Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Witajcie w moim kosmetycznym świecie !!! Mam nadzieje, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie :))

older | 1 | .... | 29 | 30 | (Page 31)

    0 0

    Kremów do rąk zawsze zużywam kilka na raz. Głównie dlatego, że trzymam je w wielu miejscach. Po umyciu rąk skóra robi się bardzo sucha. Dla mnie jest to bardzo nieprzyjemne uczucie i muszę od razu się posmarować kremem. Dlatego jeden mam w pokoju, jeden w torebce, jeden w łazience, itd. W styczniu zaczęłam używać dwa kremy, które są dla mnie nowością. Okazało się, że z ich wyborem trafiłam w dziesiątkę. Bardzo je polubiłam i chętnie po nie sięgam.


    Jeden jest z Evree. Już wiele dobrych kremów do rąk tej marki miałam. Często do nich powracam i dalej tak samo jestem z nich zadowolona. Te które kupuję najczęściej to:
    - EVREE DEEP MOISTURE głęboko nawilżający krem do rąk
    - EVREE INSTANT HELP krem ratunek dla rąk
    - EVREE MAX REPAIR regenerujący krem do rąk

    W styczniu jednak skusiłam się na inny krem tej marki: EVREE LASTING MOISTURE, czyli długotrwale nawilżający kem do rąk do przesuszonej i odwodnionej skóry - i nie zawiodłam się. Krem ten jest bardzo treściwy, ale nie jest za gęsty. Dobrze się go rozsmarowuje, ale chwilkę trzeba poczekać zanim się wchłonie. Potem pozostawia na skórze taki delikatny ochronny film. Z tego powodu nie lubię go używać w ciągu dnia, ponieważ gdy trzeba coś chwycić, to zostawiam na tym tłuste ślady kremu. 


    Krem ten przynosi ogromną ulgę skórze dłoni zwłaszcza zimą. Staram się zawsze nosić rękawiczki, gdy jest ujemna temperatura, jednak mimo to skóra staje się bardziej sucha. Dlatego lubię go używać na noc - na taką mocniejszą regenerację skóry. Smaruje im dłonie tuż przed tym jak idę spać, a rano skóra jest w znacznie lepszej kondycji.

    SKŁAD INCI:Aqua/Water, Isopropyl Isostearate*, Glycerin*, Urea, Isopropyl Myristate, Cetearyl Alcohol*, Glyceryl Stearate Citrate*, Isohexadecane, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil*, Hydrogenated Castor Oil*, Ethylhexyl Palmitate, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax*, Caprylic/Capric Triglyceride*, Ethylhexylglycerin, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Sodium Hyaluronate, Lanolin*, Pentaerythrityl Distearate, Crambe Abyssinica (Abyssinian) Seed Oil*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Allantoin, Lactic Acid, Disodium EDTA, Panthenol, PEG-8, Phenoxyethanol, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Parfum, Benzyl Salicylate, Geraniol, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Citronellol, Limonene.
    *składnik pochodzenia naturalnego



    Drugi to Naturalny krem do rąk YOPE w wersji SZAŁWIA I ZIELONY KAWIOR. Do tej pory miałam mydło do rąk tej marki, ale jak poszerzyli swój asortyment o kremy, to też postanowiłam je wypróbować. Krem ten przeznaczony jest do skóry suchej. Główne jego składniki to olejki roślinne, masło shea oraz witamina E. Do kremu dodany też został ekstrakt z szałwii lekarskiej, który działa przeciwzapalnie oraz zielony kawior, czyli ekstrakt z alg morskich, który ma za zadanie wygładzać skórę.


    Ma bardzo przyjemny, lekko ziołowy zapach. Jest to krem o bogatej konsystencji, ale zarazem bardzo lekki. Szybko się wchłania - właściwie już w trakcie rozsmarowywania go po skórze. Dlatego bardzo polubiłam używać go na co dzień i nam go przy sobie w torebce. Pracuję w biurze i mam dużo papierkowej roboty. Potrzebowałam kremu, który się szybko wchłania, aby nie pobrudzić nim dokumentów. A Szałwia i zielony kawior taki właśnie jest. Do tego dobrze nawilża skórę i ma niezły skład.

    SKŁAD INCI:Aqua, Olea Europaea Fruit Oil, Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Cetearyl Glucoside, Sorbitan Olivate, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Glyceryl Stearate, Isononyl Isononanoate, Cetearyl Alcohol, Phenoxyethanol, Tocopheryl Acetate, Argania Spinosa Kernel Oil, Caulerpa Lentillifera Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Parfum, Xanthan Gum, Lactic Acid, Ethylhexylglycerin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citronellol, Geraniol, Limonene, Linalool.


    Jedyne czego w nim nie lubię to opakowanie. Jest to metalowa tubka, z której na początku wyciska się zbyt dużo produktu. Jak już się chwilę używa ten krem i zmniejszy się jego ilość w opakowaniu, to jest już lepiej. Niestety denerwuje mnie też jego zakrętka. Trudno się ją zakręca i nieraz dość długo się z tym meczę.


    Mieliście któryś z tych kremów ???
    Co o nich sądzicie ???

    0 0

    Rzadko zdarza mi się kupić produkt nie sprawdzając o nim opinii, a w dodatku dlatego, że spodoba mi się jego opakowanie. No popatrzcie sami czyż ten tusz do rzęs nie wygląda uroczo? Takie minimalistyczne opakowanie w kolorze różowego złota - no po prostu nie mogłam się oprzeć pokusie. Bardzo mi się podoba ten kolor i lubię mieć różne takie dodatki.


