygląda ładnie 4-5 dni. Prace domowe znacząco wpływają na jego trwałość. Ale uzyskane efekty uważam za duży sukces. Do tej pory niehybrydowe lakiery, które używałam, wytrzymywały na moich paznokciach 1-2 dni. A z Magical Gel cieszyłam się ładnymi paznokciami znacznie dłużej. Jestem osobą praworęczną, dlatego na tej dłoni lakier bardziej mi się zniszczył. 4 dni wyglądał bardzo dobrze (miałam tylko lekko starte końcówki), a piątego dnia lakier odprysnął z dwóch paznokci.


    Lewa ręka dalej wygląda po tych 5 dniach dobrze. Lekko starte końcówki, żadnych odprysków.


    Eveline Manical Gel - czy warto?

    Akurat zrobiłam sobie przerwę od hybryd, więc pomalowanie paznokci czymś innym jest ciekawym doświadczeniem. Fajnie było wypróbować ten dwu-stopniowy system do manicure. Dla wielu osób może on okazać się prostszy w użyciu niż lakiery hybrydowe. Nie potrzeba tu lampy UV/LED, a mimo to lakier schnie szybko. Jest to też znacznie tańsze rozwiązanie. Taki zestaw kosztuje ok. 16 zł, a na promocji można go dostać jeszcze taniej. Ja jestem zadowolona z efektów. A jak potrzeba zmienić lakier, to bez problemu zmywa się go zwykłym zmywaczem.


    A Wy używaliście takie lakiery?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Podstawę mojej pielęgnacji ust stanowi dobry peeling i bezbarwna pomadka ochronna. Tego typu kosmetyki zawsze mam pod ręką i często po nie sięgam. Lubię, gdy skóra warg jest gładka i dobrze przygotowana przed nałożeniem szminki czy matowej kredki. Ostatnio odkryłam jeszcze zalety stosowania olejku do ust. Podoba mi się efekt jaki daje - ta błyszcząca tafla. A przy okazji taki olejek posiada też właściwości pielęgnacyjne.


     

    Precious Oils Lip Scrub - delikatny peeling do ust



    Moje usta potrzebują regularnych peelingów, zwłaszcza w okresach kiedy skóra staje się sucha i łuszczy się. Lubię pozbyć się suchych skórek, by nałożona pomadka czy błyszczyk ładnie wyglądały. Najczęściej przygotowuję coś sama, na przykład z cukru połączonego z wybranym olejem. Jednak lubię też mieć jakiś gotowy produkt pod ręką. Opisywałam już kiedyś działanie peelingu marki Sylveco. Dziś będzie o delikatnym peelingu do ust marki Eveline.


    Peeling ten jest w formie szminki. Jest on bardzo delikatny. To znaczy zawarte są w nim malutkie drobinki, które nie są bardzo ostre. Najlepiej sprawdzi się do delikatnego złuszczania. Gdy mamy mocnej przesuszone usta, trzeba używać go częściej. Pocierając nim o wargi wykonujemy peeling. Pozostałe na skórze drobinki możemy pomasować jeszcze chwilę opuszkiem palca lub zetrzeć chusteczką. Niestety same się nie rozpuszczą. Produkt ten nawilża usta, a także je wygładza. Znajduje się w ślicznym, różowym opakowaniu. Jest ono plastikowe. Jak na razie nic mi w nim nie popękało, ale nie wygląda ono na zbyt trwałe. Cena tego peelingu to ok. 16 zł.


    Precious Oils Lip Elixir - olejek do ust

     


    Jest to nawilżający olejek do ust w formie błyszczyku. Bardzo popularny jest ten z Clarins (niestety dla mnie za drogi), ciekawił mnie też olejek Luxury Lips z Catrice (ale jakoś nie mogłam się wybrać, aby go kupić). Za to mam Lip Elixir marki Eveline. Dostępny jest w dwóch wersjach: Vanilla oraz Cranberry. Ja mam tą pierwszą.


    W lipcu stawiałam na bardzo minimalistyczny makijaż. Zwłaszcza w te upały. Troszkę podkładu mineralnego, podkreślić brwi żelem, miałam przedłużane rzęsy metodą 1:1 (więc ich nie malowałam), odrobinę różu i ten olejek do ust. Bardzo fajnie nawilża, ale też twory efekt błyszczącej tafli. Nie nadaje ustom zabarwienia (jest bezbarwny), sprawia tylko, że ładnie lśnią. Dodatkowo posiada filtr SPF10. Producent wymienił, że ma w składzie mnóstwo olejków, m.in. arganowy, kokosowy, awokado, z oliwek. Niestety nie wszystkie z nich występują na początku składu (większość dopiero po składnikach zapachowych). Zaraz na drugim miejscu w składzie jest parafina. Olejek ma pojemność 7 ml, a jego koszt to ok. 12 zł.


    SOS Argan Oil odżywczo-regenerujący balsam do ust

     


    Przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji ust. O ile opisywany powyżej olejek trzymam w domu, to ten balsam noszę przy sobie w torebce. Nie zajmuje dużo miejsca i jest w formie poręcznego w użyciu sztyftu. Bardzo dobrze nawilża i regeneruje usta, zapobiegając ich pękaniu i spierzchnięciu. Tego typu sztyfty sprawdzają się u mnie świetnie zimą, ale latem też lubię je używać. Zawiera filtr SPF10. A dzięki temu, że jest bezbarwny mogę aplikować go na usta bez użycia lusterka.


    Od razu po użyciu przynosi ulgę, usta stają się miękkie, nie tworzą się na nich suche skórki. Czasem zdarza mi się też używać go pod szminkę czy matową kredkę do ust. Nakłada się wtedy mniej pigmentu - ja się tak lepiej czuję, bo nie lubię mieć mocno podkreślonych ust. Dodatkowo matowe pomadki ich tak nie wysuszają. Balsam ten zawiera w składzie m.in. lanolinę, wosk pszczeli, masło kakaowe, witaminę E. 

    A Wy jakie kosmetyki do pielęgnacji ust używacie?
    Mieliście któryś z opisywanych w tym poście?

    0 0

    Nigdy nie przypuszczałam, że aż tak wiele rzeczy można wziąć teraz na raty. To było dla mnie coś normalnego kupić pralkę czy lodówkę w ten sposób. Bo wiadomo nie każdy ma odpowiednią ilość gotówki od razu, gdy zajdzie nagle taka potrzeba. U mnie w domu tak ostatnio było. Słyszałam nieraz, że jak coś zacznie się psuć, to często pociąga za sobą całą lawinę następnych takich zdarzeń. Jednak do tej pory nie doświadczyłam tego. Aż tu nagle w czerwcu zepsuła się pralka (zalewając przy tym łazienkę), następnie w lipcu mikrofalówka, potem robot kuchenny, a zaraz następnego dnia również i kosiarka. Mieliśmy też problemy z hamulcem ręcznym przy samochodzie. Taki to właśnie nastąpił ciąg zdarzeń. Czekaliśmy tylko kiedy to się zakończy. Trzeba teraz kupić sporo nowych przedmiotów, a także części do pozostałych.

     
    W między czasie dowiedziałam się, że wiele innych opłat można też rozłożyć na raty. Gdy odnawiałam ubezpieczenie samochodu, to pani od razu zaproponowała rozłożenie tej kwoty na raty. Ja nawet o tym nie myślałam, ponieważ nie było dla mnie problemem zapłacić te 300 zł od razu. Pani wolała o to zapytać, bo wiele osób korzysta u nich z tej opcji. Jednak ostatnio zaciekawił mnie temat opłacania leczenia na raty. Nie wiedziałam, że to jest w Polsce coraz bardziej popularne. Przybywa też placówek oferujących tą formę płatności. Z tego, co czytałam na ten temat wynika, że leczenie takie jest możliwe w bardzo wielu dziedzinach medycyny: od stomatologii, aż po chirurgię plastyczną. A największą popularnością cieszą się takie zabiegi jak: powiększanie piersi, implanty zębowe, przeszczepy włosów, operacje zaćmy, założenie aparatu ortodontycznego, leczenie żylaków. Ale możliwe jest też leczenie schorzeń urologicznych, laryngologicznych czy kardiologicznych w ten sposób. 

    Cała procedura leczenia na kredyt, nie jest skomplikowana i wygląda tak, jak standardowa procedura brania na przykład sprzętu AGD na kredyt. Kliniki nawiązują współpracę z bankami. My idziemy do rejestracji w klinice, składamy potrzebne dokumenty (wniosek wraz zaświadczeniem o zarobkach. Potrzebny będzie też dowód osobisty) i czekamy na decyzję kredytową. Trwa to około 24 godziny, maksymalnie do 3 dni. Dostępna jest też opcja złożenia wniosku online, czyli nie musimy nawet wychodzić z domu by wziąć kredyt. Nasze leczenie opłaca bank w postaci przelewów do wybranej przez nas kliniki. Nie dostaje się pieniędzy „do ręki”. Na portalu Tourmedica.pl można znaleźć listę placówek, które oferują leczenie na raty przy współpracy z tym serwisem.


