Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Witajcie w moim kosmetycznym świecie !!! Mam nadzieje, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie :))

older | 1 | .... | 28 | 29 | (Page 30) | 31 | newer

    0 0


    Wydarzenie to miało miejsce we wtorkowe popołudnie dnia 5 września 2017 r. Inicjatorką, która spowodowała, że spotkanie się odbyło była Kasia, której chciałabym pogratulować wspaniale zorganizowanej imprezy. Bardzo miło spędziłam tu czas. Była to świetna okazja, aby wymienić się doświadczeniami, a także poznać nowe osoby. Jeżeli jesteście ciekawi co się wydarzyło i jakie atrakcje miały miejsce na tym spotkaniu, to zapraszam do dalszej części posta.


    Spotkanie odbyło się w bardzo klimatycznej restauracji o nazwie PRETEKST. Nie wiem jak dziewczyny znajdują takie fajne miejsca. To nie było pierwsze spotkanie organizowane przez Kasię, a za każdym razem spotykałyśmy się w ciekawej miejscówce. Ulicą 3-go Maja w Rzeszowie przechodzę bardzo często, ale na tą restaurację nigdy nie zwróciłam uwagi. A szkoda, bo spodobał mi się jej wystrój i panujący tam klimat. Miałyśmy zarezerwowany kącik, tylko dla uczestniczek spotkania, gdzie można było się wygodnie rozsiąść, a także obejrzeć prezentację przygotowaną przez panią Agnieszkę (o tym będzie mowa później). Zresztą sami zobaczcie. 


    Po raz kolejny była organizowana zbiórka pieniędzy na Tomka - chłopca u którego zdiagnozowano obustronny niedosłuch i autyzm dziecięcy. Część prezentów od sponsorów została wystawiona na licytacji, a także kartki, aniołki i breloczki wykonane przez mamę Tomka. Udało się uzbierać 769 zł.


    Gościem specjalnym spotkania była pani Agnieszka, która jest fotografem produktowym. Przekazała nam garść cennej wiedzy o robieniu zdjęć, która bardzo przyda się przy prowadzeniu bloga. O godzinie 14:00 rozpoczęła się jej prezentacja. Ma ona niesamowitą wiedzę, a także bogate doświadczenie. A do tego wszystkiego dar przekazywania informacji w prosty i zrozumiały sposób. Słuchałyśmy jej z z wielką przyjemnością. Więcej o pani Agnieszce można dowiedzieć się z jej strony LaDetre.


    Były także prezenty od sponsorów. Co dostałam pokażę w następnym poście. Chciałabym podziękować Kasi (a także jej pomocnicom) za to, że jednak zdecydowała się zorganizować to spotkanie. Było bardzo miło. A to tego dowiedziałam się sporo nowych rzeczy.


    A Wy uczestniczycie w takich spotkaniach?

    0 0


    Tak jak ostatnio wspominałam - dziś pokażę Wam co przywiozłam do domu ze spotkania blogerek, którego przebieg opisałam w poprzednim poście. Przygotujcie się na sporą dawkę zdjęć :)

    FACE&LOOK
     www / FB



    NA PIĘKNE WŁOSY
     www / FB / IG



     BASILUR
    FB / IG



     BIONIGREE
       www / IG / FB



     EVELINE
     www / FB / IG
     


    HEAN
     www / IG / FB



     JORDAN
     www / FB



    RONNEY



    SYLVECO
     www


    TARKA I MIARKA
     www / FB



     VICHY / LA ROCHE POSAY
     www / FB


    Pozostali sponsorzy spotkania:


    0 0


    W tym miesiącu moim ulubieńcem, a zarazem największym odkryciem jest TOP MAT TOTAL marki SEMILAC. Wiele osób odkryło urok matowych lakierów już dawno - ja jakoś nie mogłam się do tego efektu przekonać. Jednak pewnego wrześniowego dnia pomyślałam, że spróbuję ... i przepadłam. Od tej pory cały czas maluję paznokcie tym matowym topem. Daje on również bardzo fajne, takie welurowe w dotyku wykończenie.


    Ciekawe jest też to, że każdy lakier wygląda nieco inaczej w zależności czy jest wykończony matowym czy błyszczącym topem. Na przykład tak prezentuje się piękna ciemna szarość - Semilac numer 17 - jako mat i błysk.


    Zoeva 231 - z tym pędzlem było tak, że nie doceniałam go, dopóki mi go nie zabrakło. Do tej pory regularnie myłam pędzle. Raz jednak mi się nie chciało i gdy zabrałam się za makijaż innymi niż te co przeważnie używam, to czegoś mi brakowało. Okazało się, że nie umiem już obejść się bez pędzla o takim kształcie. Jest on najlepszy do podkreślania zewnętrznego kącika oka. Jest idealnie zbity, ale jednocześnie odpowiednio miękki. A do tego ma pasującą mi wielkość. Gdy mi go zabrakło (bo nie zdążył jeszcze wyschnąć po umyciu) to zostały mi pędzle albo za małe - takie typowe kuleczki, albo za duże - czyli takie do blendowania.


    Kolejni dwaj ulubieńcy, to produkty do pielęgnacji włosów: szamponSWISS IMAGE Colour Care (Piękny kolor i pielęgnacja włosów) oraz ISANA PROFESSIONAL maska nawilżająca OIL CARE. Oba te produkty lubię, bo dobrze działają. Jednak gdy używam je w takim zestawieniu, to efekt jaki uzyskuję jest najlepszy. Po prostu używam je z innymi szamponami, odżywkami czy maskami. Efekty są zadowalające, jednak te produkty zastosowane w tym duecie to "petarda" na moje włosy. Są wtedy odpowiednio sypkie, nie przetłuszczają się zbyt szybko (mogę je myć spokojnie co 3-4 dni), a do tego nie puszą się. Dodatkowo są to produkty tanie. Szampon kosztuje ok. 25, zł a maska - 4,99 zł. Nie muszę sięgać po drogie kosmetyki, aby cieszyć się ładnie wyglądającymi włosami.


    Niestety ten korektor jest tym średniaczkiem z tytułu posta. A chodzi o BOURJOIS Healthy Mix Anti-fatigue Concealer with Vitamin Mix (korektor pod oczy - nowa wersja). Zacznę od tego co mi się w nim podoba. Ma porządne i poręczne opakowanie z aplikatorem. Jest bardzo lekki, ma ładny żółtawy odcień, który wpasowuje się w tonację mojej skóry. Mam go w kolorze najjaśniejszym, czyli 51 Clear / Light. Delikatnie rozświetla skórę - nie wiem czemu niektórzy narzekają, że ma zbyt dużo błyszczących drobinek. Według mnie jego poziom rozświetlenia jest odpowiedni jak na korektor, który stosuje się pod oczy. U mnie on oksyduje tylko tak minimalnie, że jest to niezauważalne. Jego trwałość jest bardzo dobra - trzyma się cały dzień bez zarzutu. 


    Niestety ma on bardzo słabe krycie. Ja mam problem z fioletowymi sińcami pod oczami, a on nic z tego nie daje rady zakryć. Wiem, że jest to korektor pod oczy, jednak próbowałam używać go też na inne partie twarzy. Tutaj również się nie nadaje z powodu zbyt lekkiego krycia. Na razie go używam, jednak rozglądam się za innym. Jedynie pocieszam się tym, że udało mi się go kupić na dość sporej promocji.


    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Jacy są Wasi ulubieńcy kosmetyczni w tym miesiącu?

    0 0

    Dostałam go na spotkaniu blogerek, które miało miejsce we wrześniu w Rzeszowie (relacja TUTAJ) i od tej pory go używam. Na początku obawiałam się jak to będzie z jego kolorem, ponieważ różnie to bywa z podkładami, których nie sprawdziło się przed używaniem. Mam go w odcieniu numer 15 - i tak się składa, że jest dobrze dopasowany do tonacji mojej skóry, a do tego nie ciemnieje na niej. Z czego się bardzo cieszę.


    Producent klasyfikuje go jako rozświetlający, z czym zgodzę się, ale nie do końca. Jestem posiadaczką cery mieszanej, która przetłuszcza się a zarazem bardzo świeci w strefie T, dlatego najchętniej sięgam po podkłady matujące. Podoba mi się na skórze ten pudrowy efekt, który dają. W podkładach rozświetlających przeszkadzało mi to, że po ich aplikacji świeciłam się na całej twarzy (nie tylko w strefie T). Jednak okazuje się, że nie wszystkie są takie. Teint Ideal daje bardzo delikatne rozświetlenie, z efektem zdrowej, promiennej cery. Bardzo mi się to podoba, dlatego dość często po niego sięgałam przez ostatni miesiąc. Podoba mi się to, że twarz jest ujednolicona, bardzo delikatnie rozświetlona, ale nie jest to efekt zbyt mocnego świecenia. Po prostu rozświetla on skórę bardzo subtelnie.


    Z tym podkładem mam jeszcze tak, że zaraz po aplikacji na skórę nie wygląda on zbyt korzystnie. Na początku nawet zastanawiałam się czy w ogóle będę go używać. Inne podkłady, które miałam zaraz po rozprowadzeniu na skórze i przypudrowaniu (czyli tak na świeżo) wyglądały ładnie, a z czasem zaczynały się świecić i tracić na tym efekcie. Z Teint Ideal jest inaczej. On dopiero pod wpływem ciepła skóry i gdy "przegryzie" się już nieco z sebum zaczyna ładnie wyglądać. W efekcie nie tworzy efektu maski i skóra wygląda na wypoczętą.