    Bohaterem dzisiejszego opisu jest Tusz pogrubiająco - wydłużający SMOKEY LASHES MASCARA marki GOLDEN ROSE. Miałam już różne ich kosmetyki (kredki i pomady do ust i do brwi), ale nie wiem czemu tusz kupiłam dopiero pierwszy raz. Ma on 9 ml pojemności i kosztuje ok 16 zł. 


    Tusz ma standardową, niesilikonową szczoteczkę. Ja lubię te silikonowe, ale od czasu do czasu sięgam też i po tusze z takimi zwykłymi aplikatorami. Jak daje radę ładnie pomalować rzęsy - to używam. Smokey Lashes Mascara dobrze podkreśla rzęsy, a także pogrubia je i rozdziela. Daje efekt tak dobry jak niejedna droga mascara, więc czemu przepłacać. Kształt szczoteczki pozwala precyzyjnie dotrzeć do każdej rzęsy. Dobrze maluje się nią te w kącikach oraz te dolne. Używam go już miesiąc i jestem z niego zadowolona. Ważne jest też to, że nie osypuje się pod oczami w ciągu dnia. Przetestowałam go w duże mrozy i też się dobrze spisał. Łzawiły mi trochę oczy z powodu zimna, ale tusz nie pokruszył się, ani nie rozmazał chociaż jest zwykły (niewodoodporny). 


    Na rzęsach prezentuje się ładnie. Daje mocny, czarny kolor. Tak wygląda po dziewięciu godzinach od pomalowania. Rano jest słabe światło na robienie zdjęć. Te do posta wykonałam dopiero po powrocie z pracy, ale dzięki temu lepiej jest zobrazowane jak dobrze się trzyma ten tusz. Już jedna jego warstwa wystarczy, aby dobrze pogrubiał rzęsy. W przypadku tego tuszu nie aplikuję już drugiej.


    Ja jestem z niego bardzo zadowolona. Ma tylko jedną wadę - na początku trochę zbyt dużo nabiera się go na szczoteczkę. Przez pierwszy tydzień musiałam go trochę ścierać przed aplikacją na rzęsy, ponieważ nałożony w zbyt dużej ilości skleja je. Na początku jest też zbyt lepki. Ale to dobrze, ponieważ on z czasem troszkę zasycha stając się idealny - dzięki temu powinien dłużej zachować swoje właściwości. Tusze, które dobre są już od pierwszego użycia przeważnie bardzo szybko zastygają. 

    Mieliście ten tusz?
    Co o nim sądzicie?

    0 0

    Słowem kluczem dzisiejszego postu jest "PRAWIE". Pojawi się ono tutaj kilka razy i okaże się, że prawie robi wielką różnicę. Od pewnego czasu naszło mnie na testowanie wcześniej nieznanych mi płynów micelarnych. Na razie ma to mizerne skutki, ponieważ nie natrafiłam na żaden, który by sprostał moim oczekiwaniom. A nie są one aż tak wielkie. Wystarczy by usuwał makijaż i nie podrażniał. Mój najnowszy nabytek to CLOCHEE Relaksujący płyn micelarny. Ciekawiła mnie ta firma, nie miałam jeszcze żadnego ich produktu, a zachciałam wypróbować ten micel. Okazał się on bardzo dobry pod wieloma względami. Jednak ostatecznie mogę o nim powiedzieć, że więcej go nie kupię.


    Na opakowaniu tego produktu jest napisane, że przeznaczony jest do usuwania makijażu twarzy i oczu. Tak też działa. Używam go do demakijażu i jest w tym bardzo skuteczny. Dobrze radzi sobie z rozpuszczaniem tuszu, cieni, podkładu. Ładnie schodzą ze skóry po przetarciu jej wacikiem nasączonym tym micelem. Nie rozmazuje ich po skórze (nie robi z nas tzw. pandy). W tym zakresie nie mam mu nic do zarzucenia.


    Jest polecany osobom ze skórą naczyniową. Ma wpływać też korzystnie na cerę dojrzałą. A to wszystko zawdzięcza swoim składnikom. Dzięki zawartości hydrolatu z róży damasceńskiej ma działanie przeciwzapalne, łagodzące, odmładzające i poprawia elastyczność skóry. Wzmacnia też naczynka krwionośne, wygładza, matuje i oczyszcza. Natomiast hydrolat z kwiatu pomarańczy jest polecany do cery wrażliwej i naczyniowej, ponieważ działa antyoksydacyjnie, regeneruje i wspomaga walkę z przedwczesnym starzeniem.
    Skład INCI:
    Potassium Sorbate***, Citric Acid***, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate*, Sodium Dehydroacetate***, Rosa Damascena Flower Extract**, Glycerin**, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate*, Citrus Aurantium Amara Flower Water**,Sodium Benzoate***, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Aqua**
    *Certified Organic, 
    **Natural Raw Materials,  
    ***Components of Natural Essential Oils


    Ma bardzo delikatny i subtelny zapach. Nie podrażnia skóry. Po wykonaniu demakijażu lubię przetrzeć nim jeszcze twarz tak jak tonikiem, ponieważ niweluje uczucie suchości i "ściągniętej skóry". Nie jest przeznaczony do zmywania makijażu wodoodpornego, ale ... radzi sobie ze zmyciem tuszu wodoodpornego.


    Na razie opisałam jego zalety i za co lubię ten produkt. Wygląda na to, że jest idealny. Jednak wkroczy tutaj to "prawie". Niestety muszę uważać jak używam go do demakijażu oczu, ponieważ powoduje ich pieczenie i szczypanie. Nie wiem, który ze składników tak na mnie działa. Szukałam innych jego recenzji, ale nikt nie wspominał, aby go podrażniał ten produkt. Dodatkowo jest on dość drogi - opakowanie pojemności 250 ml kosztuje ok 60 zł. Zużyję go jakoś, ale z podkulonymi uszami wracam znowu do moich sprawdzonych ulubieńców w tej kategorii.