    Najwięcej takich placówek znajduje się w dużych miastach. Z ciekawości przeglądałam ofertę i znalazłam też coś i w mojej okolicy. Mnie najbardziej zainteresowały zabiegi stomatologiczne. Podobają mi się równe i proste zęby. A mi przeszkadza kilka moich krzywych, zwłaszcza górna dwójka. Niestety leczenie tego było problemem (specjaliści byli dostępni bardzo daleko, a koszty aparatu ortodontycznego za duże). Kredyt na leczenie, będzie szansą dla wielu osób, których do tej pory nie było stać na niektóre zabiegi. więcej o leczeniu na kredyt zobaczycie tu: https://www.tourmedica.pl/blog/leczenie-na-raty-implanty-zebowe/
     
    Znalazłam też coś takiego jak kalkulator do obliczania miesięcznej raty. Wybieramy tam interesującą nas liczbę rat (od 6, 12, 24, a nawet 60), a także wartość zabiegu. Taki kalkulator przeliczy ile będzie wynosić miesięczna rata, a także ile wraz z odsetkami w będziemy spłacać. Dzięki temu można sobie wszystko dobrze rozplanować. Istnieje również możliwość finansowania jednym kredytem kilku zabiegów: czyli albo kilku dla siebie, albo swoje i innych członków rodziny. Można dofinansować tylko część zabiegu (na przykład, gdy potrzeba nam 7 000 zł na zabieg, a mamy tylko 3 000 zł, to pozostałe 4 000 zł można opłacić ratalnie).

    Ja na razie dowiaduję się więcej o tej możliwości i czytam różne artykuły w Internecie. 
    A Wy korzystaliście z jakichś zabiegów na raty? Co o tym sądzicie?

    0 0

    To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Na Mirror Powder musiałam spojrzeć dopiero drugi raz, aby się do niego przekonać. Na początku efekt dziwnie błyszczących paznokci nie spodobał mi się. Potrzebowałam trochę czasu, aby się temu nowemu trendowi lepiej przyjrzeć. Jednak potem coś między nami zaiskrzyło. To coś sprawiło, że zdecydowałam się nie tylko wykonać takie zdobienie na swoich paznokciach. Nawet kupiłam sobie ten srebrny proszek.


    Nie było łatwo go kupić - oj nie. Wszystko przez to, że zaraz jak pojawił się na rynku, to od razu został wykupiony. Sprawdzałyśmy z siostrą w różnych hurtowniach kosmetycznych. Można było składać u nich zamówienia, ale terminy dostawy były odległe. Jednak w końcu udało się - mamy nasz Mirror Powder. Kupiłyśmy go na spółkę, ponieważ jest go na tyle dużo, że pewnie i tak nie zużyjemy całego zanim nam się znudzi.


    Jednak to nie koniec wydatków. Aby uzyskać odpowiedni efekt musiałam dokupić jeszcze Top No Wipe. Do tego zdobienia potrzebny jest taki top i już. No i do dzieła. Na razie wypróbowałam efekt lustra na jednym paznokciu u każdej ręki. Czytałam gdzieś, że niestety szybko się ściera i potem nie wygląda już tak estetycznie. Zobaczymy - na razie mam dopiero 3 dni temu zrobione paznokcie.


    Pyłek ten można aplikować aplikatorem do cieni (większość osób tak robi). Niestety tych gąbeczkowych aplikatorów nie mam, bo ich nie używam. Ale na YT widziałam filmy, w których dziewczyny po prostu palcem w rękawiczce rozprowadzały ten proszek. Ja tak mam właśnie zrobione i wygląda to nieźle. Pocieramy do momentu, aż powstanie ładna, gładka i błyszcząca tafla. Na koniec jeszcze dwie warstwy topu i gotowe.


    Na paznokciach mam też moją kolejną nowość. Chciałam wypróbować jak się sprawdzą lakiery NeoNail. Ten śliczny filecik to Lavender Garden.

    Ja jestem zadowolona z tego zdobienia i efektu jaki daje Mirror Powder.
    A Wy co o tym sądzicie?

    0 0

    Matowe pomadki są teraz bardzo modne. Sama mam ich kilka, głównie w formie kredek do ust. Jednak w moje ręce wpadła też matowa pomadka w płynie Velvet Matt marki Eveline. Coraz więcej firm ma takie w swojej ofercie. A my dzięki temu mamy dużą różnorodność i jest w czym wybierać.


    Pomadka ta znajduje się w opakowaniu typowym jak dla błyszczyku. Ma wygodny w użyciu aplikator, dlatego za jego pomocą aplikuję ją na usta. Nie potrzebuję używać jeszcze osobnego pędzelka. Velvet Matt dostępna jest w 6 kolorach. Ja mam numer 416 - Wild Fuchsia. Jest to bardzo mocno napigmentowana i intensywna fuksja. Jeśli o mnie chodzi, to ten kolor faktycznie jest taki "dziki", ponieważ na co dzień preferuję raczej delikatniej podkreślone usta. Jednak czasem, gdy mam ochotę trochę zaszaleć z makijażem, to fajnie jest użyć takiej mocnej fuksji. Zwłaszcza teraz latem.


    Po chwili od aplikacji pomadka zastyga, dając matowe wykończenie. Nie tworzy nieprzyjemnej skorupki. Ten intensywny kolor utrzymuje się dość dobrze, ale tylko do pewnego czasu. Wystarczy tylko coś zjeść lub wypić i znika. Jednak nie tak całkiem do końca. Pomadka ta jest na tyle intensywna, że jej zabarwienie pozostaje jeszcze parę godzin na ustach. Ten kolor trochę "wżera się w skórę". Może i jest słabszy, ale ja właśnie wolę tą pomadkę w delikatniejszej odsłonie. 


    Jeśli chodzi o to jej ścieranie, to dzieje się to w ładny sposób. Nie ma tak, że zetrze się gdzieś bardziej i potem pozostają plamy. Znika z ust bardzo równomiernie. Jako ciekawostkę powiem Wam, że pomadka ta jest na tyle intensywna i mocna, że nie mogę domyć kubka, na którym zostały jej ślady. Velvet Matt znajduje się w opakowaniu o pojemności 9 ml, kosztuje ok. 15 zł.


    Lubicie matowe pomadki w płynie?
    Mieliście Velvet Matt od Eveline?
    Co o niej sądzicie?

    0 0

    Fluidy te zbierają bardzo różne opinie. Ja jestem w grupie osób, które je lubią. U mnie dobrze się sprawdzają i chętnie po nie sięgam. Seria My Color Code stworzona została w oparciu o koncepcję kolorystycznych typów urody. To znaczy, że podzielona jest na 4 odcienie, zgodnie z klasyfikacją na: wiosnę, lato, jesień i zimę. Każdy z tych typów ma swoje charakterystyczne cechy opisane na opakowaniach, co ma ułatwić znalezienie odpowiedniego odcienia. Ja jestem jesienią i z dopasowania do tego typu będę oceniać te podkłady.


    Co mamy do wyboru?

    JESIEŃ:
    Włosy: jasny blond, kasztanowy, marchewkowy, brązowy
    Oczy: zielone, złotobrązowe, brązowe, niebieskie ze złotym zabarwieniem
    Cera: jasna o ciepłej barwie kości słoniowej, złocistobeżowa, piegowata

    ZIMA:
    Włosy: czarne, ciemnobrązowe, z granatowym połyskiem
    Oczy: ciemnoniebieskie, niebiesko-zielone, ciemnobrązowe
    Cera: śnieżnobiała, jasna porcelanowa, oliwkowa w chodnym odcieniu

    WIOSNA:
    Włosy: jasne, w odcieniu słomianym, platynowym, miodowym
    Oczy: niebieskie, zielono, złoto-brązowe
    Cera: blada, o złocistym lub brzoskwiniowym odcieniu

    LATO:
    Włosy: jasnopopielate, brązowopopielate
    Oczy: niebieskie, brązowe, szare
    Cera: blada, porcelanowa, o chłodnym, różowym odcieniu


    Jestem trochę zakamuflowaną jesienią.

    Nie mam tych typowych cech od razu sugerujących, że to na 100% typ jesień. Ja mam włosy brązowe, oczy niebieskie i jasną cerę. Co więc powoduje, że należę do tego typu? Otóż moje ciepłe ubarwienie skóry, złote refleksy we włosach, złociste plamki na tęczówce, a także piegi, które pojawiają się u mnie latem. Dlategow pierwszej kolejności sięgnęłam po fluid Jesień. Faktycznie ten odcień do mnie pasuje. Jest on ciepły, ładnie się dopasowuje i nie ciemnieje. Jednak jest on dla mnie dobry tylko latem, gdy jestem opalona. Gdybym chciała używać go przez cały rok, to zimą byłby dla mnie za ciemny. Zresztą zobaczcie sami jak prezentuje się porównanie tych kolorów.