    Zauważyłam też, że najlepiej jest przypudrować go jak najmniejszą ilością pudru. Ja go tylko tak leciutko muskam pędzlem. Gdy na początku aplikowałam - tak z przyzwyczajenia - większą ilość pudru, to podkład ciastkował się i wyglądał nieładnie. W jego przypadku im mniej, tym lepiej. Podkład ma lekkie krycie. Wyrównuje koloryt skóry, ale na większe problemy nie obejdzie się bez korektora. Ale za to można stopniować nieco jego krycie. Po nałożeniu pierwszej warstwy, w miejsca gdzie jeszcze coś prześwituje, to dokładam jeszcze nieco podkładu i jest już dobrze. U mnie najczęściej są to zaczerwienione policzki. Ma on dość rzadką i lejącą konsystencje.Źle rozprowadzało mi się go palcami, ponieważ robiły się wtedy smugi. Najlepiej sprawdzał się tutaj pędzel z syntetycznego włosia.


    Jest wydajny. Dzięki praktycznemu opakowaniu z pompką wydobywa się go tyle, ile akurat potrzeba. Opakowanie to jest szklane i solidne. Doskonale widać ile podkładu jeszcze zostało. Dobrze sprawdza się jako taki do używania na co dzień. Wszystko to dzięki temu, że jest lekki i naturalnie wygląda na skórze. Dobrze współpracuje z kremami i pudrami, które używam. Nie miałam przypadku żeby zaczął się brzydko rolować czy wałkować. Jest dość trwały - dobrze wygląda na skórze tak ok. 6 godzin. Schodzi równomiernie.


    Skład: AQUA / WATER - CYCLOPENTASILOXANE - ALCOHOL DENAT. - BUTYLENE GLYCOL - ETHYLHEXYL METHOXYCINNAMATE - PEG-10 DIMETHICONE - PHENYL TRIMETHICONE - SQUALANE - BIS-PEG/PPG-14/14 DIMETHICONE - SORBITOL - TALC - ALUMINUM HYDROXIDE - MAGNESIUM SULFATE - NYLON-12 - DISODIUM STEAROYL GLUTAMATE - TOCOPHERYL ACETATE - ASCORBYL GLUCOSIDE - MALTITOL - LACTOBACILLUS FERMENT - CI 77891 / TITANIUM DIOXIDE - CI 77491, CI 77492, CI 77499 / IRON OXIDES - CI 77163 / BISMUTH OXYCHLORIDE.

    Mieliście ten podkład?
    Co o nim sądzicie?

    0 0


    Spośród kosmetyków do makijażu marki Eveline bardzo lubię tusze do rzęs. Miałam ich już kilka, a ostatnio kupiłam Extension Volume Mascara False Definition 4D. Znalazł się on nawet w ulubieńcach miesiąca, gdzie pisałam więcej na jego temat. Teraz miałam możliwość wypróbować również i inne kosmetyki marki Eveline, ponieważ ze spotkania blogerek przywiozłam ich sporo do testów.


    Pierwsze co wypróbowałam to pomadki Velvet MattLip Cream. Wiedziałam czego się mogę po nich spodziewać, ponieważ już jakiś czas temu miałam jedną w kolorze 416 - Wild Fuchsia. Używałam ją niestety rzadko, ponieważ miała bardzo intensywny fuksjowy kolor. A ja preferuję, gdy usta są pomalowane bardziej neutralnie. Wśród tych pomadek, które otrzymałam teraz na spotkaniu blogerek trafiły mi się dwa kolory, które przypadły mi do gustu i chętnie po nie sięgam. A są to numery 412 - MYSTIC ROSE oraz 415 - NUDE PINK. Pozostałe kolory są dla mnie zdecydowanie za ciemne.


    Pomadki są dobrze napigmentowane. Mają wygodne aplikatory, którymi łatwo jest obrysować sobie kontur ust aż do samych zewnętrznych kącików, więc nie zawsze potrzebna jest nam konturówka. Mają ładne krycie. Są one matowe, ale nie jest to taki bardzo intensywny efekt. Polubią je osoby, które preferują coś pomiędzy matem, a delikatną satyną. Nie są mocno zastygające, dlatego nie wysuszają ust. Równomiernie ścierają się, co jest dobre, ponieważ nie lubię, gdy zostają dziury bez pomadki, bo to się rzuca w oczy.


    Ich trwałość nie jest jakaś powalająca. Wyglądają dobrze na ustach do czasu aż coś zjemy lub wypijemy, bo ścierają się wtedy w znacznym stopniu. Dlatego będą one dobre dla osób, które nie lubią jak pomadka tak mocno zastyga, że aż "wżera" im się w skórę i potem trudno jest ją domyć. Pomadka ma 9 ml pojemności i kosztuje ok. 17 zł


    Baza pod cienie to u mnie podstawa w makijażu oczu - bez niej ani rusz, bo inaczej bardzo rolują mi się cienie na powiekach. Dlatego chętnie wypróbowałam tą bazę. A mowa o ALL DAY IDEAL STAY BAZA POD CIENIE 8 w 1. Używam ją już miesiąc i mogę stwierdzić, że daje radę. Na początku tylko trzeba z nią uważać, ponieważ za dużo wylewa się jej z opakowania. Dlatego trzymam ją postawioną do góry nakrętką, aby jej zawartość spływała na dół opakowania. Jak już się jej trochę zużyje, to nie ma problemu z nadmiernym wydobywaniem.


    Baza ma cielisty kolor, dzięki temu po jej nałożeniu mamy wyrównany koloryt powieki. Sprawdza się dobrze w makijażach takich delikatnych na co dzień. Podbija kolory cieni, wydłuża ich trwałość, a także zapobiega ich zbieraniu w załamaniu powieki. Na większe wyjścia i imprezy - czyli do makijażu wieczorowego - bym jej nie polecała. Zaaplikowanie na nią większej ilości cieni, a do tego w ciemnych kolorach powoduje, że zaczynają się rolować. Baza ma 12 ml pojemności i kosztuje ok. 18 zł. Nie ma jej co porównywać do hiciorów takich jak Urban Decay czy NYX, ale w swojej kategorii cenowej jest niezła.


    Testowałam też poczwórne cienie do powiek QUATTRO EYESHADOW. Z ich kolorami udało mi się dobrze trafić. Mam paletkę numer 12, a w niej cienie wpadające w różowe i brązowe tony. Aplikuje się je bardzo dobrze. Mają taką średnią pigmentację - nie są za mocne, ale też nie za delikatne. Nie osypują się pod oczami, ani mocno nie pylą w opakowaniu. Są to cienie satynowe - leciutko się mieniące. Nadają się do makijażu dziennego.


    Z tej paletki najbardziej podoba mi się cień oznaczony jako numer 2. To ładny, jasny róż. Sięgam po niego najczęściej, bo lubię takie kolory aplikować na powiekę ruchomą. Nie wykonuję całego makijażu tylko za pomocą tej jednej paletki, ponieważ łączę ją jeszcze z matowymi cieniami - zwłaszcza cielistym i brązowym. Do malowania nie używam dołączonej do nich pacynki. Wolę swoje pędzle. Ale pacynka ta przydaje mi się do aplikacji pyłków na lakiery hybrydowe. Taka paletka poczwórnych cieni kosztuje ok. 20 zł.


    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Do tej pory miałam bardzo małą styczność z kosmetykami marki Hean. Dlatego cieszę się, że mogę kilka z nich przetestować. Pierwszy produkt, po który sięgnęłam to Maskara GIGANT SHOCK PROFESSIONAL XXL VOLUME. 


    Należy do tych maskar, które już od pierwszego użycia są takie w sam raz - nie za gęste, nie za rzadkie. Dobrze się ją dzięki temu aplikuje. Jednak moje doświadczenia z tego typu tuszami były takie, że one szybko zaczynały zasychać. Ciekawe jak będzie w tym przypadku - na razie używam go około miesiąca.


    Ma tradycyjną szczoteczkę - od czasu do czasu też po takie sięgam, chociaż częściej kupuję tusze z silikonowymi szczoteczkami. Ta jest wygodna w używaniu, nie za duża, ze zwężającym się końcem dobrym do podkreślania rzęs w kącikach.


    Maskara ta ładnie pogrubia rzęsy. Ja aplikuję dwie jej warstwy. Jedna jest niewystarczająca, a dwie faktycznie pogrubiają, ale efekt jest nadal bardzo naturalny. Ma ładny, czarny kolor. Dobrze rozdziela i układa rzęsy. Jest trwała i nie osypuje się. A do tego wszystkiego jest tania. Kosztuje ok. 16 zł. Dodatkowo w 2014 r. zdobyła złoty medal jako wybór konsumentów w kategorii "Najlepszy produkt".


    Bardzo zaciekawiła mnie też matowa pomadka  LUXURY MATTE LIQUID LIPSTICK NON TRANSFER. Zwłaszcza po tym, gdy poleciła ją Maxineczka w ulubieńcach. Miałam ją kupić, ale jakoś tak zapomniałam. Dlatego fajnie, że dostałam ją do testów. Najbardziej chciałabym jeden z tych trzech najjaśniejszych kolorów. Niestety trafił mi się numer 04 PURPLE LAND, czyli fiolet. Ładnie on wygląda w opakowaniu i wiem, że jest teraz bardzo modny. Jednak ja źle czuję się w takich kolorach i używałam tą pomadkę tylko kilka razy.


    Jest bardzo komfortowa na ustach - nie zastyga na skorupkę, tylko jest nadal bardzo miękka, a zarazem bardzo trwała. Długo się utrzymuje, nawet jak coś w międzyczasie zjadłam. Dobrze się ją aplikuje - aplikatorem nawet da się obrysować kontur ust bez potrzeby używania konturówki. Pomadka też jest przystępna cenowo, ponieważ kosztuje ok. 17 zł. Czuję się zachęcona, aby kupić jeden z odcieni 01, 02 lub 03.


    Mam tak jakoś dziwnie, że ciemnych kolorów na ustach nie lubię. Na co dzień sięgam po te bardzo neutralne. Jednak czasem lubię też i czerwień. Tak się złożyło, że taką dostałam od Hean - LUXURY CASHMERE LIPSTICK. Gdyby ktoś szukał pomadki w ładnym czerwonym kolorze, to 708 RUBY RED jest bardzo ładny. To nie jest taka klasyczna czerwień, tylko lekko wpadająca w bordo.