    Mieliście ten płyn micelarny?
    Co o nim sądzicie?

    0 0

    Jest to produkt, o którym nie tak dawno było dosyć głośno. Teraz popularnością cieszy się korektor Tarte oraz jego zamiennik z MUR. A ja  poczekałam sobie troszkę, w między czasie poczytałam sporo opinii, aż w końcu kupiłam korektor pod oczy Maybelline Instant Anti-Age the Eraser Eye. Bardzo rzadko zdarza się, że od razu kupuję kosmetyki, które wśród blogerek i youtuberek urodowych są hitem. Ja wolę poczekać, aż minie ich pięć minut sławy i zaopatrzyć się w nie dopiero później. Na początku przeważnie ciężko jest z ich dostępnością, a dodatkowo ich cena jest wysoka. The Eraser Eye teraz można kupić u nas bez problemu, a dodatkowo w sklepach internetowych znaleźć w dobrej cenie, bo już za ok. 30 zł. Natomiast w Rossmannie jego cena wciąż wynosi ok. 50 zł.


    Kupiłam go w odcieniu LIGHT. Jest to ładny, żółty odcień, który dobrze pasuje do mojej karnacji. Korektor ten ma dość ciekawą konsystencję. Jest kremowy, ale zarazem bardzo lekki. Dobrze łączy się z podkładem. Krycie ma bardzo dobre. Mam trochę zasinień pod oczami - radzi sobie z nimi nieźle. Używam go też na inne partie twarzy, aby zakryć różne niedoskonałości (zaczerwienienia na skórze czy przebarwienia). Utrzymuje się bardzo dobrze - nie znika w ciągu dnia i nie roluje się. Nie wysusza też skóry pod oczami. Zaraz po aplikacji zbiera się nieco w załamaniach pod oczami. Mam oczy dość głęboko osadzone, więc mam ten problem z wszystkimi korektorami, które używałam. Jednak odczekuję chwilkę, potem rozcieram korektor w załamaniach palcem i dopiero wtedy przypudrowuję. Od tej pory już trzyma się na swoim miejscu i robi to co powinien.


    Wiele osób ma zastrzeżenia do dołączonej do niego gąbeczki. Obawiają się po prostu, że będzie niehigieniczna. Jak dla mnie jest ona zbędna, ponieważ do rozprowadzania korektora używam pędzla lub palców. Dlatego ja od razu ją zdjęłam, aby nie marnować produktu, który by w nią wsiąkał przy jego wydobywaniu.


    Aby wydobyć korektor trzeba przekręcić opakowanie, co powoduje, że w środku opuszcza się tłoczek. Jest do bardzo praktyczne rozwiązanie, ponieważ dzięki temu zużyjemy produkt do samego końca. Ja używam go przez 2 miesiące i zużycie jest niewielkie (widać to na zdjęciu poniżej). Wystarczy mi jeszcze na spory czas, ale trzeba go zużyć w przeciągu 6 miesięcy. 


    Bardzo lubię ten korektor, podoba mi się efekt jaki daje na skórze. Używam go też czasem jako bazę pod cienie. A także próbowałam aplikować na całą twarz tak jak podkład i również wyglądało to dobrze. Jestem z niego zadowolona i chętnie po niego sięgam. Nie dziwie się, że produkt ten jest takim hitem.

    A Wy mieliście ten korektor?
    Co o nim sądzicie?

    0 0

    Witam wszystkich po bardzo długiej przerwie. Jakoś tak wyszło, że się trochę pochorowałam (panuje w mojej okolicy okropny wirus grypy żołądkowej, który powracał w kilku falach uderzeniowych), a potem miałam sporo pracy przy wklepywaniu danych do kilku programów - jak wracałam do domu, to nie mogłam już patrzeć na komputer. Na szczęście wszystko się już unormowało i uspokoiło, a ja z chęcią wracam do blogowania. Na początek podkład, do którego powróciłam po latach.


    Do podkładu Revlon Colorstay mam wielki sentyment. Był to jeden z pierwszych podkładów jakie zaczęłam używać. Jednak było to już dość dawno temu. Zaczynałam wtedy moją przygodę z makijażem. Miałam do czynienia tylko z kilkoma podkładami, dlatego nie miałam dobrego porównania jak on wypada na tle innych. Jego krycie i kolor wspominam bardzo dobrze, jednak bardzo przeszkadzało mi to, że nie miał pompki, tylko trzeba było go wylewać. Ciężko było dozować w ten sposób odpowiednią jego ilość. Dlatego po jego zużyciu rzuciłam się w wir testowania innych podkładów.


    Gdy w grudniu lubiany przeze mnie podkład Dr. Irena Eris PROVOKE zaczął dobijać dna, to pomyślałam, że postawię na Revlon Colorstay, aby przekonać się jak obecnie będę go postrzegać. Lubię czasem wracać do kosmetyków, które używałam kiedyś i mam do nich pewien sentyment. Dodatkowo podkład ten przeszedł w między czasie kilka zmian. Fajnie, że jest to teraz opakowanie z pompką. Od razu wygodniej się go używa. Niestety pozmieniał się jego skład. Podkład jest bardzo płynny i ma takie średnie krycie w kierunku lekkiego. Nie tak go zapamiętałam. Ja kojarzyłam go z dobrym kryciem i nie aż tak lejącą konsystencją. Takie też opinie o nim znalazłam. Jednak mimo to ma on sporo zwolenniczek.