    Dlatego, gdy nastała jesień i zima, to używałam wersji kolorystycznej Zima. Jest on najjaśniejszy z wszystkich. Do tego neutralny. Nie wbija się w różowe, ani żółte tony. Po prostu kolor dobry dla bladziochów.

    Co mi się podoba w tym fluidzie.

    Po pierwsze jest on matujący. Co mi w nim bardzo pasuje. Należy do podkładów średnio kryjących. Jedna jego warstwa wystarczy, aby wyrównać koloryt skóry. Nie radziłabym dokładać kolejnych, bo można przez to uzyskać efekt maski. Na pozostałe miejsca lepiej użyć korektor. Po przypudrowaniu całkiem nieźle utrzymuje tą matowość. Po około 4 godzinach muszę użyć bibułki matujące na czoło. Potem dalsze 4 godziny wygląda dobrze. Nie ciemnieje na mojej skórze.


    Znajduje się w opakowaniu w formie tubki. Jest ona miękka i giętka, dzięki czemu dobrze się go wydobywa. Nie wylewa się go za dużo, nic nie cieknie, ani nie chlapie.

    Nie jest to podkład idealny, ale dla mnie jest ok.

    Trochę się ściera w ciągu dnia, ale u mnie to normalne, bo zdarza mi się podpierać twarz na rękach. Jego konsystencja jest gęsta i kremowa. Po rozprowadzeniu na skórze staje się "suchy". Daje taki pudrowy efekt, ale nie wysusza skóry. Trzeba go dość szybko rozprowadzać na twarzy, bo od razu zasycha i potem mogą robić się smugi. W związku z tym najlepiej aplikuje mi się go pędzlem. Jest tani (kosztuje ok. 20 zł za 30 ml) i łatwo dostępny.


    Mieliście fluidy Lirene My Color Code?
    Co o nich sądzicie?
    Jak się u Was sprawdziły?

    0 0

    Sezon wakacyjny już powoli zbliża się ku końcowi. Lipiec był piękny, ale musiałam siedzieć w pracy. W sierpniu zrobiło się już bardziej deszczowo. Jednak udało nam się trafić kilka fajnych, ciepłych dni, odpowiednich w sam raz na wyjazd. W tym roku do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, gdzie pojedziemy. Było wiele opcji, wiele zastanawiania, wiele obmyślania. Niestety ogranicza nas praca i możliwość wzięcia urlopu, akurat wtedy, gdy nam potrzeba. Czasem jeden dzień robi wielką różnicę. Nasze wielkie plany to była Chorwacja. Wrócić tam znów po dwóch latach, tylko tym razem pojechać i zobaczyć inną cześć tego kraju. Jednak w pracy przyszła kontrola i trzeba było urlop przełożyć. Tak w sumie, to nie spodziewałam się, że kontrolerzy akurat w czasie wakacji będą chcieli kontrolować. Czy oni nie mają lepszych planów na ten czas? Z drugiej strony rozumiem - to też jest praca i ktoś im kazał to w tym czasie robić. Dlatego pozostały nam krótkie wycieczki po Polsce. Nawet nieraz nie zdajemy sobie sprawy ile u nas ciekawych rzeczy można zobaczyć. 

    Razem z mężem nie należymy do osób, które lubią spędzać urlop bardzo leniwie, na przykład leżąc na plaży. My lubimy dużo chodzić i coś zwiedzić, zobaczyć. Dlatego urlop wykorzystaliśmy trochę, aby odwiedzić dawno nie widzianych znajomych. A także aby coś pozwiedzać. Byliśmy na przykład w Zamościu. Trochę pospacerowaliśmy po starym ryku, wstąpiliśmy też do zoo.


    Spędziliśmy również trochę czasu w Sandomierzu, podążając nieco tropami Ojca Mateusza.


    Nie starczyło już czasu, aby zobaczyć Warszawę. To w sumie stolica i wypadałoby ją zwiedzić. Byłam tam tylko kilka razy przejazdem. Ale pospacerować ulicami też bym chciała. Lubię zwiedzać miasta. Spacery po lesie i wśród pagórków mam na co dzień. Dlatego nie ciągnie mnie na przykład w Bieszczady. Ale może jeszcze we wrześniu uda się znaleźć chwilkę na mały wypad do Warszawy.

    A na koniec parę wakacyjnych zdjęć zrobionych koło domu.


    Myślałam, że pogodzę te wyjazdy z blogowaniem. Jednak wyszło tak, że ostatnio było mnie tutaj mniej. Wracam już do pisania. A Wam jak mijają wakacje?

    0 0

    Lubię używać kosmetyki pielęgnacyjne. Są takie, które zużywam w dużych ilościach, jak na przykład kremy do rąk czy do twarzy. Ale z jednym rodzajem kosmetyków mam problem, aby stosować je regularnie. Chodzi o balsamy do ciała. Dlatego bardzo rzadko pojawiają się ich recenzje u mnie na blogu. Jak już jakiś dorwę, to mam go przez wiele miesięcy. Tak się akurat złożyło, że początkiem lipca zużyłam mus do ciała marki Nacomi. Zaczęłam wtedy używać produkt marki The Secret Soap Store o dość dziwnie brzmiącej nazwie, która nie sugeruje nam z czym tak właściwie mamy do czynienia.


    Co to jest Yellow Love Body Mixture?

    Pod tą nazwą kryje się balsam do ciała marki The Secret Soap Store, który pochodzi z serii Love Essences. Mamy tam do wyboru kilka różnych wersji zapachowych, m. in. grejpfrut, owoce cytrusowe, zielona cytryna, mięta z nutą kwiatową, itd. Mój jest o zapachu świeżo przekrojonego melona.


    Jak mi się go używa?

    Otóż bardzo fajnie mi się go teraz używa. Jest to kosmetyk w sam raz stworzony do stosowania latem. Ma bardzo lekką konsystencje, dzięki czemu szybko się wchłania. Znajduje się w wygodnej w używaniu butelce z pompką. Opakowanie jest przezroczyste, więc widać ile nam balsamu jeszcze zostało. Nie zostawia lepkiej warstwy na skórze. A do tego wszystkiego jeszcze ma wspaniały zapach. Jest on bardzo przyjemny dla nosa, nie chemiczny. Czuć w nim rzeczywiście coś z melona. A do tego jest taki lekko słodkawy.


    Co jeszcze mogę o nim dodać?

    Moja skóra latem nie jest bardzo wymagająca i taki lekki balsam w zupełności mi wystarczy do jej pielęgnacji. Nawet jeśli nie używam go regularnie. Jednak dla osób o bardzo suchej skórze może okazać się zbyt słabo nawilżający. Z tego też powodu muszę postarać się zużyć go przed zimą. Wtedy przyda mi się już jakiś bardziej treściwy i regenerujący produkt.


    Pojemność: 250 ml
    Cena: 49 zł
    Skład:Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Isostearyl Isostearate, Dicaprylyl Ether, Glycerin, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate SE, Panthenol, Betaine, Urea, Potassium Lactate, Sodium Polyglutamate, Hydrolyzed Sclerotinum Gum, Sodium Polyacrylate, Cucumis Melo (Melon) Fruit Extract, Allantoin, Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin.

    Mieliście ten balsam (lub inny z tej serii)?
    Co o nim sądzicie?

    0 0

    Mam swoje ulubione maskary mające to "coś", co sprawia, że często do nich powracam. Jednak czasem też potrzebuję wypróbować jakieś inne. Może uda się odkryć jakiegoś nowego ulubieńca. A nawet jeśli natrafię na jakąś gorszą, to dzięki temu bardziej utwierdzam się w przekonaniu, dlaczego te inne są ulubione. Od czasu, gdy Alina Rose polecała na swoim blogu tusze do rzęs marki Eveline, to wypróbowałam jeden z nich. Miał on bardzo długą nazwę, której nie będę tutaj pisać, ale zamieszczę link do jego opisu na blogu. Dziś chciałabym Wam opisać moje wrażenia z używania innego tuszu tej marki. Teraz używam maskarę Big Volume Lash.


    Znajduje się ona w bardzo ładnym czarnym opakowaniu ze złotymi napisami. Podoba mi się takie połączenie. Szkoda tylko, że te złote litery szybko się ścierają. Za chwile nie będzie wiadomo z jakim tuszem mamy do czynienia. Dla mnie to nie problem, bo w tym samym czasie używam przeważnie jeden tusz, czasem dwa. Ale jak ktoś ma ich więcej, to mogą się potem mylić. Moją maskarę używam miesiąc, trzymam ją tylko w domu, w kubeczku z kredkami do oczu i zalotką. Niby nie powinno się nic z tym opakowaniem dziać, a jak robiłam wczoraj zdjęcia, to już widać pościerane litery.