    Jest to pomadka dająca satynowe wykończenie. Ma kremową formułę. Jest dobrze mapigmentowana - nadaje kolor już po pierwszym muśnięciu ust. Nie zastyga, ale nie jest też klejąca. Daje uczucie miękkości i nawilżenia, dzięki temu nie podkreśla suchych skórek, ani nie wydusza ust. Schodzi równomiernie, ale nie jest bardzo trwała. Wystarczy coś zjeść i już trzeba dokonać poprawek.


    Na uwagę zasługuje też jej opakowanie. Prezentuje się bardzo elegancko. Ta czarna część jest taka jakby welurowa w dotyku. Dodatkowo znajduje się w niej magnes, który przyciąga nakrętkę. Dzięki temu pomadka łatwiej się zamyka i nie otwiera się sama przy byle dotknięciu.


    A na koniec zestaw sześciu lakierów do paznokci I LOVE HEAN. Odkąd mam hybrydy, to dawno już nie używałam takich zwykłych lakierów. Tak się złożyło, że odrost zrobił mi się już na tyle duży, że trzeba zmienić hybrydy na nowe. Dlatego w międzyczasie pomyślałam, że zrobię sobie od nich krótką przerwę i sprawdzę jakie są te lakiery z Hean. 


    Kolory mają bardzo ładne. Takie jakie lubię nosić na paznokciach. Dobrze się je aplikuje. Jednak wiadomo, że nie mają takiej trwałości jak hybrydy. Odzwyczaiłam się już od tego, że trzeba czekać aż lakier wyschnie. Dodatkowo choćbym nie wiem jak się starała, to zwykłe lakiery bardzo krótko trzymają się na moich paznokciach. Dlatego wracam znów do hybryd, bo mam fajne nowości do wypróbowania.


    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Co o nich sądzicie?

    0 0


    Mój mąż się nieraz śmieje, że nie przejdę obojętnie wobec wszelkich błyskotek. Dlatego to nie jest dziwne, że bardzo zaciekawiły mnie lakiery hybrydowe z nowej kolekcji Neo Nail. Nosi ona nazwę STAR GLOW. Kolekcja składa się z ośmiu kolorów. Najchętniej kupiłabym połowę z nich. Jednak na początek skusiłam się na dwa: Falling Star oraz Eclipse.


    Na razie użyłam jeden z nich - FALLING STAR. Jest to bezbarwny lakier, w którym zatopionych jest mnóstwo mieniących się na różne kolory drobinek. W przypadku Falling Star to miks fioletu i różu ze szmaragdowymi akcentami. Piękno tego koloru zostanie świetnie wyeksponowane na czarnym lakierze bazowym.


    Podobne efekty można też uzyskać wcierając ozdobny pyłek. Jednak ja wolę lakier z zatopionymi w nim drobinkami. Jest to znacznie prostsza forma aplikacji. A dodatkowo bardziej trwała - pyłki potrafią zetrzeć się na końcach paznokci i potem nie wygląda to już ładnie. Lakiery z kolekcji Star Glow mają ma 6 ml pojemności i kosztują 34 zł za sztukę. Mi udało się kupić je troszkę taniej, bo na promocji w związku z wprowadzeniem ich na rynek.

    Podoba Wam się taki efekt ?

    0 0

    Bardzo lubię spa w domowym zaciszu. Zwłaszcza w długie, jesienne wieczory. W tym roku ten czas umilają mi maseczki Lirene. Otrzymałam sporo nowości do przetestowania i od razu chętnie się za to zabrałam :)) Maseczki te są bardzo różnorodne - są tu zabiegi dwu etapowe, maseczki kremowe, peel-off - na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.


    Na początek maseczki 2-etapowe. Składają się one z dwóch saszetek, w których znajdują się poszczególne etapy zabiegu. Do wyboru mamy dwa rodzaje, a ich cena to 4,99 zł za sztukę.


    MIGDAŁOWY ZABIEG UJĘDRNIAJĄCY z elastyną morską
    I ETAP: Peeling micro-złuszczający z kwasem migdałowym, którym delikatnie masujemy skórę przez ok. 5 minut
    II ETAP: Maska ujędrniająca z olejkiem migdałowymi witaminą E, którą pozostawiamy do wchłonięcia.

    HIALURONOWY ZABIEG WYPEŁNIAJĄCO-LIFTINGUJĄCY 
    I ETAP: Hialuronowe serum z zielonymi algami
    II ETAP: Lipidowa maska napinająca - obie te części po aplikacji na skórę, pozostawiamy do wchłonięcia.

    *****************


    A teraz maseczka, która składa się z dwóch saszetek, ponieważ przeznaczona jest na dwie aplikacje. Mi wystarczyła na cztery, bo jest jej na tyle dużo, że podzieliłam sobie te saszetki jeszcze na pół. Jest to MINERALNY ZABIEG OCZYSZCZAJĄCY Z ZIELONĄ GLINKĄ. Ma za zadanie dobrze oczyszczać, a także przywracać świeży i promienny wygląd skórze. Zawiera guaranę, glinkę kaolinową oraz drobinki peelingujące w postaci łupinek z ziarenek kakao. Maseczkę aplikujemy na skórę, chwilę delikatnie masujemy, pozostawiamy na 10 minut, po czym zmywamy dokładnie ciepłą wodą. Maseczka ma pojemność 2 x 6 ml, kosztuje 4,99 zł.

    *****************

    Wśród tych nowości znajdują się również dwa peelingi. Jeden to PEELING ENZYMATYCZNY. Trzymamy go na skórze przez 5-8 minut, a następnie zmywamy ciepłą wodą. Bardzo lubię stosować tego typu peelingi, więc byłam go bardzo ciekawa - dlatego była to jedna z pierwszych saszetek, które wypróbowałam. Świetnie sprawdza się do oczyszczania skóry delikatnej i naczynkowej, ponieważ nie wymaga tarcia. Zawarte w nim kwasy owocowe i papaina rozpuszczają obumarły naskórek, nie powodując uczucia suchości czy pieczenia. Stosuje się go nie częściej niż 2 razy w tygodniu. Taka saszetka ma pojemność 8 ml, kosztuje 2,99 zł.


    W drugiej saszetce znajduje się MICROPEELING WYGŁADZAJĄCY z lotosem, bambusem, lilią wodną, wyciągiem z cytryny. Posiada on delikatne drobinki peelingujące, które mają za zadanie usuwać martwy naskórek oraz oczyszczać. Używamy go delikatnie masując skórę przez ok. 2-3 minuty, a następnie zmywamy ciepłą wodą. Ma on pojemność 8 ml, kosztuje 2,99 zł. Taka saszetka wystarcza więcej niż na jedno użycie.

    *****************


    Po wykonanym peelingu dobrze jest użyć jedną z maseczek. Na przykład taką, którą aplikujemy na skórę i pozostawiamy do wchłonięcia. Ewentualnie można trochę jej nadmiaru usunąć po ok. 10 minutach trzymania na skórze. W nowościach Lirene do wyboru są trzy takie:
    - ROZŚWIETLAJĄCA MASKA NAPINAJĄCA z białą perłą, kompleksem z kwasem rozmarynowym,
    - BOGATA MASKA UJĘDRNIAJĄCA ZE ZŁOTĄ ALGĄ zawiera olejki, witaminę E,
    - WITAMONOWA MASKA ULTRA NAWILŻAJĄCA  z wiśnią z Barbados, witaminą C.
    Maseczki te są wygodne w aplikacji - po prostu otwieramy saszetkę i aplikujemy jej zawartość na skórę. Ich pojemność to 8 ml, koszt 2,99 zł za sztukę.

    *****************

    Na koniec zostawiłam najciekawsze maseczki. Są one w formie proszku. Używa się je w ten sposób, że przesypujemy proszek do miseczki. Następnie przecinamy saszetkę wzdłuż oznaczonej na jej tyle linii i napełniamy pustą saszetkę letnią wodą - stanowi to ok. 30 ml. Dzięki temu nie potrzebujemy już dodatkowej miarki. Wystarczy tylko dolać wodę do proszku i mieszać, aż do uzyskania gładkiej masy bez grudek.


    Są to maski typu peel-off, które mają to do siebie, że zaczynają szybko zastygać. Dlatego należy je aplikować na skórę od razu po przygotowaniu, pamiętając o tym, aby omijać okolice oczu. Po ok. 10-15 minutach ściągamy zastygniętą maskę delikatnym ruchem od szyi w górę. W zamyśle producenta powinno to nastąpić w jednym kawałku. Mi się tak nie udało ich ściągnąć, tylko w częściach. Ewentualne pozostałości maski zmywamy letnią wodą. Maski te mają pojemność 10 g, kosztują 11,99 zł za sztukę, dostępne są w 5-ciu rodzajach:
    - REWITALIZUJĄCA MASKA Z WITAMINĄ C,
    - ALGOWA MASKA GŁĘBOKO NAWILŻAJĄCA,
    - NAPINAJĄCA MASKA Z 24K ZŁOTEM I PERŁĄ,
    - REGENERUJĄCA MASKA Z OLEJKIEM ROZMARYNOWYM,
    - GLINKOWA MASKA GŁĘBOKO OCZYSZCZAJĄCA.

    Dajcie znać w jakiej formie maski najbardziej lubicie? 
    Mieliście może którąś z tych maseczek?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Odkąd zaczęłam używać tusz wodoodporny, to cały czas szukałam jakiegoś fajnego dwufazowego płynu do demakijażu. Niestety płyn micelarny, który używam nie radzi sobie ze zmywaniem tego typu kosmetyków. Próbowałam różne płyny dwufazowe, jednak przeważnie denerwowało mnie w nich to, że zostawiały bardzo tłustą i nieprzyjemną warstwę na skórze. 