    Sprawdzi się u osób lubiących lekkie krycie. A do tego mających ładną cerę bez wyprysków i innych niedoskonałości. Ja mam taką skórę głównie zimą, gdy stosuję kwasy, a w związku z tym rozjaśniają mi się przebarwienia i skóra jest gładka. Wtedy podkład wygląda na niej ładnie. Jest on bardzo trwały - siedzi na swoim miejscu przez cały dzień wymagając niewielu poprawek. Dodatkowo jego kolor jest dla mnie idealnie dobrany na okres zimowy - jestem bladziochem właśnie takim jak odcień numer 150 BUFF/CHAMOIS.


    Kiedy mam go dosyć? Gdy zdarzają mi się gorsze dni - kiedy mam zaczerwienioną lub przesuszoną skórę, to nie lubię po niego sięgać. Nie jest w stanie zakryć tego co potrzeba, a dodatkowo jeszcze bardziej podkreśla suche partie skóry. Wtedy dosyć nieładnie zbiera się na brodzie i w jej okolicach. A także podkreśla pory i po pewnym casie zaczyna miejscami znikać.


    Używam go od stycznia i zużyłam już prawie całe opakowanie. Dodatkowo używam go dość sporo, bo jedna warstwa mi najczęściej nie wystarcza i miejscami dokładam jeszcze drugą. W tym tygodniu powinnam go już zużyć. Na razie nie mam ochoty kupować kolejnego - raczej wypróbuję inny podkład.

    0 0

    Nie będę tu opisywać wszystkich kosmetyków, które zużyłam przez ostatni czas. Sporo opakowań już wyrzuciłam, bo nie lubię jak mi tyle ich zalega. Zresztą nazbierało się ich za dużo jak na jeden post. Trzeba byłoby podzielić go na kilka mniejszych. Wolę wspomnieć o kilku kosmetykach - za to tych najciekawszych.


    Na początek młodziutka marka: CLOVER COSMETICS. Skusiłam się na ich produkty, bo jest to polska firma, a do tego spodobały mi się składy kosmetyków. Dowiedziałam się o nich z bloga Kascysko. Warto zerknąć na jej post o tej marce, ponieważ omówiła tam ich składy. Ja na początek skusiłam się na dwa kosmetyki:

     

    regenerujący krem nawilżający - jego bazę stanowią: masło shea, oleje: migdałowy i kokosowy oraz nawilżacz (sorbitol) z dodatkiem dwóch emulgatorów i mocznika (nawilżacz). Dalej w składzie znajdziemy korowód ekstraktów: rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja, czerwona koniczyna wraz ze skwalanem, witaminami E i U. Krem był gęsty i treściwy, ale dość szybko się wchłaniał. Używałam go na wieczór, bo świetnie nawilżał skórę - rano była zregenerowana i wypoczęta. Nie używam żadnych baz pod podkład - zadbana skóra mi wystarczy, aby makijaż dobrze się trzymał, a moja tłusta strefa T zbyt szybko się nie przetłuszczała. Krem był bardzo wydajny. Używałam go od początku marca, a zużyłam końcem czerwca.


    wygładzające serum liftingujące - główne składniki aktywne w nim zawarte to: olej migdałowy, sorbitol, witamina E i mocznik. Podobnie jak w kremie znajduje się w nim również sporo ekstraktów, m.in. czerwone algi, hematyt, jeżówka, brezylka, czerwona koniczyna. Serum miało konsystencję kremową, dość lekką, ale nieco tłustawą. Stosowałam je wieczorem na oczyszczoną po demakijażu skórę, a gdy się wchłonęło, to potem regenerujący krem nawilżający (ten opisywany powyżej). Serum to używałam również na okolice pod oczami - nie spowodowało żadnych podrażnień, a wręcz przeciwnie skóra po jego użyciu była odpowiednio nawilżona. Miało mniejszą pojemność niż krem, jednak przy stosowaniu raz na dzień wystarczyło mi od marca do maja.


    Do produktów marki Clover Cosmetics zapewne jeszcze powrócę. Byłam z ich działania bardzo zadowolona. Będę kibicować ich twórczyni - pani Joannie Paluch, aby marka dalej się rozwijała. Kosmetyki te idealnie wpasowały się w potrzeby mojej skóry o typie mieszanej. Nie są komedogenne, a nawet ograniczyły przetłuszczanie w strefie T, bo moja skóra najbardziej potrzebuje porządnego odżywienia, a nie matowienia. Obecnie używam inne kremy, ale do tych pewnie powrócę w okresie zimowym.


    Jeśli chodzi o krem, który używałam rano to był to: LIRENE nawilżająco-matujący krem-mus z witaminą E. Lubiłam go za to, że był bardzo lekki i nie rolował się podczas aplikacji podkładu. Dodatkowo zostawiał skórę bardzo gładką - w dotyku sprawiało to wrażenie jakbym użyła bazy pod podkład. Jest to świetne rozwiązanie zwłaszcza rano, gdy nie lubię czekać, aż krem się całkowicie wchłonie, zanim zacznę się malować. Było to już kolejne opakowanie tego kremu, które zużyłam. Chociaż dobrze nawilża skórę, to jest to nawilżenie odpowiednie na teraz. Gdy przyjdzie jesień moja cera będzie potrzebowała bardziej odżywczego kremu na dzień.


    Przez te ostatnie kilka miesięcy bardzo polubiłam się też z tuszem marki GOLDEN ROSE. A konkretnie z tym pogrubiająco-wydłużającym o nazwie Smokey Lashes Mascara. Ładnie podkreślał i rozdzielał rzęsy, a do tego miał mocny, czarny kolor. Nie osypywał się pod oczami. Odpowiadała mi też jego szczoteczka - chociaż była zwykła, a nie silikonowa. Polubiłam go do tego stopnia, że kupiłam następne opakowanie. Efekt jaki daje na rzęsach można zobaczyć w tym poście. Jest tam też więcej informacji na jego temat.