    No dobrze, ale nie opakowanie jest najważniejsze. Przejdźmy zatem do tego, co mi się w tej maskarze podoba, czyli szczoteczka. Jest taka jakie lubię: mała, wąska, silikonowa. Dobrze maluje się nią rzęsy. Świetnie radzi sobie z ich rozczesaniem i rozprowadzaniem tuszu. Rzęsy są ładnie podkreślone i ułożone. Nie tworzą się pajęcze nóżki na ich końcach, ani grudki. Mi do pomalowania rzęs wystarcza jedna warstwa tej maskary. Dwie warstwy też wyglądają dobrze, ale rzęsy wydają mi się wtedy za grube. Ja poprzestaję na delikatniejszym efekcie, który jest widoczny na zamieszczonych tu zdjęciach.


    Jeśli chodzi o to z czym miałam problem w przypadku tej maskary, to będzie jej konsystencja. Na początku była dla mnie znacznie za rzadka. Rzęsy ładnie dało się pomalować, ale tusz strasznie brudził wszystko dookoła. Maluję się już od długiego czasu, ale teraz czułam się tak, jakbym dopiero pierwszy raz miała w rękach maskarę. Misternie nałożone cienie do powiek były upaprane tuszem, zarówno na górnej powiece, jak i na dolnej. Da się to zetrzeć, ale nie lubię, gdy się tak dzieje, bo tracę wtedy czas na poprawki. Na szczęście tą sytuację mam już za sobą. Gdy maskara zaczyna nieco gęstnieć, problem ten znika.


    Zapomniałam jeszcze wspomnieć, że nie jest to maskara wodoodporna. Ja w sumie tylko takie używam. Istotną rzeczą jest jeszcze to, że nie osypuje się w ciągu dnia. A jest to ważne, bo zmagałam się wcześniej z tym problemem w przypadku innej maskary. Big Volume Lash ma pojemność 9 ml i kosztuje ok. 19 zł.

    Mieliście tą maskarę?
    Co o niej sądzicie?

    0 0

    To jest najdłużej pisana przeze mnie recenzja. Zaczęłam jeszcze 31 sierpnia. Niby temat prosty, bo dezodorant. Powinnam sprawę załatwić w jeden dzień - i to już wraz ze zrobieniem zdjęć. A tu co chwile mi ktoś przeszkadza i trzeba odłożyć pisanie. Jak mi się udało napisać 2-3 zdania na dzień, to było dobrze. Po ciągłym wybijaniu z rytmu i pozbieraniu pogubionych myśli, które miałam ująć, w końcu jest - świeżutka recenzja, która długo nabierała mocy prawnej :).


    Tak się złożyło, że ostatnio trafiły mi się fajne dezodoranty naturalne, które są w dodatku wydajne. Wcześniej opisywałam dezodorant z bergamotką i limonką marki Schmidt's polecany przez Agnieszkę z kanału nissiax83. Używałam go od grudnia zeszłego roku, zużyłam w tym roku w czerwcu! Czyli wydajność ekstra. Był on skuteczny i dobrze się u mnie sprawdził. Jednak z naturalnymi dezodorantami mam już jakoś tak, że gdy używam drugi taki sam pod rząd, to już nie działa on tak dobrze. Dlatego, aby tak się nie stało i w tym przypadku, zaczęłam używać inny. Mój wybór padł na markę Green People i ich naturalny dezodorant z aloesem.


    Występuje on w wersji roll-on. Chciałam właśnie taki, żeby nie trzeba było aplikować go placami na skórę - tak jak to było w przypadku dezodorantu marki Schmidt's. Da się to zrobić i nawet przyzwyczaiłam się do takiej formy aplikacji. Jednak bardziej higieniczna i praktyczna w użyciu jest dla mnie wersja do rolowania. Zaczęłam go używać akurat, gdy nadeszły upały. Czyli został rzucony od razu na głęboką wodę, a ja miałam nadzieję, że się sprawdzi. Bo jak da radę w takie gorąco, to już nic nie powinno być mu straszne. No i podołał. Nie mam mu nic do zarzucenia odnoście jego działania. Powstrzymywał brzydki zapach potu, nie zatrzymując przy tym naturalnych procesów oddychania skóry. Bo dezodoranty nie są od hamowania wydzielania potu (od tego jest antyperspirant, bloker). Ja nie mam problemów z nadmierną potliwością i nie potrzebuję stosować nic mocniejszego. Dezodorant ten dodatkowo posiada właściwości antybakteryjne. Co jest jeszcze ważne, to nie brudzi ubrań. Ma delikatny, naturalny i nienachalny zapach. Nie gryzie się on z używanymi perfumami. Stosuję go od czerwca i ciekawa jestem na ile mi wystarczy. Niestety w tym opakowaniu tego nie widać i trzeba wyczuć kiedy zacznie się kończyć.


    Kosztował 56,90 zł za opakowanie pojemności 75 ml. Posiada on kilka certyfikatów, że jest to produkt wegański oraz fairy traded.. Zawiera 89% składników organicznych. Producent poleca go też do stosowania dla osób o skórze ze skłonnościami do egzemy i łuszczycy.

    SKŁAD INCI: AQUA, POTASSIUM ALUM, OLEA EUROPAEA FRUIT OIL*, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL*, ZINC RICINOLEATE, CETEARYL GLUCOSIDE, CETEARYL ALCOHOL, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA) BUTTER*^, GLYCERYL STEARATE, LEVULINIC ACID, ALPHA-GLUCAN OLIGOSACCHARIDE (PREBIOTIC), ALOE BARBADENSIS (ALOE VERA) LEAF JUICE POWDER*, ROSMARINUS OFFICINALIS (ROSEMARY) LEAF EXTRACT*, AROMA [SANTALUM AUSTROCALEDONICUM (SANDALWOOD) WOOD OIL*, ANTHEMIS NOBILIS (CHAMOMILE) FLOWER OIL*^], CETEARYL OLIVATE, SORBITAN OLIVATE, SCLEROTIUM GUM, XANTHAN GUM, SODIUM STEAROYL GLUTAMATE, SODIUM LAURYL GLUCOSE CARBOXYLATE, LAURYL GLUCOSIDE, POTASSIUM SORBATE.
    *)89,6% składników organicznych
    ^)Składniki pochodzące ze „Sprawiedliwego handlu”.

    Jakie dezodoranty używacie?
    Mieliście może ten marki Green People?
    A może polecacie jakieś inne kosmetyki tej marki?

    0 0


    Rzadko kiedy używam kosmetyki w saszetkach. Ich gromadzenie idzie mi świetnie, ale zużywanie już gorzej. Dlatego co jakiś czas przeglądam moje zbiory i staram się wykorzystać kilka z nich, aby tak nie zalegały. Przyszła więc pora na kolejne saszetki. Akurat mam dwie podobne pod względem zastosowania: krok 1 - peeling, krok 2 - maska. Obie przeznaczone do pielęgnacji stóp.


    Eveline intensywnie zmiękczający zabieg kawowy do stóp
    ----------------------------------------------------------------------------


    Najpierw peeling. Jest on drobnoziarnisty, ale bardzo skuteczny. Zresztą każdy, kto kiedyś wypróbował peeling kawowy wie jak on fajnie potrafi działać. Złuszcza zrogowaciałą skórę, na tyle ile da radę po dwóch użyciach (bo na tyle mi wystarczyła ta saszetka). Dla lepszych efektów, trzeba systematyczności i większej liczby saszetek. A w drugiej saszetce mamy przygotowaną porcję maski. Jest ona gęsta i dość treściwa. Osoby lubiące kawowy zapach będą zadowolone, bo jest on dobrze wyczuwalny. Nie wiem ile zajmuje masce całkowite wchłonięcie w skórę, ponieważ stosowałam ją na noc, tuż przed spaniem, zakładając jeszcze skarpety. Ja używam takie zwykłe bawełniane. Ale zastanawiam się jeszcze nad kupieniem takich bambusowych, które polecała Weronika (z kanału szusz) w filmiku z ostatnimi ulubieńcami kosmetycznymi.


    Eveline nawilżająco-regenerujący zabieg z algami atlantyckimi
     ----------------------------------------------------------------------------


    W tym przypadku również mamy do czynienia z peelingiem i maską. Ta saszetka też wystarczyła mi na dwa zastosowania. Peeling jest drobnoziarnisty i delikatny. Jak dla mnie trochę za bardzo. Mógłby być mocniejszy. To są w końcu stopy, a na nich skóra jest gruba i mocno rogowacieje. Potrzeba jej zatem mocniejszego peelingu. Za to maska jest w porządku. Nawilża skórę. Jest gęsta i kremowa. Stosuję ją też na noc i pod skarpetki. Zapach ma algowy, ale jest on przyjemny i nie za intensywny.