    W październiku wszystkie kosmetyki do demakijażu mi się pokończyły i trzeba było kupić nowe. Nie wiedziałam jakie wybrać. Tak się złożyło, że miałam mało czasu na zastanowienie. Weszłam na szybko do Rossmanna i chwyciłam pierwszy, który rzucił mi się w oczy. Zaczęłam go używać i okazało się, że jest świetny. Mowa tu o DWUFAZOWYM PŁYNIE DO DEMAKIJAŻU OCZU marki NIVEA. Wiele razy na blogach czytałam pozytywne opinie o nim i chyba jakoś tak utkwił mi w podświadomości, że to właśnie po niego sięgnęłam. 


    Lubię go za to, że jest delikatny, ale za razem bardzo skuteczny. Wystarczy chwilkę przytrzymać nasączony nim wacik na powiece i wodoodporny makijaż się rozpuszcza. Nie piecze, ani nie szczypie, nawet jak się trochę go dostanie do oka. Pozostawia po sobie tłustą warstwę, ale jest ona bardzo delikatna i mi nie przeszkadza. 


    Płyn znajduje się w dość małej buteleczce, bo ma 125 ml pojemności. Jednak jest wydajny. Jak na cały miesiąc regularnego stosowania, to zużyłam go niewiele. Dodatkowo można go często kupić na promocji.


    Chciałabym też wspomnieć o dwóch fajnych kosmetykach, które udało mi się kupić w TkMaxx. Jak tylko mam okazję tam być, to zaglądam na dział z kosmetykami. Nie zawsze mają coś fajnego. Dodatkowo jak już byłby jakiś ciekawy kosmetyk, to przeważnie jest on otwarty i poniszczony. Dlatego bardzo rzadko udaje mi się coś fajnego tam kupić. Ale we wrześniu trafiłam na dwie świetne perełki, które były zafoliowane i na szczęście nikt przy nich nie majstrował.


    Pierwszy to produkt z Nowej Zelandii - MASECZKI W PŁACIE TIAKI. Zaciekawiła mnie ta marka, a dodatkowo spodobał mi się ich skład. Zresztą sami zobaczcie:
    Aqua, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water, Polysorbate 20, Leptospermum Scoparium Mel (Active Manuka Honey), Cassia Angustifolia Seed Polysacharide (Natural Althernative to Hylaurinic Acid), Organic Rosa Canina (Rose Hip) Oil, Hydrolyzed (Marine) Collagen, Sclerocarya bierra (Marulla) Seed Oil, Argania Spinosa (Argan) Kernel oil, Carbomer, Xanthan Gum, Prunus Amygdalus Dulcis (Almond) Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Allantoin, Triethanolamine, Benzyl Alcohol & Salicylic Acid & Glycerin & Sorbic Acid, Sodium Hydroxide, Tetrasodium EDTA.


    Opakowanie zawiera 5 masek. Stosujemy je standardowo jak inne tego typu - aplikujemy na 10 minut na oczyszczoną skórę twarzy. Stosowałam je głównie po kwasach (bo jesienią znów wróciłam do zabiegów z kwasem migdałowym). Gdy skóra jest oczyszczona z obumarłego naskórka, to fajnie wchłania substancje odżywcze z maski. A dodatkowo uspokaja to i koi skórę. W TkMaxxie mieli tylko jedno opakowanie tych masek. Potem więcej ich już nie widziałam, ale może jeszcze uda mi się na nie trafić.

    Drugi produkt to serum do twarzy marki SENSATIA BOTANICALS. Przeznaczone jest dla skóry mieszanej i tłustej. Zawiera olej z drzewa herbacianego w połączeniu z kilkoma innymi składnikami, które razem tworzą fajną mieszankę. Aplikuje się go ok. 3-6 kropli na całą twarz. Stosuje się je już na oczyszczoną skórę. Ja robię to tak, że przeważnie jak wracam do domu, to od razu zmywam makijaż. Po demakijażu aplikuję właśnie to serum. Jest ono dość tłuste i potrzebuje trochę czasu, aby się wchłonąć. Stosowałam je codziennie przez dwa miesiące i zauważyłam fajne efekty jego działania. Przede wszystkim pomaga w pielęgnacji skóry problematycznej:szarej, niedokrwionej, wrażliwej, trądzikowej, skłonnej do zaskórników.


    Skład: Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil /olejek z drzewa herbacianego/, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil /olej z kiełków pszenicy/, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil /olejek ze skórki cytryny/, Tocopherol /witamina E/, Mentha Arvensis (Peppermint) Leaf Oil /olejek z liści mięty polnej/, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract /ekstrakt z liści rozmarynu/.


    W tym miesiącu nie natrafiłam na żaden bubel, jednak miałam do czynienia z kosmetykiem, który nie do końca spełnił swoje zadanie. Mowa o ANTYPERSPIRANCIE INVISIBLE FOR BLACK AND WHITE marki NIVEA. Kupiłam go, bo dezodorant mi się skończył. Wybrałam właśnie ten, bo przy okazji wzięłam udział w konkursie, który organizowała ta marka. 


    Ogólnie antyperspirant ten spełnia swoje zadanie i chroni przed potem. Nie zostawia też żółtych śladów na białych ubraniach - co zasługuje na duży plus. Jednak mam z nim problem w przypadku czarnych i ciemnych ubrań. Zostawia na nich białe ślady. Dlatego raczej następnego już nie kupię, tylko powrócę do naturalnych dezodorantów. 

    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Jacy są Wasi ulubieńcy kosmetyczni w tym miesiącu?

    0 0


    Po dwóch tygodniach na paznokciach z lakierem Falling Star nadszedł czas na zmianę koloru. Paznokcie ostatnio mi tak szybko rosną, że odrost miałam już na tyle duży, więc trzeba było coś z tym zrobić. Dodatkowo już nie mogłam się doczekać aż użyję ten drugi nowy lakier, czyli ECLIPSE.


    Tym razem też pomalowałam go na czarnym lakierze bazowym, aby jak najlepiej wydobyć efekt jaki daje. W bezbarwnej bazie mamy tu zatopioną kombinację pomarańczowych i złotych drobinek z malutką domieszką fioletu. Uzyskane efekty bardzo mi się podobają. Zresztą sami zobaczcie.


    Dodatkowo lakier ten spodobał się mojej mamie, która też chciała mieć pomalowane nim paznokcie. Jednak w delikatniejszej wersji, czyli Eclipse na beżowym lakierze - Neo Nail Natural Beauty. Uzyskany efekt jest bardzo delikatny. Drobinki nie są tak bardzo widoczne. Stanowią tylko taki mały akcent.


    Jak podoba Wam się taki efekt?

    0 0


    Dziś mam coś dla miłośników zielonej herbaty. Ja taką piję, dlatego lubię eksperymentować i szukać jej nowych smaków. Tak się złożyło, że na spotkaniu blogerek (tym, które odbyło się we wrześniu w Rzeszowie) marka BASILUR przekazała każdej uczestniczce herbatę do wypróbowania. Mi trafiła się wersja CHARMING - zielona herbata cejlońska, wysokogórska, liściasta z dodatkiem wiórków kokosowych oraz nutą róży, bławatka i granatu. Brzmi interesująco, nieprawdaż?


    Zacznę od tego, że znajduje się ona w metalowej puszce w kształcie bukietu. Jest to fajne rozwiązanie, ponieważ po wypiciu herbaty opakowanie to możemy przeznaczyć na trzymanie w nim czegoś innego. Ale jednocześnie jest to fajny pomysł na prezent dla kogoś, kto lubi pić zieloną herbatę. Zwłaszcza, że w środku oprócz opakowania z herbatą znajduje się jeszcze dodatkowe z torebkami do jej zaparzania. Opakowanie mieści 100g herbaty. Cena takiego zestawu (opakowanie, herbata, torebki do zaparzania) wynosi 47,95 zł.


    Herbata ma kilka wymienionych aromatów, które się w niej znajdują m.in. nuty bławatka i granatu. Jednak wiodącym i najmocniej wyczuwalnym jest różany. Dzięki temu bardzo pięknie pachnie. Zapach róż unosi się po całej kuchni w momencie jej zaparzania. Miłośnikom takich aromatów powinna się ta herbata bardzo spodobać. A jeśli chodzi o dołączone do niej wiórki kokosowe, to są one tu bardziej do dekoracji, bo nie wyczuwam ich.


    Sposób parzenia:
    Łyżeczkę herbaty zalać gorącą wodą o temperaturze pomiędzy 70 st. C a 80 st. C. Czas parzenia powinien wynosić od 3 do 5 minut. Liście zielonej herbaty można parzyć dwu- lub trzykrotnie. Pierwsze parzenie powinno trwać ok. 3 min, a każde następne wydłużamy o 1 min.


    Na stronie http://sklepzherbatami.pl/ dostępne są jeszcze 4 wersje tych herbat:
    - CRIMSON - czarna herbata cejlońska, liściasta z dodatkiem kwiatów pomarańczy, płatków bławatka i amarantusa oraz nutą truskawek i róży;
    - ROMANCE - czarna herbata cejlońska, liściasta z dodatkiem kwiatów pomarańczy, róży, płatków amarantusa oraz nutą róży i bergamotki;
    - SERENE - zielona herbata cejlońska, wysokogórska, liściasta z dodatkiem jabłka, pąków jaśminu, oraz nutą płatków róży, bławatka i jabłka;
    - PEONIES - czarna herbata cejlońska z dodatkiem owoców mango, papai, płatków róży i kwiatów nagietka oraz nutą pomarańczy, truskawki, brzoskwini i ananasa.

    Lubicie zieloną herbatę?

    0 0


    Jeśli  miałabym wskazać elementy w makijażu, które są dla mnie podstawowe (takie, że jeśli robię makijaż na szybko, to bez których go sobie nie wyobrażam), byłaby to aplikacja podkładu, pomalowanie ust i brwi. To mi wystarczy - mogę już wychodzić z domu. Chciałabym się skupić dziś na brwiach - a konkretnie na kosmetykach, które do ich malowania mam. Tak się złożyło, że firmą, której kosmetyków używałam najwięcej jest Golden Rose, które w swoim asortymencie ma sporo produktów przeznaczonych do brwi.