    Na promocji w Biedronce udało mi się kupić fajny płyn micelarny marki TOŁPA. Do tej pory kupowałam ich micele z serii Dermo face (te w opakowaniach ze srebrnymi wstawkami). Sprawdzały się u mnie dobrze, dlatego teraz skusiłam się na delikatny płyn micelarny do mycia twarzy i oczu z linii Green łagodzenie. Opakowanie pojemności 400 ml kosztowało ok. 14 zł. Płyn ten przeznaczony jest do skóry wrażliwej. Jednak ja używałam go do mojej mieszanej cery, ponieważ u mnie sprawdzają się lepiej takie kosmetyki. Skutecznie oczyszczał skórę, a także usuwał makijaż. Był przy tym bardzo delikatny i nie podrażniał - zwłaszcza oczu i ich okolic. Dawał przyjemne uczucie odświeżenia. Był wydajny - wystarczył mi na ok. 3 miesiące codziennego używania.


    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Minął już ponad rok od kiedy pisałam o mojej porannej pielęgnacji twarzy. Od tamtego czasu troszkę się pozmieniało. Wydarzyły się pewne rzeczy, które wpłynęły na zmianę postrzegania tego jak oczyszczam skórę. Dowiedziałam się też wielu nowych informacji, dzięki czemu mam teraz inne podejście do niektórych etapów pielęgnacji. Dalej jest ona bardzo minimalistyczna - sprawdza się to u mnie świetnie. Nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać. Ale przy okazji napisania tego postu, chciałabym też pokazać co teraz używam.


    KROK 1: mycie / oczyszczanie

    Na tym etapie nastąpiła u mnie zmiana podejścia do oczyszczania skóry. Wszystko zaczęło się od tego, że skończył mi się żel i nie miałam czasu kupić następnego. Przez pewien czas po prostu go nie używałam, tylko myłam twarz samą wodą, a następnie ją wycierałam - i tyle. Okazało się, że ma to bardzo dobry wpływ na moją skórę. Niedługo po tym Alina Rose napisała na swoim blogu post zatytułowany: "Dlaczego nie myję twarzy rano?". Jego przeczytanie jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to dobre rozwiązanie dla mojej skóry.


    Rano moja skóra jest w bardzo dobrym stanie. Jest wypoczęta i zregenerowana. Mycie jej środkiem oczyszczającym miało wpływ na jej późniejsze szybsze przetłuszczanie. Po co ją tak drażnić? Tą metodę mycia stosuję od lutego i moja skóra znacznie się uspokoiła. Alina Rose ma skórę suchą, ja mieszaną, ale u mnie też sprawdza się ten sposób mycia twarzy. Już nie raz przekonałam się, że mniej znaczy więcej. Obecnie rano myję twarz samą woda, a potem przecieram skórę hydrolatem lub delikatnym tonikiem.


    KROK 2: tonik

    Ten krok jest u mnie obecnie mocno powiązany z pierwszym. Jak już wspominałam nie oczyszczam już zbyt mocno skóry. Tylko delikatnie ją tonizuję.


    Obecnie używam Tonik antybakteryjny Dermacos. Sięgnęłam po niego, bo miałam go w zapasach i chciałam go zużyć, jednak okazał się on bardzo fajny. Odświeża i oczyszcza skórę, nieco ją matuje. Dodatkowo spodobał mi się jego skład, bo zawiera olejek z drzewa herbacianego, ekstrakt z kory wierzby, wodę oczarową, sok z aloesu, srebro koloidalne i wiele innych składników. Najlepiej będzie jak zamieszczę tu jego skład INCI:
    Aqua, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water, Glycerin, Colloidal Silver (nano), Propylene Glycol, Salix Alba (Willow) Bark Extact, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Potassium Azeloyl Diglycinate, Saccharomyces/Silicon Ferment, Saccharomyces/Magnesium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/Iron Ferment, Saccharomyces/Zinc Ferment, Zinc PCA, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, CI 42090, CI 19140.


    Zamiennie z tym tonikiem stosuję Łagodzący płyn micelarny marki Natura Care. Przeznaczony jest do codziennego oczyszczania i demakijażu skóry wrażliwej, więc jest bardzo łagodny. Do jego zakupu zachęciło mnie to, że opakowanie pojemności 400 ml na promocji kosztowało 9,99 zł. Ale zwróciłam też uwagę na całkiem niezły skład:
    Aqua, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water, Glycerin, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Propylene Glycol, Polysorbate 20, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Sodium Cocamphoacetate, Aesculus Hippocastanum (Horse Chestnut) Seed Extract, Glycerin, Aronia Melanocarpa (Chokeberry) Extract, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Disodium EDTA, Citric Acid, Parfum (Fragrance), CI 17200.


    KROK 3: nawilżanie / ochrona UV

    Niestety pogoda nam nie dopisuje i na tych wakacjach słońca jest mało, bo przez większość czasu pada deszcz. Ale sięgam po krem przeciwsłoneczny. Obecnie jest to Pharmaceris nawilżający krem ochronny do twarzy z SPF30.


    Jak na krem przeciwsłoneczny jest bardzo fajny. Lubię go przede wszystkim za to, że nie bieli skóry i szybko się wchłania. Jego konsystencja jest nie za rzadka i nie za gęsta. Nie świeci się na twarzy, daje raczej taki lekko satynowy efekt. Nie pozostawia też ani tłustej, ani lepkiej warstwy. Jak najbardziej nadaje się pod makijaż. Jest bezzapachowy. Nie nawilża jakoś rewelacyjnie, ale ważne też, że nie wysusza. Regenerację skóry nadrabiam pielęgnacją wieczorną.

    Tak wygląda moja poranna pielęgnacja twarzy. Jest prosto i szybko, ale skutecznie. A do tego bardzo minimalistycznie, bo jak zapewne zauważyliście rano używam dwa z trzech prezentowanych tu kosmetyków.