    Saszetki mają pojemność 2 razy po 6 ml, cena ok. 4 zł.

    A Wy stosujecie takie saszetki do pielęgnacji stóp?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Firmy kosmetyczne coraz częściej produkują kosmetyki typu kilka zastosowań w jednym produkcie. Wynika to pewnie z potrzeby, aby nie tracić czasu i za aplikacją jednego produktu załatwić kilka czynności z pielęgnacji na raz. Miałam już tego typu kosmetyki - różnie się sprawdzały. Przeważnie były to produkty do pielęgnacji ciała. Dlatego chciałam wypróbować coś do twarzy. Dziś będzie o kremie marki Eveline - ma on zastąpić mleczko oczyszczające oraz krem do twarzy.


    Pomysł jest taki, że stosując ten krem, mamy nim zmyć makijaż, a przy okazji skóra powinna być na tyle nawilżona, aby nie trzeba było aplikować już nic więcej. Jeśli chodzi o pielęgnacje skóry twarzy, to ja wolę się do tego bardziej przyłożyć i zastosować kilka osobnych kosmetyków. Specjalnie przeznaczony do oczyszczania, a potem osobne mające skórę nawilżyć. Ten produkt z Eveline wypróbowałam tak z ciekawości. Czy udało się to połączyć w taki sposób, aby nie szkodzić skórze? U mnie tak średnio się to sprawdziło.


    Przedmiot dzisiejszej recenzji mieści się w tubce o pojemnosci 100 ml (za cenę ok. 17 zł), czyli takiej standardowej. Produkt ten wygląda i zachowuje się jak krem. Czyli jest dość gęsty, kremowy i ma biały kolor. Stosuje się go w ten sposób, że rozprowadza się na zwilżoną skórę twarzy i delikatnie masuje okrężnymi ruchami. Gdy chcemy za jego pomocą zmyć makijaż z oczu, to trzeba nieco dłużej masować tę okolicę. Następnie spłukujemy twarz wodą i osuszamy ręcznikiem. W trakcie mycia nim skóry nie tworzy się piana. Dobrze i łatwo zmywa się ze skóry, pozostawiając na niej taką jakby warstewkę ochronną. Po umyciu nie ma mowy o żadnej suchej, ściągniętej skórze. Niby fajnie, ale w moim przypadku warstewka ta szybko się wchłania, a potem i tak muszę dalej użyć innego kremu do twarzy.


    W tym kremie pod prysznic dobre jest to, że zaraz po umyciu skóra pozostaje gładka i już częściowo nawilżona. Ja nie lubię uczucia ściągnięcia skóry po umyciu, więc pod tym względem to dobry produkt. Jednak nie zastąpi on kompleksowej pielęgnacji w postaci oczyszczania skóry, kremu i serum. Ja go bardziej traktuje jako łagodny produkt myjący niż kosmetyk pielęgnacyjny. Do porannego oczyszczania twarzy jest dobry. A do demakijażu wieczornego używam go w drugim etapie oczyszczania skóry, czyli gdy już makijaż mam ściągnięty. Ostatnio przejął ten krem mój mąż i chętnie go używa. Trudno go przekonać do stosowania kremów, więc jest to dla niego dobre rozwiązanie.


    Krem ten występuje w trzech wersjach: 
    - do cery mieszanej i tłustej
    - do cery suchej i naczynkowej
    - oraz do cery normalnej i wrażliwej.
    Ja mam tą ostatnią wersję. Głównie dlatego, że bałam się, że ten do cery mieszanej i tłustej może okazać się za tłusty i treściwy. A ja mam skórę mieszaną, ale za razem wrażliwą.

    SKŁAD INCI:Aqua, Petrolatum, Glycine Soja Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Corn Starch Modified, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Sodium Hyalouronate, Butylene Glycol, Laminaria Hyperborea Extract, Disodium Cetearyl Sulfosuccinate, Glucose, Sodium Polyacrylate, Polysorbate 20, PEG-20 Glyceryl Laurate, Tocopherol, Linoleic Acid, Retinyl Palmitate, Tocopherol Acetate, DMDM Hydantoin, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Ethylparaben, Butylparaben, Parfum, Linalool, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional (Lilial), Hexyl Cinnamal, Citronellol, Hydroxyisohexyl-3-Cyclohexene Carboxyaldehyde (Lyral), Coumarin.

    Stosowaliście kremy do twarzy pod prysznic?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Przez okres wakacyjny mój system zużyć się totalnie rozsypał. Gdy gdzieś jechałam, to starałam się brać ze sobą te kosmetyki, które mi się akurat kończą. Aby je zużyć i wyrzucić. Dzięki temu nie przywoziłam ze sobą już tyle w bagażu. Jednak za to potem nie ma się co pokazać w poście denkowym. Dlatego nowe zużycia zaczynałam od wrzenia.


    1. BIOLAVEN szampon wzmacniająco-wygładzający - z całej linii kosmetyków Biolaven jak na razie miałam tylko szampon. Przeznaczony jest on do każdego rodzaju włosów. Nie rozumiem czemu zbiera tyle negatywnych opinii. U mnie sprawdza się bardzo dobrze. Może dlatego, że najlepiej używać go do takich włosów jakie mam ja, czyli zniszczonych, suchych, o średniej porowatości, potrzebujących łagodnego szamponu i nie mających problemu z przetłuszczaniem.

    2. PALMOLIVEżel pod prysznic - z linii Oriental Beauty. Miał bardzo przyjemny, nieco słodki zapach zapach. Na szczęście niezbyt intensywny, bo tego typu zapachy, gdy są zbyt mocne to mnie mdli od nich. A jeśli chodzi o jego działanie, to dobrze oczyszczał ciało.

    3. EVREE krem do rąk głęboko nawilżający -  lubię kremy do rąk tej marki. Miałam je już w kilku różnych wersjach, wszystkie się dobrze sprawdziły. Zamierzam kupować następne.


    4. BODETKO LASH serum do rzęs - po używaniu tego serum miałam piękne, długie rzęsy. Ostatnio używałam go już tak raz na tydzień. Dla podtrzymania efektów, ale to było za rzadko i rzęsy nie są obecnie już tak długie. Serum, to wystarczyło mi na dość spory okres czasu. Zastanawiam się czy kupić kolejne. Daje ono piękne efekty, ale czytałam wiele opinii, że po długim używaniu tego typu produktów można nabawić się uczulenia lub innych problemów. Dlatego na razie nie kupowałam następnego. U mnie dobrze działało, a efekty opisałam w tym poście.

    5.SKIN79 Pearl Luminate Brilliant Deep Cleanser / żel głęboko oczyszczający z wyciągiem z pereł AKOYA - był to żel przeznaczony jest do oczyszczania twarzy. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak przyjemnie się go używało. Nie tylko oczyszczał skórę, ale jednocześnie też ją nawilżał. Po umyciu nie miałam uczucia ściągniętej i suchej skóry. Znajdował się w higienicznym opakowaniu z pompką. Dzięki temu, że jest przezroczyste widać dokładnie ile produktu pozostało, a dodatkowo ciekawie wyglądały zatopione w nim perełki. Tworzyło to fajny wizualny efekt. Wszystko to sprawiało, że kosmetyk ten wyglądał na bardzo luksusowy. Podkreślała to też jego cena, ponieważ opakowanie pojemności 100 ml kosztuje 130 zł. Ja kupiłam go na promocji. Na szczęście był to produkt wydajny - używałam go przez 6 miesięcy. Był taki wydajny, ponieważ miał dość płynną konsystencje i nawet już wyciśnięcie pół pompki wystarczało na dokładne oczyszczenie skóry. W składzie zawierał aż 50 substancji aktywnych(!) m. in.: ekstrakty i oleje z kokosa, pomarańczy, ryżu, sezamu, eukaliptusa, migdału. Ponadto zawierał też kwas glikolowy.

    6. GARNIER płyn micelarny - w końcu wypróbowałam zachwalany na blogach micel. Ja też dołączam do grona osób, które są z niego zadowolone. Jest skuteczny, a do tego znacznie tańszy niż lubiona przeze mnie do tej pory Bioderma.


    7. INGLOT odświeżająca mgiełka do twarzy - chyba najbardziej rozpowszechniona (przynajmniej ja natrafiłam na najwięcej jej recenzji) jest wersja różowa przeznaczona do skóry suchej. Ja miałam wersję do cery tłustej i mieszanej, czyli tą o zabarwieniu zielonym. Mi bardzo fajnie się jej używało. Trochę do odświeżała twarzy. Jednak najczęściej stonowałam ją zaraz po nałożonym makijażu, aby ściągnąć z twarzy efekt pudrowości. Makijaż dzięki temu wyglądał bardziej świeżo. Opakowanie nie jest puste, ponieważ przelałam do niego już inny mój nowy kosmetyk. Ale o nim będzie w poście zakupowym.