    LONGSTAY PRECISE BROWLINER - Długotrwała konturówka do brwi
    Pojemność: 0,09 g
    Cena: 19,90 zł


    Moja przygoda z produktami do brwi marki Golden Rose rozpoczęła się od kredki do brwi. Kupiłam ją z polecenia innych blogerek no i spodobał mi się efekt jaki daje na brwiach. Zresztą trafiła ona do postu z moimi ulubieńcami z sierpnia. W sumie to zużyłam już dwie takie kredki, a teraz jestem w trakcie używania trzeciej.


    Kredka jest znacznie wygodniejsza w użyciu niż np. pomada. Nie potrzeba już dodatkowych pędzli - jest ona cieniutka i ma swój grzebyczek. Udało mi się też dopasować odpowiedni kolor - mam ją w odcieniu 101. Do tego wszystkiego jest łatwo dostępna i tania.


    LONSTAY BROW STYLING GEL - Długotrwały żel do stylizacji brwi
    Pojemność: 3,5 ml
    Cena: 19,90 zł


    Zainteresowałam się nim, ponieważ kilka znanych jutuberek, które mają kanały makijażowe, polecało ten żel. Mam z Golden Rose kredkę, którą lubię używać, więc pomyślałam, że przyda się też żel, aby ładnie przyczesać włoski. Kupiłam już wiele produktów z polecenia, dlatego też skusiłam się na ten żel. Jednak już od pierwszego użycia nie byłam zadowolona z efektów jakie daje na brwiach. Na początku myślałam, że może nie umiem go używać tak jak należy. Ale później trafiłam na masę podobnych opinii jak ta moja na jego temat. 


    Jest on trwały - brwi nim utrwalone trzymają się na swoim miejscu jak należy. Jednak jego kolor jest dla mnie zdecydowanie za ciemny. Po zastygnięciu robi się czarny i odróżnia się o włosków przez co staje się za bardzo widoczny. Dodatkowo szczoteczka nabiera zbyt dużo produktu na raz - co jeszcze pogarsza sytuacje. Sprawdzi się u osób, które mają bardzo ciemne brwi. Bo wiele osób chwali go sobie za jego długotrwały efekt. Ja jednak nie lubię po niego sięgać Wolałabym aby był bezbarwny i miał nieco mniejszą szczoteczkę.


    LONGSTAY LIQUID BROWLINER - Długotrwały płynny liner do brwi
    Pojemność: 2,8 g
    Cena: 16,90 zł


    Produkt z zamysłu jest świetny. Tylko szkoda, że w praktyce nie sprawdza się on najlepiej. Podoba mi się jego aplikator. Liner jest płynny i malujemy nim brwi za pomocą cienkiego i ostro zakończonego aplikatora z gąbki. Dzięki temu powinniśmy ładnie wyrysować brwi, a także móc dorysować pojedyncze brakujące włoski. Szkoda, że to nie działa. 


    Po pierwsze dlatego, że na aplikator nabiera się stanowczo za dużo produktu. Aby móc go używać musiałam wycierać ten nadmiar w chusteczkę, to jest dużym marnotrawstwem. Po drugie dostępny jest tylko w 4 kolorach. Niestety nie znalazłam wśród nich żadnego odpowiedniego dla mnie. Ja mam odcień 02, który jest dla mnie za ciemny i zbyt ciepły. Jest on tak mocno napigmentowany, że ciężko jest nim uzyskać naturalny efekt. Lubię mieć podkreślone brwi, ale uzyskany delikatny efekt, nie mocno wyrysowane tak jak na wielu instagramowych zdjęciach. Podobnie jak w przypadku poprzedniego produktu ten też znalazł wiele osób zachwyconych jego działaniem. Ja jednak do nich się nie zaliczam.


    EYEBROW STYLING KIT - Zestaw do stylizacji brwi
    Pojemność: wosk - 1,7 g; puder - 2 x 2,5 g
    Cena: 27,90 zł


    Zestaw ten kupiłam z ciekawości, bo już dawno nie sięgałam po produkty do stylizacji brwi w takiej formie. Od razu Wam powiem, że nie zawiodłam się na tym zestawie. Jest on fajnie przemyślany i skomponowany. Przede wszystkim znajduje się w małym i poręcznym opakowaniu. W razie potrzeby zamieszczone jest w nim też lusterko. Zestaw dostępny jest w trzech wariantach. Niby wydaje się, że to będzie za mało, jednak w każdym w środku mamy cienie do brwi w dwóch odcieniach.


    Ja kupiłam zestaw numer 02 ASH i okazał się świetnie trafiony. Dodatkowo mamy tutaj jeszcze i wosk do brwi. Ma on lekko brązowy kolor. Aplikuję go za pomocą dołączonej do zestawu malutkiej szczoteczki. Drugiej jej strony - czyli skośnie ściętego pędzelka - nie używam, ponieważ jest on fatalnie wykonany. Jest za gruby i ma nierówno rozłożone włoski. Pudry aplikuję moimi skośnie ściętymi pędzlami. Tylko ta spiralna szczoteczka z tego zestawu jest przydatna.


    Wosk można używać na dwa sposoby. Pierwszy, czyli na brwi pomalowane już cieniami. Ja rzadko to robię, ponieważ bardziej podoba mi się, gdy używam je odwrotnie. Ten drugi sposób polega właśnie na tym że aplikuje się najpierw ten wosk, a potem dopiero na niego cienie. Wosk już lekko barwi brwi, a cieniami domalowuję tylko brakujące miejsca. Lepiej się też trzymają takiej skóry pokrytej woskiem.


    Zapomniałabym jeszcze wspomnieć, że w tym zestawie znajduje się również pęsetka. Nie jest ona jakiejś powalającej jakości, ale czasem się przydaje zwłaszcza, gdy spakuje się ten zestaw do podróżnej kosmetyczki.



    Mieliście kosmetyki do malowania brwi z Golden Rose?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

     Serum to stosuje się po to, aby:
    - usuwać nadmiar zrogowaciałego naskórka,
    - rozpuszczać łój zalegający w mieszkach włosowych,
    - regulować pracę gruczołów łojowych,
    - łagodzić podrażnienia skóry.


    Główne składniki aktywne w nim użyte to: mydło kastylijskie, kwasy AHA, estry oleju z czarnej porzeczki, wiesiołka, ogórecznika i lnu. Preparat przeznaczony jest do wszystkich rodzajów skóry.

    Serum może być stosowane przez osoby dorosłe zarówno:
    1. w charakterze profilaktycznym, jak i
    2. w charakterze wspomagającym leczenie m.in. takich dolegliwości jak:
    • łupież
    • łuszczyca skóry głowy
    • świąd skóry głowy
    • grzybica skóry głowy
    • atopowe zapalenie skóry głowy (AZS)
    • łojotokowe zapalenie skóry głowy (ŁZS)
    • egzema



      Sposób użycia serum oczyszczającego:

      1. Wstrząsnąć zamkniętą buteleczką serum przed jego użyciem.
      2. Nałożyć na skórę głowy 1-2 pipety lub nasączyć płynem wacik i nanieść na całą skórę głowy.
      3. Po min. 30 minutach (lub po całej nocy - w przypadku użycia serum w charakterze profilaktycznym) od aplikacji serum zmyć je szamponem.

        Częstotliwość stosowania serum oczyszczającego BIONIGREE BASIC_01 jest uzależniona od celu jaki chce się osiągnąć:

        • w przypadku profilaktycznego stosowania kosmetyku wystarczy aplikacja raz w tygodniu. 
        • w przypadku stosowania wspomagającego m.in. przy takich dolegliwościach jak: łupież, łuszczyca, świąd skóry głowy, grzybica skóry głowy, atopowe zapalenie skóry, łojotokowe zapalenie skóry i egzemy zaleca się stosowanie od 1 do 5 razy w tygodniu.

          Trwałość produktu: serum należy zużyć w ciągu 4 miesięcy od daty otwarcia opakowania.



          Konsystencja, aplikacja i wydajność:

          Kosmetyk ma płynną konsystencję, dzięki czemu łatwiej jest go aplikować używając do tego pipety dołączonej do opakowania. Serum nakładam rozdzielając pasma włosów i wmasowując je w skórę głowy. Przy pierwszej aplikacji czuć lekkie szczypanie skóry. Nie jest to nieprzyjemne uczucie. Przy kolejnych użyciach produktu szczypanie już się nie pojawiło. Należy unikać kontaktu z oczami. W razie dostania się produktu do oczu należy obficie przemyć je wodą. Serum jest wydajne. Na razie nie widać dużego zużycia, chociaż stosuję je co drugie mycie głowy. 

          Zapach:

          Serum ma niezwykle charakterystyczny, ziołowo-kwaśny zapach, który jest dość nietypowy, nieco przypominający lekarstwo. Da się ten zapach wytrzymać, chociaż jest on tak średnio przyjemny i dość intensywny.

          Działanie:

          Serum używam od października, raz na tydzień. Efekty działania były zauważalne już po drugiej aplikacji. Produkt ma właściwości złuszczające, przeciwłupieżowe i antybakteryjne. Po takim oczyszczaniu skóra lepiej wchłania substancje odżywcze, a włosy unoszą się u nasady, optycznie zwiększając swoją objętość. Serum to również koi i łagodzi -wyeliminowało u mnie swędzenie skóry głowy i mały łupież. Podczas jego stosowania nie pojawiły się żadne skutki uboczne: podrażnienie, wysuszenie, wypadanie włosów. Zaobserwowałam, że przetłuszczanie następuje wolniej, a skóra głowy i włosy u nasady pozostają dłużej świeże.