    A Wy jakie kosmetyki stosujecie w porannej pielęgnacji skóry twarzy?

    0 0




    Nie lubię zalegających pustych opakowań po kosmetykach. Jest to powód czemu przestałam pisać posty ze zużyciami. Jednak kiedy stosuję jakiś kosmetyk, to staram się go wykorzystać jak najbardziej - dlatego często zastanawiam się czy jego opakowanie okaże się jeszcze na coś przydatne. Tego typu zbieractwo ma swoje plusy i niejednokrotnie wykorzystywałam już puste opakowania, aby przechowywać w nich coś innego.

     
    OPAKOWANIA PO PUDRZE / PODKŁADZIE Z SITKIEM

    Do utrwalania makijażu najbardziej lubię używać pudry sypkie. Niestety opakowania, w których znajdują się tego typu produkty nie zawsze są dobrze przemyślane i praktyczne. Nieraz wysypuje się z nich za dużo zawartości. Jednak znalazłam takie opakowania, które bardzo wygodnie się używa. Są one po pudrze oraz sypkim podkładzie mineralnym z Lily Lolo. Gdy zużyłam ich zawartość, to od tej pory przesypuję do nich inne sypkie produkty. W środku mają przekręcane osłonki na sitkach, dzięki czemu zawsze wysypuję z nich tyle produktu, ile mi akurat potrzeba.



    OPAKOWANIA Z POPKĄ / ATOMIZEREM

    Czasem zdarza mi się kupić żel pod prysznic, który podoba mi się pod względem składu i zapachu, ale ma kiepskie opakowanie. Wtedy przydaje się butelka po innym tego typu produkcie, ale która jest wygodniejsza w użyciu. Często zdarza mi się przelewać w ten sposób różnego typu kosmetyki myjące. Lubię też, gdy opakowanie pasuje do wystroju łazienki. Dlatego zostawiłam sobie również kilka takich bardziej zdobnych opakowań.


    Od pewnego czasu bardzo polubiłam używać opakowania z pompką wytwarzającą pianę. Przydają się zwłaszcza do spieniania szamponu. Gdy zużyję dany kosmetyk (na przykład po żelu do twarzy), to przelewam potem do pustego opakowania szampon zmieszany z wodą. Przedtem męczyłam się mieszając szampon w kubeczku lub na dłoniach. Obecnie do tego celu używam opakowania po żelu do higieny intymnej z Ziaji.



    POJEMNICZKI PO CIENIACH / KREMACH / PODKŁADACH / TESTERACH

    Takie małe pojemniczki też często się przydają. Kiedyś przechowywałam w nich ozdoby do paznokci. Jak wybieram się do drogerii, to mam taki pojemniczek przy sobie na próbkę. Często zdarza się, że w sklepie nie mają, a ja chcę wypróbować jakiś podkład.



    OPAKOWANIA PO BALSAMACH / PEELINGACH DO CIAŁA

    Ale nie wszystkie ich rodzaje. Chodzi mi tu o te zakręcane. Gdy natrafię na takie, które bardzo mi się spodoba, to wystarczy tylko ściągnąć z niego naklejki i zostaje bardzo ładne opakowanie. Ja mam na przykład takie na wsuwki do włosów. Miałam z nimi problem, ponieważ plątały mi się luzem, sporo z nich pogubiłam, a jak trzeba było jakąś znaleźć, to nigdzie żadnej nie było. Teraz trzymam je w takim fajnym srebrnym opakowaniu - to jest akurat po peelingu do ciała.


    Tego typu opakowania zdarza mi się zostawić, gdyż nieraz kupujemy z siostrą jakiś kosmetyk na spółkę do wypróbowania, a że mieszkamy daleko od siebie, to trzeba je do czegoś rozdzielić.



    BUTELECZKI PO TONIKACH / PŁYNACH MICELARNYCH

    Przydawały mi się jakiś czas temu, gdy regularnie stosowałam przygotowywane w domu wcierki, np. z kozieradki. W tego typu opakowaniach było je dobrze przechowywać, a potem aplikować na skórę głowy. W małych buteleczkach mieściła się porcja wcierki idealna na dwa, trzy dni. Obecnie wolę kupić gotowe wcierki, np. Bionigree. Dlatego takich opakowań już nie zbieram.

    Wyrzucacie zużyte opakowania po kosmetykach, czy może również dajecie im "drugie życie"?

    0 0

    Bardzo lubię zapachy świeże i kwiatowe. Na każdą porę roku mam swoich ulubieńców wśród perfum. Dziś chciałabym Wam pokazać trzy, po które najczęściej sięgam w lecie. Jeden zapach, to klasyk, który używam już od wielu lat. Drugi to nowość, którą odkryłam w tym roku. A trzeci za niedługo mi się skończy i zamierzam kupić kolejne - tym razem pojemniejsze opakowanie.



    1. Donna Karan, DKNY Be Delicious EDP

    Gdy napisałam o moim faworycie, którego używam już od wielu lat, miałam na myśli DKNY Be Delicious (wersja zielona). Jest to zapach z kategorii kwiatowo-owocowej. Na rynku jest obecny już spory czas, ponieważ wydany został w 2004 r. 



    Nuty zapachowe:
    nuta głowy: grejpfrut, ogórek i magnolia;
    nuta serca: tuberoza, róża, konwalia, fiołek i zielone jabłko;
    nuta bazy: nuty drzewne, ambra i drzewo sandałowe.

    Be Delicious jest bardzo przyjemny w odbiorze dla otoczenia, bo jest to zapach w stylu dyskretnej informacji, że ktoś tu jest i pachnie zniewalająco :)) Jest niezbyt intensywny i bardzo trwały. Co prawda ja się już do niego przyzwyczaiłam i czuję go tylko przy psikaniu się nim. Jednak najczęstsze pytania, które dostaję o to czym pachnę, pojawiają się właśnie wtedy, gdy używam Be Delicious. Już sporo moich koleżanek kupiło ten zapach właśnie po tym jak go u mnie wyczuło.