    8. DR. SCHELLER krem organiczna dzika róża do dziennej pielęgnacji twarzy - pojawił się w moich ulubieńcach maja i czerwca. Krem o bardzo gęstej, tłustej i treściwej konsystencji, który sprawdzał się u mnie bardzo dobrze. W zależności od potrzeb używałam go rano lub wieczorem. Był wydajny, a więcej na jego temat można przeczytać TUTAJ.


    Postarałam się też zużyć trzy saszetki, aby nie gromadziło mi się ich aż tyle. Te dwie marki Eveline opisywałam niedawno w tym poście. Zużyłam też witaminową maskę intensywnie nawilżającą w saszetce marki LIRENE. Ja jednak wolę maseczki w tubce, albo w słoiczku, ponieważ częściej po nie sięgam. Te w saszetkach długo u mnie zalegają. 

    A jak tam Wasze zużycia w tym miesiącu ???

    0 0
  • 09/30/16--03:44: Zakupy wakacyjno-wrześniowe
  • Jakoś tak przez okres wakacji nie mogłam się skupić na zrobieniu postów zakupowych. A że moje zakupy kosmetyczne są od pewnego czasu bardzo małe, dlatego pomyślałam, że zrobię jeden taki zbiorczy post z 3 miesięcy. Mam nadzieję, że zebrałam tu wszystko, bo większość już używam i musiałam chwile się zastanowić co nowego mi przybyło.


    Zacznę od najnowszego zakupu (sprzed paru dni), czyli produktów marki YOPE. Ostatnio bardzo często wpostach na blogach i filmach na YT przewijały się ich kosmetyki. Muszę przyznać, że zaciekawiły mnie te produkty. Głównie dlatego, że to polska firma. A dodatkowo tworzy naturalne i łagodne dla skóry kosmetyki. Na początek postanowiłam kupić i wypróbować dwa z nich. A są to:
    - Yope naturalny płyn do oczyszczania łazienki Zielona Herbata (12,90 zł),
    - Yope mydło w płynie Figa (14,90 zł).


    Po aplikacji podkładu mineralnego lub po użyciu pudru lubię spryskać twarz jakąś mgiełką. Przedtem miałam tą do skóry tłustej i mieszanej z Inglota. Teraz zachciałam wypróbować ich Makeup Fixer. Niestety nie podoba mi się jego aplikator - rozpyla za mocno mgiełkę, a poza tym to opakowanie jest za duże (kupiłam to większe o pojemności 150 ml) i nie mieści mi się w moim pudełku z kolorówką. Dlatego postanowiłam przelać fixer do buteleczki po mgiełce. Kosztował on 42 zł.

    Obecnie używany przeze mnie tusz do rzęs z Eveline (opisywany TUTAJ) zaczyna powoli zasychać. Potrzeba mi było, aby następny czekał już w kolejce, dlatego skorzystałam z trwających promocji w Drogerii Natura i kupiłam Rimmel Extra Lash 3D z 40 % obniżką. Kosztował ok. 12 zł.

    Miałam już jeden bardzo dobry korektor z Catrice, czyli Liquid Camouflage korektor w płynie. Potem skusiłam się na polecany Affinitone z Maybelline, ale nie jestem z niego zadowolona - pisałam o tym TUTAJ. Dlatego postanowiłam znów wrócić do Catrice i wypróbować Camouflage Cream.


    A na koniec jeszcze moje 3 perełki, czyli kolejne lakiery Semilac w mojej kolekcji. Kupiłam kilka z ich nowości: numery 148, 166 oraz 150.


    A jak tam Wasze zakupy?
    Wybieracie się na promocje w Rossmannie, bo ja nie.

    0 0

    Jesień to świetna pora, aby wykonać pewne zabiegi kosmetyczne. Właściwie jest to najlepszy na nie czas, ponieważ niektórych zabiegów nie powinno się wykonywać latem. Wtedy zamiast pomóc, mogą nam jeszcze bardziej zaszkodzić lub nie dać oczekiwanych efektów. Stosując niżej opisane zabiegi chcę, aby moja skóra odzyskała zdrowy wygląd po lecie, a przy okazji przygotować ją na nadchodzącą zimę.



    PEELINGI CHEMICZNE KWASAMI

    Odkryłam je zeszłego roku. Wcześniej bałam się poddawać takim zabiegom, a okazało się, że przyniosły wiele dobrego mojej skórze. Zwłaszcza kwas migdałowy. Już po 4 zabiegach znajomi zaczęli pytać co zrobiłam, że moja skóra wygląda tak świeżo i ładnie. W tym roku mam nadzieję osiągnąć te same efekty.


    Pamiętajcie, aby nie eksperymentować samemu w domu z kwasami. Najlepiej na takie zabiegi udać się do kosmetyczki. Ja zrobiłam w tamtym roku trzy kursy na temat stosowania kwasów, dlatego sama je na sobie i najbliższych wykonuję. Jednak nie szaleję z kwasami, chociaż jest ich teraz ogrom do wyboru. Już nie tylko migdał, glikol czy salicylowy. Na rynku pojawiły się nowe, np. kwas hydroksybursztynowy. Ja - tak jak już wspominałam - używam kwas migdałowy.

    Z kwasami jest tak, że po pierwszym zabiegu nie widać efektów. Większość osób zniechęca to do ich dalszego stosowania. Jesteśmy nauczeni przez reklamy, że wszystko ma działać natychmiast i mają być mocno zauważalne efekty. Od znajomych kosmetyczek słyszałam, że jak klientce po zabiegach kwasami nie schodzi płatami skóra to znaczy, że kosmetyczka źle wykonała zabieg. Ale nie tędy droga. Co prawda są kwasy, które dają taki efekt, na przykład TCA. Jednak jest wiele kwasów, które świetnie złuszczają skórę, bez efektu "linienia". Ja pierwsze, delikatne efekty stosowania kwasu migdałowego zobaczyłam po 4 zabiegu. A potem było już tylko lepiej.


    Nie wiem czy wiecie na jakiej zasadzie działają kwasy - otóż powodują one destrukcje. Zastosowane na skórze rozpuszczają jej wierzchnie, zrogowaciałe warstwy, ale jest to takie niszczenie kontrolowane, które ma na celu pobudzić skórę do regeneracji. Niektóre kwasy są w stanie wniknąć głęboko w głąb skóry, nie powodując przy tym jej złuszczania w postaci odłażących płatów. Dlatego jeśli zdecydujecie się skorzystać z zabiegów tego typu, to dajcie sobie chwilę cierpliwości i wybierzcie się na serię zabiegów.


    DEPILACJA LASEROWA

    Jednym z przeciwwskazań do wykonania depilacji laserowej jest zbyt opalona skóra. Dlatego zabiegów tych nie wykonuje się latem. Dodatkowo miejsc po depilacji laserowej nie należy wystawiać na działanie promieni słonecznych. A przed depilacją nie należy włosków wyrywać pęsetą czy depilatorem. Jest to uciążliwe w przypadku, gdy chcemy poddać depilacji nogi - ponieważ zostaje tylko używanie maszynki do golenia.


    Ja jestem ciekawa depilacji laserowej, ponieważ słyszałam, że za jej pomocą możemy się pozbyć niechcianych włosków już na zawsze. Wiązka lasera niszczy cebulki powodując, że włoski już z nich nie wyrastają. Niestety jest to drogi zabieg, trzeba też przeprowadzić ich serię (minimum 4 zabiegi). Jest to spowodowane tym, że włosy znajdują się w różnych fazach, a tylko na te w fazie wzrostu działa laser. Dlatego trzeba wykonać serię zabiegów w odpowiednich odstępach czasowych. Ja zamierzam na razie zrobić depilację pach, a potem zobaczę jakie będą efekty i pomyślę co dalej.


    ZABIEGI NAWILŻAJĄCE

    Moja skóra po lecie nie jest w dobrym stanie. Niby staram się o nią dbać jak najlepiej tylko umiem, jednak czasem bywa kapryśna. Ostatnio nie wiem czemu miałam wysyp drobnych grudek na czole, złuszcza mi się nos, skóra wygląda na zmęczoną. Dlatego jesień to dobry moment, aby skupić się na domowym SPA. U mnie będzie to seria różnych zabiegów, które mają na celu poprawę nawilżenia skóry.