          Koszt:

          Serum dostępne jest w dwóch pojemnościach:
          • 100 ml za 96 zł
          • 50 ml za 59 zł


          Skład INCI:

          Produkt nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego, dzięki czemu może być używany przezwegan.
          • aqua (woda) 
          • potassium oleate (oleinian potasu) 
          • potassium cocoate (sól potasowa kwasów tłuszczowych pozyskiwanych z orzecha kokosowego)
          • glycerin (gliceryna)
          • potassium citrate (cytrynian potasu)
          • citric acid (kwas cytrynowy)
          • ethyl linolenate (kwas linolenowy)
          • ethyl linoleate (kwas linolowy)
          • ethyl oleate (kwas oleinowy)
          • ethyl palmitate (kwas palmitynowy)
          • ethyl stearate (kwas stearynowy)
          • ethyl alcohol (alkohol etylowy)
          • menthol (mentol)
          • bilberry fruit extract (ekstrakt z owoców czarnej porzeczki) 
          • sugar cane extract (ekstrakt z trzciny cukrowej)
          • orange fruit extract (ekstrakt z owocu pomarańczy)
          • lemon fruit extract (ekstrakt z owocu cytryny)
          • sugar maple extract (ekstrakt z klonu cukrowego)
          • rosmarinus officinalis oil (olejek z rozmarynu lekarskiego) 
          • parfum (kompozycja zapachowa).

          Używaliście to serum oczyszczające do skóry głowy?
          Co o nim sądzicie?

            0 0


            W listopadzie dostosowałam moją pielęgnację do zimowych warunków. W tym okresie sięgam po bardziej treściwe kremy, a także po delikatniejsze kosmetyki oczyszczające, które nie będą za bardzo przesuszać skóry. Dziś o tym co się u mnie najlepiej sprawdziło w listopadzie i stanowi moją obecną podstawę pielęgnacji.

            VITAL+ACTIVES VITAMIN C 20 COLLAGEN SUPPORT serum do twarzy


            W październiku skończyło mi się serum SENSATIA BOTANICALS z olejem z drzewa herbacianego. Kupiłam je w TkMaxx, dlatego znów się tam udałam z nadzieją, że może będą jeszcze mieć takie samo. Nie mieli. Ale znalazłam inne, które mnie zainteresowało - a mianowicie VITAL+ACTIVES VITAMIN C 20 COLLAGEN SUPPORT serum do twarzy. Firma ta jest mi nieznana. Na opakowaniu zawarte są informacje, że jest to produkt wyprodukowany w Stanach Zjednoczonych, a także cruelty free. Używam je od początku listopada i tak się składa, że odkryłam kolejny fajny produkt.


            Serum aplikuje się na czystą twarz - po wykonanym oczyszczaniu. Potem można posmarować się jeszcze kremem. Miałam już do czynienia z serum z witaminą C. Były one w formie płynnej, co sprawiało nieco problemów z aplikacją, bo przeciekały przez palce, a potem i po skórze w trakcie rozsmarowywania. Powodowało to straty produktu. Serum, które teraz używam jest w formie żelowej - dlatego znacznie prościej się je rozsmarowuje. Wystarczą dwie jego pompki do aplikacji na twarz, szyję i dekolt. Jest bardzo wydajne. Używam je codziennie już od miesiąca, a zużycie jest niewielkie. Buteleczka o pojemności 30 ml kosztowała ok. 50 zł.



            VALCENA PARIS kremowy delikatny peeling FACE SCRUB


            Będąc w TkMaxx natknęłam się również na produkt francuskiej firmy, który mnie bardzo zaciekawił. Nie sięgam zbyt często po peelingi mechaniczne. Moja skóra lepiej znosi enzymatyczne. Jednak ten okazał się bardzo dobry, a zarazem delikatny dla skóry. Przeznaczony jest do każdego typu cery. Zawiera bardzo drobniutkie mikrogranulki, które usuwają zrogowaciały naskórek. Aplikujemy go na wilgotną skórę twarzy i masujemy delikatnymi ruchami - omijając okolice oczu. Potem spłukujemy wodą. Po jego użyciu skóra jest miękka i gładka. Nie jest zaczerwieniona ani podrażniona.



            VIANEK NAWILŻAJĄCA EMULSJA MYJĄCA DO TWARZY z ekstraktem z lipy

            Bardzo długo używałam czarne mydło do mycia twarzy. Stanowczo zbyt długo. Moja skóra za bardzo się do niego przyzwyczaiła i nie było już tego efektu WOW, który mnie przyciągnął do tego produktu. Po jego zużyciu potrzebowałam czegoś innego. Czegoś bardziej odpowiedniego do stosowania przez okres zimowy. Tak się złożyło, że udało mi się taki kosmetyk znaleźć. Jest nim właśnie emulsja myjąca do twarzy marki Vianek.


            Jest to świetna alternatywa dla żelu myjącego. Dobrze oczyszcza skórę, a zarazem nie pozostawia uczucia suchości czy "ściągnięcia". Sporo w tym zapewne jest zasługą kremowej konsystencji. Nie obciąża skóry, ani nie pozostawia na niej tłustego filmu. Po prostu skóra jest nieprzesuszona i nie trzeba jej od razu smarować kremem, aby poczuć ulgę. Emulsja jest bardzo delikatna, ale jednocześnie skutecznie oczyszcza skórę. Wersja którą posiadam przeznaczona jest do skóry suchej i wrażliwej. Ja z powodzeniem używam ją przy mojej mieszanej cerze. Dzięki tej emulsji łagodzi się również problem nadmiernego wydzielania sebum w strefie T. Znajduje się w wygodnym opakowaniu z pompką. Mimo niedużej pojemności (150 ml) jest bardzo wydajna. Ja stosuję ją dwa razy na dzień i przez miesiąc jej zużycie jest niewielkie.
            SKŁAD INCI:Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycerin, Cetyl Alcohol, Urea, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Tilia Platyphyllos Flower Extract, Panthenol, Triticum Vulgare Germ Oil, Glyceryl Oleate, Stearic Acid, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Xanthan Gum, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid.


            VIANEK INTENSYWNIE NAWILŻAJĄCY KREM DO TWARZY NA NOC z ekstraktem z robinii akacjowej

            Krem ma ciekawą konsystencję. Jest on bardzo treściwy, ale zarazem dość lekki i szybko się wchłaniający. Stosuję go na noc, ponieważ w okresie zimowym moja skóra potrzebuje intensywniejszej regeneracji. Rano skóra jest wypoczęta, odpowiednio nawilżona, po oczyszczeniu jej (wyżej wspomnianą emulsją) aplikuję tylko lekki krem na dzień i przystępuję do wykonania makijażu. 


            Dzięki dobrym właściwościom nawilżającym tego kremu marki Vianek oraz regularnym peelingom nie mam problemu z suchymi skórkami, ani z zaczerwienioną skórą. Do tego wszystkiego ma fajny skład. Znajduje się w higienicznym opakowaniu z pompką. Szkoda tylko, że nie widać ile go zostało, bo trudno przewidzieć kiedy się skończy. Ma przyjemny zapach. Spełnia swoje zadanie i moje oczekiwania wobec kremu nawilżającego.
            SKŁAD INCI: Aqua, Glycine Soja Oil, Urea, Triticum Vulgare Germ Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Robinia Pseudoacacia Flower Extract, Glyceryl Stearate, Coco-Caprylate, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Sodium Lactate, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid.

            Mieliście któryś z tych kosmetyków?
            Jacy są Wasi ulubieńcy kosmetyczni w tym miesiącu?

            0 0

            Bardzo lubię stosować płyny micelarne. Stanowią one u mnie ważny etap w demakijażu. Nie wyobrażam sobie, abym nie miała jakiegoś pod ręką. Jednak trafiłam na płyn micelarny, który nie do końca spełnia swoją rolę. To znaczy nie jest to bubel, ale ja stosują go raczej jako tonik, niż produkt do demakijażu. Mowa tu o: LIRENE PURE and CALM płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z D-panthenolem. Producent zapewnia, że: 
            • usuwa makijaż i uwalnia skórę od zanieczyszczeń;
            • koi, łagodzi podrażnienia i regeneruje; 
            • nawilża i odświeża. 


            Niestety muszę stwierdzić, że jest to najgorszy płyn micelarny służący do demakijażu jaki miałam. Zupełnie nie daje sobie rady. Zamiast rozpuszczać kosmetyki i zbierać je na waciku podczas oczyszczania, ten produkt rozmazuje je na skórze. Próbowałam używać go na różne sposoby. Na początku do wstępnego zmycia makijażu. Standardowo nasączony nim wacik trzymałam przyłożony przez chwilę do powieki, następnie chciałam zebrać nim makijaż, ale rozcierał się on tylko po skórze. Chciałabym tu zaznaczyć, że taka sytuacja miała miejsce przy zmywaniu "normalnych" kosmetyków - z wodoodpornymi radzi sobie jeszcze gorzej. 


            Potem pomyślałam, że zacznę używać go na makijaż już wcześniej rozpuszczony innymi kosmetykami. Tym micelem chciałam tylko domyć jakieś pozostałości - jednak też bezskutecznie. W końcu dałam sobie z tym spokój. Zaczęłam używać wodoodporny tusz, więc i tak kupiłam dwufazowy płyn z Nivea, który świetnie się do demakijażu nadaje.


            Micel z Lirene zaczęłam używać po prostu jako tonik, ponieważ spełnia pozostałe obietnice producenta. Przydaje się, aby przywrócić odpowiednie pH skóry. A także aby ją ukoić i złagodzić, gdy jest zaczerwieniona po demakijażu. Ja rzadko wyrzucam kosmetyki (tylko jak mnie bardzo podrażnią lub jakoś inaczej zaszkodzą). Dlatego zużyję ten produkt do końca, jednak nie kupię już następnego. Popatrzyłam też z ciekawości na jego opinie w internecie i wiele osób ma o nim podobne zdanie co ja. 


            A Wy mieliście może ten płyn micelarny?
            Co o nim sądzicie?

            0 0
          • 12/23/17--12:38: WESOŁYCH ŚWIĄT !!!
          •  
            Serdeczne życzenia świąteczne - wielu radosnych doznań z okazji Bożego Narodzenia, 
            wszystkiego co najlepsze w każdym dniu nadchodzącego Nowego Roku!