    2. MOSCHINO, I Love Love EDT

    Zapach ten polecało wile osób zarówno na blogu, jak i w filmach na YT - i w końcu się na niego skusiłam. A tak dokładnie jest to prezent od mojego męża, który nasłuchał się ile o tych perfumach się naopowiadałam. Jest to kolejny zapach z kategorii kwiatowo-owocowej.



    Nuty zapachowe:
    nuta głowy: pomarańcz, grejpfrut, czerwona porzeczka;
    nuta serca: wodna lilia, herbaciana róża, konwalia, cynamon;
    nuta bazy: piżmo, drzewo cedrowe, drzewo tanaka.

    Zapach ten kojarzy mi się z soczystą świeżością cytrusów. Ma w sobie "to coś", co mnie bardzo przyciąga. Dlatego na początku sięgałam po niego codziennie. Jednak musiałam się ograniczyć, bo zużyłam już połowę ze 100 ml opakowania. Co ja na to poradzę, że tak bardzo mi się spodobał, bo wpasowuje się on idealnie na lato. A dodatkowo trwałość również ma bardzo dobrą.


    3. CHLOE, Roses de Chloe EDP

    Kolejnym zapachem, po który sięgam w okresie letnim jest Chloe.  Został on stworzony z okazji obchodów 50-tej rocznicy powstania paryskiego domu mody. Perfumy te są hołdem dla róży, która jest główną bohaterką prawie wszystkich perfum Chloe. 



    Nuty zapachowe:
    nuta głowy: bergamotka;
    nuta serca: róża damasceńska, magnolia;
    nuta bazy: białe piżmo, ambra.

    Jest to bardzo elegancki i kobiecy zapach. Uwielbiam te różane nuty zapachowe. Nie są słodkie, ani duszące. Raczej stonowane i delikatne. Ubolewam, że kupiłam tylko 30 ml opakowanie, bo już prawie mi się kończy. Gdy będę kupować następne, to zaopatrzę się już w większą pojemność. Nadają się do stosowania w ciągu dnia do pracy, jak również na wieczorne wyjścia.

    Znacie te perfumy?
    Co o nich sądzicie?
    Jakie są Wasze ulubione zapachy na lato?

    0 0

    Do marki SKIN79 mam ogromny sentyment, bo była ona początkiem mojej podróży w świat kosmetyków koreańskich. Mój pierwszy krem BB miałam właśnie spośród ich asortymentu. Przez bardzo długi czas byłam wierna bestsellerowej i chyba najbardziej znanej wersji Orange oraz Gold. Kremy te zapewniały mi genialne krycie, długotrwały efekt i miały idealne kolory. Kiedy jednak zobaczyłam, że do oferty zostały włączone trzy nowe, przesłodkie kremy BB, to postanowiłam, że spróbuję wśród nich znaleźć swojego ulubieńca.


    Seria Animal BB Cream to trzy kremy:
    • Dark Panda (krem rozjaśniający)
    • Angry Cat (krem łagodzący)
    • Dry Monkey (krem nawilżający)

    Każdy z nich obok odmiennego działania na skórę, różni się także odcieniem. Gdy podejmowałam decyzję, którą wersję wybrać, to obejrzałam wiele zdjęć porównujących wszystkie te trzy kremy razem. Mój wybór padł na Dry Monkey, ponieważ jest w neutralnej tonacji. Kolor zaraz po wyciśnięciu wygląda na nieco ciemny, jednak dobrze dopasowuje się do skóry. Chociaż mógłby być odrobinę jaśniejszy, to na szczęście latem ten odcień mi pasuje. Znajduje się w tubce mającej pojemność 30 ml. Kosztuje ok. 49 zł. Na razie dobrze mi się go używa, bo z opakowania wydobywa się go tyle, ile potrzeba. Jednak takie opakowania bywają problematyczne, gdy produktu już w nich ubywa.


    Przyjemnie pachnie i nie jest to zapach intensywny ani też długo utrzymujący się na skórze. Konsystencja Dry Monkey jest na plus, ale tylko pod tym względem, że łatwo się rozprowadza po skórze. A także dobrze łączy się z innymi kosmetykami - chodzi mi tu o korektory. Krycie ma średnie - ładnie wyrównuje koloryt skóry, zakrywa mniejsze niedoskonałości i zaczerwienienia. Korektor muszę dołożyć tylko na te bardziej problematyczne miejsca na skórze. 


    Jest on dość gęsty. Źle aplikuje mi się go pędzlami, ponieważ tworzą się smugi. Świetny efekt daje gąbeczka, jednak ciężko potem ją wymyć z tego kremu BB. Dlatego do aplikacji używam palców. W założeniu ma to być nawilżający krem BB. Jednak w jego formule jest coś nie tak, ponieważ na skórze wygląda bardzo tłusto. Tą tłustość daje się wyczuć pod palcami już w trakcie rozsmarowywania go po skórze. Mam wrażenie jakbym aplikowała silikonową bazę. Nie lubię jak skóra mi się aż tak świeci. Nie ma to nic wspólnego z efektem "glow". Nawet jak go przypudruję, to ta tłustość jest cały czas widoczna. Ja mam mieszaną skórę, z przetłuszczającą się strefą T. Po użyciu Dry Monkey świecę się na całej twarzy - nawet na policzkach - co mnie denerwuje. Do tego nie jest zbyt trwały. Szybko zaczyna się zbierać w załamaniach skóry - zwłaszcza w skrzydełkach nosa, brodzie oraz bruzdach nosowo-wargowych. A po kilku godzinach ściera się w wielu miejscach ze skóry.