    Mam w domu aparat do ultradźwięków. Niby używam go cały rok, jednak ostatnio zbyt rzadko. Moja skóra świetnie reaguje na peeling kawitacyjny. A potem mogę jeszcze wtłoczyć w nią jakąś dobrą ampułkę. Nie będę się tutaj o tym rozpisywać, ponieważ poświęciłam na opisanie ultradźwięków cały post na blogu. Kto jest ciekawy - odsyłam TUTAJ.

    Przez pewien czas robiłam masaże twarzy. Dobrze byłoby do tego powrócić zwłaszcza, że znam podstawy masażu kosmetycznego i już nieraz go na kimś wykonywałam. Ale jak to mówią szewc w dziurawych butach chodzi - dla siebie rzadko wystarczało mi czasu. Po takim masażu fajnie jest użyć maseczkę nawilżającą lub ampułkę, a na nią maskę algową. Składniki aktywne dobrze się wtedy wchłaniają w skórę. Ostatnio odgrzebałam również moje rękawiczki bawełniane. Gdy robi się coraz chłodniej skóra rąk potrzebuje większej dawki nawilżenia, dlatego lubię nałożyć na nią grubszą warstwę kremu, a potem rękawiczki i tak iść spać.


    Tak wygląda mój plan pielęgnacyjny na jesień. Mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować. Wieczory są teraz coraz dłuższe, fajnie byłoby wykorzystać część z nich na domowe SPA.

    A Wy macie w planach jakieś zabiegi? A może macie jakieś doświadczenia z opisanymi tutaj przeze mnie zabiegami? Koniecznie dajcie znać.

    0 0

    Od marki Lirene otrzymałam do przetestowania ich nowość w ofercie, a mianowicie ultra nawilżający krem do twarzy do cery mieszanej i tłustej oraz nawilżający żel micelarny z witaminą E. Założenie jest takie, że mają to być kosmetyki nawilżające z efektem matującym. Chciałam je przetestować, ponieważ byłoby to rozwiązanie idealne dla cer mieszanych i tłustych. Używam ich od sierpnia i najwyższy czas napisać coś na ich temat. 


    Zaczniemy po kolei - czyli od oczyszczania skóry. Został do tego stworzony Nawilżający żel micelarny z witaminą E. Można go stosować na dwa sposoby:

    SPOSÓB 1: bez wody - wyciskając porcję żelu na wacik i przecierając nim twarz;

    SPOSÓB 2: z wodą - jako typowy żel do mycia twarzy.


    Jeśli o mnie chodzi nie lubię używać tego typu kosmetyków bez wody, czyli w sposób 1. Nie podoba mi się to, że dużo żelu się marnuje, bo trzeba dobrze nasączyć nim wacik. A potem i tak mam wrażenie, że skóra nie jest dokładnie oczyszczona. Dlatego ja używam go tylko z wodą (sposób 2), stosując rano lub wieczorem (ponieważ mam jeszcze piankę oczyszczającą z Under Twenty i stosuję oba te kosmetyki zamiennie). 


    Kosmetyk ten dostępny jest w standardowym jak dla Lirene opakowaniu. Czyli takim mającym pojemność 200 ml i zamykanym na zatrzask. A co do zawartości, to ma on formę żelową ze znajdującymi się w niej małymi, niebieskimi kuleczkami. Jest to witamina E w mikrosferach, które w trakcie pocierania o skórę rozpuszczają się. Żel ten jest nie za gęsty, nie za rzadki, dobrze się wydobywa z opakowania. Zapach ma przyjemny, dość słodki - przypomina mi nieco mango. Żel micelarny stosuję do mycia skóry rano, aby usunąć sebum nagromadzone w trakcie nocy lub wieczorem w drugim etapie demakijażu. Ze zmywaniem makijażu sobie nie radzi, ale do późniejszego oczyszczenia skóry jest w sam raz. Dobrze odświeża i nie daje uczucia "ściągniętej" skóry. Kosztuje ok. 15 zł.

    Skład INCI:Aqua, Pentylene Glycol, Sodium Oleoyl Sarcosinate, Sodium Lauryl Sulfoacetate, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Xanthan Gum, Ethylhexylglycerin, PEG-70 Mango Glycerides, Sodium Chloride, Sodium Oleate, Lactose, Disodium EDTA, Microcrystalline Cellulose, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Clintonia Borealios (Lily) Root Extract, Phenoxyethanol, Parfum, Limonene, CI 77289 (Chromium Hydroxide Green).


    Drugim kosmetykiem w tej linii jest Ultra nawilżający krem - mus z witaminą E, występujący w trzech wariantach:
    - do cery normalnej i mieszanej,
    - do cery suchej i wrażliwej,
    - do cery mieszanej i tłustej.


    Ja mam wersję do cery mieszanej i tłustej. Bardzo ciekawa jest jego konsystencja, ponieważ nie jest ona taka typowo kremowa. Jest to raczej mus, ale nie widać tego na zdjęciach. Wygląda jakby był typowo kremowy, a jego "musowość" czuć w trakcie aplikacji na skórę. To trochę tak jakby smarować się gładką i mięciutką bitą śmietaną. Dodatkowo zatopione są w nim niebieskie kuleczki, które w trakcie aplikacji rozpuszczają się. Jego plusem jest to, że szybko się wchłania, a do tego utrzymuje fajnie zmatowioną skórę. Nie zostawia żadnych lepkich warstw, ani nawet nie czuć, że mamy go na skórze. Skóra staje się bardzo gładka - taka aksamitna w dotyku. Dlatego polubiłam używać go pod makijaż. Nie muszę długo czekać, aż się wchłonie, tylko mogę od razu po jego aplikacji nakładać podkład. Jest to świetne rozwiązanie zwłaszcza rano, gdy nie lubię czekać, aż krem się całkowicie wchłonie, zanim zacznę się malować. Nie roluje się również podczas aplikacji podkładu. Jest to krem uniwersalny - można go też stosować na noc


    Jego zapach nie jest taki przyjemny jak w przypadku żelu. Jak na mój nos jest on raczej bezzapachowy. No i oczywiście krem dobrze nawilża skórę. Jest to nawilżenie odpowiednie na teraz. Ciekawa jestem czy jak zrobi się zimniej to, też będzie tak dobrze działał, czy trzeba będzie sięgnąć po coś bardziej treściwego. Krem nie spowodował u mnie zapychania skóry. Mieści się w zakręcanym słoiczku o pojemności 50 ml. Jego cena to ok. 20 zł.

    Skład INCI: Aqua, Decyl Oleate, Eyhylxexyl Methoxycinnamate, Glycerin, Cetyl Alcohol, PEG-20 Methyl Glucose Sesquistearate, Sodium Polyacrylate, Tocopheryl Acetate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Cetearyl Alcohol, Methyl Glucose Sesquistearate, Cetereath-20, Lactose, Microcrystalline Cellulose, Pentylene Glycol, Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Extract, Clintonia Borealis (Lily) Root Extract, Phenoxyethanol, Diazolidinyl Urea, Sodium Benzoate, Methylparaben, Potassium Sorbate, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Parfum, CI 77289 (Chromium Hydroxide Green), CI 42090 (FD&C Blue No. 1), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5).


    O ile nawilżający żel micelarny spełnia swoje zadanie oczyszczające, ale niczym ciekawym się nie wyróżnia. O tyle ten krem - mus jest bardzo fajnym rozwiązaniem dla osób z cerą mieszaną poszukujących kosmetyku dającego nawilżenie, a jednocześnie matującego skórę.

    Stosowaliście już kiedyś krem w formie musu?
    A może znacie tą nową linię kosmetyków marki Lirene?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Wreszcie znalazłam mój idealny odcień różowego lakieru! Do tej pory trafiałam albo na za jasne, albo za ciemne. Albo jeszcze na takie, które podobały mi się u kogoś na paznokciach, a jak ja je miałam, to czułam się źle w takim kolorze. Aż Semilac wprowadził nową gamę kolorów. Wśród nich upatrzyłam sobie jasny, słodki, cukierkowy róż, który okazał się dla mnie idealnym kolorem. Jest to numer 166 o nazwie Crazy Flamingo.


    Gdy pomalowałam nim pierwszy raz paznokcie, to naszło mnie na połączenie go z brokatem. A było to już jakieś 4 tygodnie temu. Na zdjęciach widać, że pogoda była piękna i słoneczna. A teraz wciąż ten deszcz. Brrrrr..... Ale wróćmy do zdobienia. Wyszło ono mega słodko, ale miałam wtedy potrzebę właśnie na coś takiego. Ten brokatowy lakier to Semilac numer 144 - Diamond Ring.