            0 0

            Nie było mnie tutaj chwilę... Dość sporą chwilę. Jednak w grudniu przypatoczyło się choróbsko. Panuje teraz jakiś taki wirus, przez który leczyłam się trzy tygodnie. Teraz wracam powoli do sił i do blogowania. Takie długie chorowanie odbija się też na skórze. Moja zrobiła się bardziej wrażliwa i zaczerwieniona niż do tej pory, potworzyło się też na niej sporo podskórnych grudek. Na szczecie moja skóra również powoli dochodzi już do siebie. A pomagają mi w tym regularne peelingi oraz stosowanie masek. Jedną z nich jest L'Oreal Paris Maska Czysta Glinka przeciw niedoskonałościom Mam ją z GoldenBox numer 2.


            Maska ma dobrą konsystencję. Jest nie za gęsta, ani za rzadka, w związku z czym wygodnie się ją nakłada i rozprowadza po skórze. Z czasem powoli zastyga, ale nie na twardą skorupę, dlatego potemłatwo się zmywa. Jeśli chodzi o jej działanie, to fajnie matowi twarz, a skóra po jej użyciu jest miękka i gładka. Maska nie powoduje podrażnień, ani zaczerwienienia, ale producent zaleca omijać okolice oczu w trakcie jej aplikacji. Pomogła poprawić kondycję mojej skóry - widzę to zwłaszcza po tym jak po chorobie skóra wraca do dobrego stanu jaki był wcześniej. Nie mam problemu z rozszerzonymi porami, więc ciężko jest mi wypowiedzieć się czy maska ta działa coś w tej kwestii.


            Ma krótki czas aplikacji - wystarczy ok. 10 minut potrzymać ją na skórze. Takie maski też się przydają, zwłaszcza gdy ma się mało czasu na ich użycie. Ja jednak trzymam ją na skórze trochę dłużej. A robię to tak, że aplikuję ją na oczyszczoną skórę, a potem idę się relaksować biorąc kąpiel w wannie. Zanim się wymyję, a potem powycieram i ubiorę, to akurat mija ten czas co uważam, że mogę już zmyć maskę.


            Jej wydajność zależy od częstotliwości stosowania i ilości maski aplikowanej na skórę. Według opisu producenta powinna wystarczyć na 10 aplikacji, po 2-ie na tydzień. Ja właśnie tyle razy ją użyłam i zostało mi jej jeszcze tyle, ile widać na zdjęciach. Nakładam ją cienką warstwą, dlatego przypuszczam, że to, co zostało powinno wystarczyć mi jeszcze na około 5 użyć. Czyli można powiedzieć, że jest wydajna. Ma pojemność 50 ml, kosztuje ok. 35 zł.


            W masce przeciw niedoskonałościom Czysta Glinka zostały zastosowane 3 mineralne glinki oraz ekstrakt z alg morskich, by redukować zaskórniki i zwężać pory, nie wysuszając przy tym skóry:
            • kaolin - glinka o wysokiej zawartości krzemianów, która doskonale absorbuje zanieczyszczenia i nadmiar sebum,
            • montmorylonit - glinka niezwykle bogata w minerały pomaga zredukować niedoskonałości,
            • ghassoul - glinka o wysokiej zawartości oligoelementów rozjaśniających skórę,
            • moc alg morskich - naturalny składnik aktywny pochodzenia roślinnego, znany ze swoich właściwości redukujących zaskórniki.

            SKŁAD INCI: Aqua/Water, Kaolin, Glycerin, Alcohol Denat., Isononyl Isononanoate, Cetearyl Alcohol, Mica, CI 77891/Titanium Dioxide, Stearic Acid, Stearyl Alcohol, Zinc Sulfate, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Glucoside, Sodium Hydroxide, Laminaria Saccharina Extract, Pyridoxine HCI, Myrystic Acid, Palmitic Acid, Moroccan Lava Clay, Capryloyl Glycine, Xanthan Gum, Montmorillonite, Butylene Glycol, Tocopherol, Phenoxyethanol, CI 77499/Iron Oxides, CI 77510/Ferric Ferrocyanide, Linalool, Limonene, Parfum/Fragrance (F.I.L. B207877/1).

             
            Mieliście tą maskę, a może którąś z pozostałych z tej serii?
             Co o nich sądzicie? 

            Tak przy okazji, to dostępna jest obecnie trzecia odsłona pudełek GoldenBox i zastanawiam się czy ją kupić? A Wam podoba się ich zawartość?

            0 0


            Czas na kosmetyczne podsumowanie 2017 roku. Chociaż moja pielęgnacja jest bardzo minimalistyczna, to i tak ciężko było mi wytypować tych 5 najlepszych kosmetyków, bo znalazłoby się ich więcej. Chciałam jednak wybrać kosmetyki, które używało mi się najlepiej, takie które wniosły pozytywne zmiany do mojej codziennej pielęgnacji. Niektórych z nich zużyłam już kilka opakowań, a niektóre poznałam dopiero końcem roku, ale zamierzam do nich regularnie powracać.


            1. LIRENE Pure and Matt płyn micelarny z minerałami z Morza Martwego

            Do demakijażu sięgam najczęściej po płyn micelarny. We wcześniejszych latach królowała u mnie Bioderma, ale w tym roku wypróbowałam micel z Lirene i stwierdziłam, że będę sięgać po niego częściej. Przeznaczony jest do każdego typu cery. Jego działaniu nie mam nic do zarzucenia. Skutecznie usuwa makijaż i odświeża skórę. Jest również wydajny. Po opakowanie dość spore, bo pojemności 400 ml, sięgałam często, a wystarczył mi na kilka miesięcy. Do tego nie podrażnia skóry, sprawdza się też jako tonik.


            2. NORELtonik żelowy z kwasem migdałowym

            Stosuję go wieczorem - już po demakijażu, a potem aplikuję na niego jeszcze krem nawilżający. Tonik ten zawiera niewielkie stężenie kwasu migdałowego, więc nie wymaga zastosowania neutralizatora, jednak swoje zadanie robi. Bardzo delikatnie złuszcza skórę, przyspiesza też gojenie wyprysków. Dodatkowo ładnie rozjaśnia skórę i nadaje jej bardzo świeży wygląd. Nie stosuję go jednak codziennie, tylko tak co 2-3 dni. W pozostałe dni jako tonik używam płyn micelarny.



            3. Clarena Hyaluron 3D Elixir krem do twarzy

            Krem ten dedykowany jest osobom ze skórą suchą i wrażliwą. Ja mam cerę mieszaną, ale u mnie też się dobrze sprawdza. Moja skóra lubi kremy o formułach lekkich, ale jednocześnie mocno nawilżających. Źle się u mnie sprawdzają kremy typowo przeznaczone do cery mieszanej, bo przeważnie za bardzo wysuszają mi skórę. Krem z Clareny lubię za to, że przyjemnie się go używa, szybko się wchłania i nie roluje się. A przy tym dobrze nawilża skórę. Zużyłam już kilka jego opakowań.


            4. Mydło czarne

            To miałam akurat z NACOMI. Jednak wcześniej miałam innych marek i też były dobre. Chodzi o to, aby było to mydło czarne. Myłam nim skórę zaraz po tym jak rano wstawałam, a także po popołudniowym demakijażu. Bardzo dokładnie oczyszcza ono skórę. Dodatkowo nie podrażnia jej i jest bardzo wydajne. Używałam je też jako peeling enzymatyczny, czyli namydlałam na skórze, a potem zostawiałam tak przez kilka minut przed spłukaniem. Daje działanie peelingujące, ale jest ono bardzo delikatne i dla niektórych może być niezauważalne. Jedyną jego wadą jest to, że w trakcie spłukiwania  może szczypać w oczy.


            5. BIONIGREE BASIC_01 serum oczyszczające do skóry głowy

             Serum to stosuje się po to, aby:
            - usuwać nadmiar zrogowaciałego naskórka,
            - rozpuszczać łój zalegający w mieszkach włosowych,
            - regulować pracę gruczołów łojowych,
            - łagodzić podrażnienia skóry.
            Używam je od października, raz na tydzień. Efekty działania były zauważalne już po drugiej aplikacji. Produkt ma właściwości złuszczające, przeciwłupieżowe i antybakteryjne. Serum to koi i łagodzi,wyeliminowało u mnie też mały łupież. Podczas jego stosowania nie pojawiły się żadne skutki uboczne. Zaobserwowałam, że dzięki niemu przetłuszczanie następuje wolniej, a skóra głowy i włosy u nasady pozostają dłużej świeże.

             A Wy macie swoich ulubieńców pielęgnacyjnych z 2017 roku?

            0 0


            W kosmetycznym podsumowaniu minionego roku chciałabym też skupić się na kosmetykach do makijażu. Dzięki poleceniom innych blogerek odkryłam fajny podkład do twarzy, kilka dobrych tuszy do rzęs, świetną pomadkę w płynie, a także konturówkę do brwi. To są te kosmetyki, po które sięgałam najczęściej, ponieważ ich używanie sprawiało mi najwięcej radości z uzyskiwanych efektów.

            1. DR IRENA ERIS - PROVOKE MATT FLUID



            Testowałam już wiele podkładów. Mam wśród nich kilku ulubieńców, a w 2017 roku dołączył do tego grona Provoke. Rzadko mi się zdarza, aby zużyć całe opakowanie podkładu, aż do samego dna - a tak stało się właśnie z tym produktem. Bardzo przyjemnie mi się go używało, ponieważ po pierwsze ma mocne krycie, po drugie nie przesusza mojej skóry, a po trzecie jej nie zapycha. Polecam go osobom z cerą mieszaną, które lubią efekt matu na skórze. Odcień numer 210 jest do mnie idealnie dopasowany - przy moim bladym odcieniu karnacji nie muszę go rozjaśniać.



            2. LILY LOLO - NATURALNY TUSZ DO RZĘS



            Zeszły rok obfitował u mnie w odkrycia świetnych tuszy do rzęs. Takich, które ładnie podkreślają i rozdzielają rzęsy, mają fajne szczoteczki, są trwałe, a do tego nie bardzo drogie. Do takich tuszy należą na przykład te marki Eveline. Miałam ich kilka w różnych wariantach i na żadnym się nie zawiodłam. Jednak jakbym miała wybrać ten jeden najbardziej ulubiony, to będzie to tusz marki LilyLolo.


            3. ZOEVA - PURE VELOUR LIPS



            Nie spodziewałam się, że tak polubię matowe pomadki do ust. W zeszłym roku najczęściej sięgałam po te płynne. Dwie moje najulubieńsze to Golden Rose Liquid Matte Lipstickoraz Zoeva Pure Velour Lips. Sami popatrzcie jakie to piękne kolory. Obie dobrze kryją, posiadają aksamitne półmatowe wykończenie i są bardzo trwałe. A dodatkowo równomiernie ścierają się z ust, pozostawiając na nich delikatną mgiełkę koloru, która utrzymuje się jeszcze przez kilka godzin. Jakbym miała zdecydować się na jedną z nich, to wybrałabym tą marki Zoeva, dlatego, że nie jest taka sucha na ustach jak ta z Golden Rose. Pure Velour Lips przyjemnie się "nosi", nawet zimą nie ma z nią problemu. Po pomadce z Golden Rose usta są bardziej suche i muszę używać pod nią pomadkę bezbarwną, aby niwelować ten efekt.




            4. GLAMSHOP - PALETA CIENI GLAM BOX EDYCJA II Strefa komfortu



            GlamShop stworzyła Hania z kanału DigitalGirl. Obserwuję ją już od dawna i widziałam jaki wielki rozwój swojej marki poczyniła. Zaczynała od paletek magnetycznych (czy ktoś je jeszcze pamięta?), a teraz ma w ofercie pędzle, cienie, róże, bronzery, pudry, itd. Dość późno skusiłam się na kupienie i przetestowanie kilku jej produktów. A postawiłam głównie na cienie do powiek. W zeszłym roku kupiłam paletkę cieni GLAM BOX EDYCJA II Strefa komfortu. Głównie dlatego, że zawiera cienie w neutralnej kolorystyce - takie, które są podstawowe przy tworzeniu makijaży dziennych. Jest tam cień cielisty, różne odcienie brązów, a także dwa beztalkowce wpadające w pomarańcz i bordo. Chętnie sięgam po tą paletę i uważam ją za udany zakup. W palecie znajduje się 10 cieni o różnym wykończeniu: są matowe i satynowe. Cienie mają przyzwoitą pigmentację, dobrze się aplikują i blendują. Ich trwałość też jest dobra, ale zawsze aplikuje je na bazę.



            5. GOLDEN ROSE LONGSTAY PRECISE BROWLINER - długotrwała konturówka do brwi



            Moja przygoda z produktami do brwi marki Golden Rose rozpoczęła się od tej kredki do brwi. Kupiłam ją z polecenia innych blogerek no i spodobał mi się efekt jaki daje. W sumie to zużyłam trzy takie kredki, ponieważ są one znacznie wygodniejsze w użyciu niż np. pomady. Nie potrzeba już dodatkowych pędzli - kredka jest cieniutka i ma swój grzebyczek. Udało mi się też dopasować odpowiedni kolor - miałam ją w odcieniu 101. Do tego wszystkiego jest łatwo dostępna i tania.


            A Wy macie swoich ulubieńców wśród kosmetyków do makijażu z 2017 roku?

            0 0


            W zeszłym roku trafiłam również na kilka kosmetyków, które bardzo mnie rozczarowały swoim działaniem. Po krążących o nich opiniach spodziewałam się czegoś więcej, a w przypadku wielu okazywało się, że u mnie nie działają. O kilku z nich pisałam już na blogu. Jednak pojawią się w tym poście i takie, o których jeszcze nic nie wspominałam.

            1. CZARNA MASKA PILATEN


            Maska ta jest dla wielu wielkim hitem. Została okrzyknięta "zabójcą wągrów" - dzięki zawartości węgla z bambusa w składzie oraz sposobu jej aplikacji. Na początku była trudno dostępna. Ja przeczekałam ten czas i kupiłam ją jak już minęło jej pięć minut sławy. Zaopatrzyłam się w nią w Hebe - bez problemu, a dodatkowo jeszcze była w promocyjnej cenie.


            Widziałam sporo filmików jak świetnie pozbywa się wągrów ze skóry. Maska ma gęstą, kremową konsystencje i jest koloru czarnego. Po aplikacji dość szybko zastyga na skórze - po odczekaniu ok. 10-15 minut należy ją zerwać. Dzięki temu wyciągnięte mają zostać wągry. Aplikowałam ją tylko na nos i brodę, ponieważ czytałam relacje osób, które użyły ją na całą skórę twarzy (tak jak maseczkę), a potem miały problem, ponieważ wyrywała im też meszek z twarzy. Było to bardzo nieprzyjemne i bolesne. Lepiej też jest aplikować ją grubszą warstwą - wtedy lepiej się ją zrywa.


            Przed użyciem maski Pilaten należy odpowiednio przygotować skórę - czyli nieco ją rozpulchnić (np. zrobić "parówkę" lub przyłożyć ciepły kompres) w celu rozszerzenia porów. Wtedy zanieczyszczenia lepiej dają się wyciągnąć w momencie odrywania zastygniętej maski ze skóry. Niestety maska ta bardzo słabo to robi, dlatego jest dla mnie tak dużym rozczarowaniem minionego roku. Do tego od kiedy stała się znacznie łatwiej dostępna, to zaczęło pojawiać się sporo negatywnych opinii na jej temat - zwłaszcza dotyczących jej niezbyt dobrego składu. 


            2. ALTERRA - balsam dezodorujący Melisa i Szałwia

             


            Od pewnego czasu sięgam po dezodoranty o dobrym i naturalnym składzie - po prostu takie dobrze się u mnie sprawdzały. Dlatego sięgnęłam po ten marki Alterra - chciałam wypróbować jakiś inny niż do tej pory, a także dlatego, że lubię ich szampony. Niestety na dezodorancie zawiodłam się. Nie jestem zadowolona z jego działania (w właściwie jego braku). Szkoda, że nie poczytałam o nim opinii przed zakupem, ponieważ zbiera wiele niepochlebnych. Na szczęście nie spowodował u mnie żadnego podrażnienia skóry. Po prostu nie chroni przed brzydkim zapachem. Nie mam problemów z nadmierną potliwością, a po jego użyciu czułam wokół mnie zapach potu. Dodatkowo ma swój charakterystyczny zapach, który gryzie się z moimi perfumami. Po prostu je zagłusza i obrzydza mi ich zapach. Jednym słowem - masakra!


            3. BOURJOIS Healthy Mix Anti-fatigue korektor

             


            Niestety ma on bardzo słabe krycie. Ja mam problem z fioletowymi sińcami pod oczami, a on nie daje rady tego zakryć. Wiem, że jest to korektor pod oczy, jednak próbowałam używać go też na inne partie twarzy. Tutaj również się nie nadaje z powodu zbyt lekkiego krycia. Jedynie podoba mi się w nim to, że jest bardzo lekki oraz ma ładny żółtawy odcień, który wpasowuje się w tonację mojej skóry. Mam go w kolorze najjaśniejszym, czyli 51 Clear / Light. Zużywam go obecnie jako bazę pod cienie, ponieważ ujednolica koloryt powieki i okazało się, że cienie nawet całkiem nieźle się go trzymają. 



            4. LIRENE płyn micelarny PURE and CALM



            Bardzo lubię stosować płyny micelarne. Stanowią one u mnie ważny etap w demakijażu. Nie wyobrażam sobie, abym nie miała jakiegoś pod ręką. Jednak trafiłam na płyn micelarny, który nie do końca spełnia swoją rolę. To znaczy nie jest to bubel, ale ja stosują go raczej jako tonik, niż produkt do demakijażu. Niestety muszę stwierdzić, że jest to najgorszy płyn micelarny służący do demakijażu jaki miałam. Zupełnie nie daje sobie rady. Zamiast rozpuszczać kosmetyki i zbierać je na waciku podczas oczyszczania, ten produkt rozmazuje je na skórze. Próbowałam używać go na różne sposoby, jednak nadaje się tylko do stosowania jako tonik.


            5. GUERLAIN Mascara La Petite Robe Noire 

             

            Mam ją z drugiej edycji pudełka GoldenBox. Spodobała mi się jego zawartość właśnie między innymi dzięki tej maskarze. Jej formuła i ciekawy kształt szczoteczki mają sprawiać, że pomaluje każdą rzęsę z osobna, pogrubi je, wydłuży i podkręci. A do tego znajduje się w bardzo ładnym i elegancko wyglądającym opakowaniu.


            Bardzo chciałam ją wypróbować, bo na co dzień sięgam po dość tanie tusze do rzęs, na przykład te z Wibo czy Eveline. Bardzo dobrze się u mnie one sprawdzały, jednak chciałam spróbować też jakiegoś z wyższej półki. Trafiła mi się maskara marki Guerlain, która kosztuje ok. 140 zł. Zaczęłam ją używać i okazało się, że rzęsy po pomalowaniu wyglądają bardzo biednie - są takie cieniutkie, ciężko jest je pogrubić, bo szybko zastyga, więc trudno jest zaaplikować drugą jego warstwę. 


            Ta dziwna szczoteczka też się nie sprawdziła - po prostu źle mi się ją używa. Jest mało praktyczna, bo cały czas brudzę nią sobie powieki i skórę wokół oczu. Używam ją już ok 3 miesiące, (miałam nadzieję, że może z czasem będzie lepiej), jednak czuję, że raczej miłości z tego nie będzie.

            A Wy mieliście któryś z tych kosmetyków?
            Jak się u Was sprawdziły?
            Co o nich sądzicie?

          older | 1 | .... | 28 | 29 | (Page 30) | 31 | newer