    Potem spodobał mi się efekt różowego lakieru połączonego z efektem lustra. Wygląda to pięknie, ale nie jest trwałe. Mirror Powder szybko się ściera, mimo że dałam dwie warstwy topu, a także dobrze zabezpieczyłam końcówki. Ładnie wyglądało to 3 dni. Potem końcówki zaczęły się ścierać. Myślałam, że może coś źle zrobiłam przy aplikacji efektu lustra na paznokcie. Jednak, gdy popytałam o to znajome kosmetyczki, okazało się, że one też mają podobne doświadczenia. Coraz bardziej pościerane końcówki nie podobały mi się, więc po tygodniu noszenia takich paznokci zmieniłam na nowy kolor (zdjęcie dodałam na Instagram). A tutaj pokażę Wam jak ślicznie wyglądało połączenie Crazy Flamingo z Mirror Powder.


    A Wy jakie zdobienia paznokci lubicie ???

    0 0

    Nie lubię wcześnie wstawać, ale z drugiej strony do pracy chcę wyjść umalowana. Dlatego makijaż skracam do minimum. Dodatkowo lubię, gdy kosmetyk może okazać się uniwersalny, abym mogła stosować go np. gdy mam skórę bardziej bladą lub opaloną, albo jeden zamiast dwóch. Wszystko po to, aby potrzeba było mi ich mniej. A dzięki blogowi odkryłam wiele kosmetyków, które bardzo mi w tym pomagają.



    BIAŁY PODKŁAD

    Jako bladolica miałam zawsze problem z doborem podkładu. Te najjaśniejsze z oferty przeważnie były dla mnie za ciemne. Od kiedy jednak wypróbowałam biały podkład, wszystko się zmieniło. Mieszam go z podkładem, który zamierzam akurat użyć, dzięki czemu jest on jaśniejszy, nie tracąc przy tym swoich właściwości.


    Tym białym podkładem, który mam jest Makeup Revolution The One Foundation w odcieniu 1. Jest on biały, więc idealnie nadaje się do rozjaśnienia podkładów. Ma bardzo lekką formułę - jest wręcz wodnisty. Najczęściej wyciskam w zagłębieniu dłoni pompkę podkładu, który chcę użyć i dokładam do niego kropelkę lub dwie białego MUR. Mieszam je palcem i rozkładam punktowo na twarz. Potem równomiernie rozprowadzam pędzlem. W takich proporcjach użyty podkład nie traci swoich właściwości (krycia, wykończenia, ani trwałości), jest tylko odpowiednio jaśniejszy.


    SYPKI PUDER TRANSPARENTNY

    Niby taki biały proszek, a jak dużo u mnie zmienił. Kiedyś używałam pudry prasowane, które trzeba było dobierać odpowiednio kolorystycznie. Ja zawsze miałam z tym problem. Latem powinien być nieco ciemniejszy, bo jestem trochę opalona, zimą jaśniejszy. W związku z tym, że jestem bladziochem i miałam problem ze znalezieniem jasnego podkładu, to jeszcze znaleźć do tego odpowiedni puder, to było wyzwanie.


    Aż w końcu natrafiłam na sypki puder transparentny marki Vipera. To była wielka rewolucja, ponieważ znalazłam puder, który dopasowuje się do podkładu. Taki który można używać cały rok. Taki, który jest wydajny, a do tego niedrogi. Od tej pory wypróbowałam już kilka pudrów transparentnych innych marek i chętnie do nich powracam. Obecnie mam puder bambusowy z Biochemii Urody, przesypany do opakowania po podkładzie mineralnym z LilyLolo (bo jest ono lepsze w codziennym użytkowaniu). Na zdjęciu puder jest lekko brązowy, ponieważ zmieszałam go z próbką podkładu mineralnego, który był dla mnie za ciemny.


    Sypkie transparentne pudry, które używałam:

    BAZA POD CIENIE

    Moja przygoda z makijażem zaczęła się jeszcze w szkole średniej. Wiedzę o tym jak się malować czerpałam z gazet (nie było jeszcze wtedy Internetu). Do makijażu zraziłam się po tym, jak miałam problem, aby cienie się nie rolowały. Nie słyszałam jeszcze wtedy o czymś takim jak baza pod cienie. Nie były one nawet za bardzo dostępne. O bazie dowiedziałam się dużo później, gdy zaczęłam czytać pierwsze powstające blogi.


    Teraz bez bazy nawet nie zabieram się za wykonywanie makijażu. Jest mi ona potrzebna, ponieważ mam dość głęboko osadzone oczy i cienie zbierają mi się mocno w załamaniach. Ale z dobrą bazą pod cienie, to już nie jest żaden problem. Moja ulubiona baza, którą używałam przez wiele lat, to ta z Artdeco. Ale lubię też bazę Lumene. Obecnie używam bazę z NYX i Catrice, albo aplikuję korektor - niektóre też się dobrze sprawdzają jako bazy pod cienie.

    Bazy pod cienie, które używałam:

    POMADKA W FORMIE KREDKI

    Nigdy nie lubiłam używać konturówek do ust. Do tej pory nie mogę się do nich przekonać. Za to lubię używać szminki. Kiedyś bardziej wolałam błyszczyki, ale to się zmieniło. Przy aplikacji szminek lubię, gdy krawędzie są równe, ale nie lubię używać do tego pędzla. No cóż jestem takim dziwakiem pod tym względem. Dlatego szminki w kredce rozwiązały moje problemy. 


    To jest moje niedawne odkrycie, które pojawiło się wraz z wypróbowaniem kultowych pomadek w kredce z Golden Rose. Łatwo jest nimi obrysować kontur i wypełnić usta kolorem. Po zastruganiu mają dalej stożkową końcówkę. Szkoda, że podczas temperowania trochę produktu się marnuje, ale coś za coś. Do ich używania przekonuje mnie wygoda ich aplikacji, a także ogrom dostępnych i pięknych kolorów do wyboru.


    A Wy macie takie kosmetyki, które ułatwiają Wam codzienny makijaż?

    0 0

    W tym miesiącu mam bardzo malutkie zużycia, zakupy też nie większe. Dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie je połączyć w jednym poście.


    Udało mi się zużyć coś z kolorówki. To w sumie dwie rzeczy. Ale kolorówkę długo się zużywa.

    Pierwszy produkt to Fluid Lirene z serii My Color Code do typu urody zima. Z 4 dostępnych kolorów ten odcień do mnie najbardziej pasował. Więcej pisałam na ich temat TUTAJ.

    Zużyłam też jedną szminkę - Avon Extra Lasting w odcieniu Sunkissed Ginger. To był taki bardzo jasny, delikatny róż. Lubię takie kolory na co dzień.


    Reszta zużyć już jest z kategorii pielęgnacja. Wypróbowałam maskę do włosów marki Planeta Organica - tą toskańską. Była ona często polecana na wielu blogach. Nie zawiodłam się na niej. Włosy po jej użyciu były sypkie, odpowiednio nawilżone i dociążone, nie puszyły się. Warto ją wypróbować. Do tego jest bardzo wydajna.

    The Secret Soap Store z serii Pastel Love, czyli mus pielęgnacyjny pod prysznic. Miał świetny zapach, który potem jeszcze bardzo długo utrzymywał się na skórze. Ale więcej na jego temat można dowiedzieć się z recenzji.

    Jesienią postanowiłam bardziej przyłożyć się do wykonywania zabiegów nawilżających na twarz. Cały mój plan opisałam TUTAJ. Na początek zrobiłam przegląd nagromadzonych masek do twarzy i teraz je zużywam. W październiku zabrałam się za Yasumi maskę z kwasem hialuronowym przeznaczoną dla każdego rodzaju cery. To było mini opakowanie (30 ml), które miałam jeszcze z jakiegoś boxa. Była to dobra maseczka. Skóra po niej była długo nawilżona, dzięki czemu mniej się przetłuszczała w strefie T.


    Przejdźmy teraz do zakupów. Zamarzyła mi się silikonowa myjka do pędzli. Bardzo chciałam kupić tą z Rossmanna, ale trudno było ją dorwać. Dlatego kupiłam inną. Nie pamiętam już ile za nią zapłaciłam, ale była na promocji. Bo jej cena regularna jest dość wysoka. Kupiłam do niej olejek pod prysznic z Isany, ponieważ wiele osób go poleca jako skuteczny preparat do mycia pędzli. Używam ich już przez październik, ale na razie nie będę mówić jak się sprawdzają. Będzie o tym mowa w innym poście.


    Kończy mi się krem do rąk, który noszę ze sobą w torebce, a także żel do mycia twarzy. Myślałam, że dobiją dna w październiku, ale okazuje się, że jeszcze wystarczą mi na około półtora tygodnia. Kosmetyki, którymi je zastąpię już czekają. A są to Isana Intensywny krem do rąk z mocznikiem (5,99 zł) oraz żel do mycia twarzy, który od dawna chciałam wypróbować, czyli Sylveco ten tymiankowy (17,99 zł).

    A jak tam Wasze zużycia i zakupy w tym miesiącu?

older | 1 | .... | 25 | 26 | (Page 27) | 28 | 29 | .... | 31 | newer