    Ja nie należę do jego wielbicielek - do moich ulubieńców ten krem BB na pewno nie trafi. Na razie zastanawiam się jak go zużyję. Eksperymentuję i mieszam go z innymi podkładami. Co daje dość zadowalające efekty.  A Wy mieliście ten krem BB? Co o nim sądzicie?

    0 0

    Dawno nie pisałam nic o ulubieńcach. Tak się składa, że w ostatnim czasie trochę się ich nazbierało. No dobra - sporo ich mam. O większości z tych kosmetyków zapewne słyszeliście i nie będą to dla Was nowości. Kupiłam je właśnie z polecenia innych osób i nie zawiodłam się. A teraz chciałabym podzielić sie z Wami moimi spostrzeżeniami na temat tych akcesoriów i kosmetyków do makijażu.



    GĄBKI DO MAKIJAŻU BLEND IT!

    Kiedyś do aplikacji podkładu uznawałam tylko pędzle. Znacznie się to zmieniło odkąd wypróbowałam gąbki. Spełniają swoje zadanie wyśmienicie. Obecnie używam dwie marki Blend it!


    Ta większa idealnie rozprowadza podkład, ale można nią też aplikować puder. Malutka jest świetna do korektora i bazy pod cienie. Dzięki nim makijaż jest idealnie rozprowadzony, cienką warstwą, bez smug. Dodatkowo łatwo jest dołożyć podkładu czy korektora w miejsca, gdzie potrzeba ich nieco więcej. Pierwsze gąbki Blend it!, które kupiłam były jednokolorowe (różowa i żółta). Niestety były one dość słabe jakościowo, ponieważ szybko się zniszczyły. Już po kilku użyciach zaczęły pękać. W międzyczasie dowiedziałam się, że wersja marmurkowa jest znacznie trwalsza. Zaopatrzyłam się więc w takie. Używam je codziennie już od trzech miesięcy i nadal wyglądają świetnie: łatwo się czyszczą i jeszcze żadna nigdzie nie popękała.


    NABLA - PALETY CIENI DO POWIEK: DREAMY oraz SOUL BLOOMING

    O tych paletach nie będę się wiele rozpisywać, ponieważ przypuszczam, że każdy o nich słyszał.


    Długo "polowałam" na Dreamy, ponieważ zaraz po premierze była cały czas wykupiona. Aż w końcu udało się. Jakość tych cieni jest bardzo dobra. Spodobała mi się do tego stopnia, że gdy została wypuszczona Soul Blooming, to od razu ją kupiłam. Do tej pory używałam głównie palet z Zoevy oraz cieni z Inglota. Jednak po zetknięciu się z produktami Nabli inne palety odstawiłam. Bardzo podoba mi się ich masełkowata konsystencja oraz świetna pigmentacja. Do tego ich kolory współgrają ze sobą, więc zrobienie makijażu to świetna zabawa.


    MY SECRET - MATT EYESHADOW

    Jedyne czego brakuje mi w paletkach Nabli, to jasny, cielisty, matowy cień.


    Odpowiedni znalazłam wśród oferty My Secret. Zresztą polecało go wiele youtuberek. Jestem z niego bardzo zadowolona. Jak na drogeryjny produkt, to ma dobrą pigmentację, a odcień numer 505 jest dla mnie odpowiednio cielistym kolorem. Produkty marki My Secret są tanie i łatwo dostępne, jednak ten kolor ze względu jego popularność, jest bardzo często wykupiony.



    GLAM SHADOWS - POJEDYNCZE CIENIE DO POWIEK

    Pozostając w temacie cieni do powiek chciałabym jeszcze wspomnieć o jednym.


    Świetny kolor cienia do makijaży dziennych, wprost idealny do podkreślenia załamania powieki znalazłam w GlamShopie. Nie robi plam, ładnie się blenduje, ma neutralny kolor, który stanowi bazę do wielu makijaży. A mowa o cieniu do powiek w odcieniu MULAT. Jak widzicie na zdjęciu już prawie dobija dna. 



    NABLA - MAGIC PENCIL

    Jest to kredka wielofunkcyjna. Można ją stosować do podkreślenia łuku brwiowego, wewnętrznego kącika oka, konturu ust oraz jako eyeliner.


    Mam ją w odcieniu Light Nude. Ten odcień bardzo mi się podoba. Kolor jest w sam raz dla mnie - nie za jasny, nie za ciemny. Mimo wielofunkcyjności tej kredki ja używam ją tylko na linię wodną oka. Jest odpowiednio miękka, a zarazem trwała. 


    BECCA COSMETICS - SHIMERING SKIN PERFECTOR PRESSED

    Do tej pory moim ulubionym rozświetlaczem była Mery Lou Manizer. Jednak chciałam wypróbować również osławiony produkt marki Becca.


    Na początek skusiłam się na miniaturkę odcienia Opal. Jest to piękny kolor, wpadający w odcienie starego słota. Na skórze tworzy piękną tafle. W okresie wakacyjnym bardzo polubiłam go używać też jako cień do powiek. Pięknie rozświetla oczy. Wystarczy tylko ten jeden kolor i cały makijaż oka już gotowy. Co mnie zaskoczyło to jego wydajność. Opakowanie pojemności 4,5g intensywnie użytkuję już od maja i nie widać jeszcze zbyt dużego zużycia.


    ESTE LAUDER - DOUBLE WEAR Stay-in-Place Makeup

    Na koniec zostawiłam kultowy już podkład. Żałuję, że kupiłam go tak późno.


    To podkład, który świetnie sprawdził się w upały. Kupiłam go końcem maja, aby przetestować przed weselem, na które miałam iść w czerwcu. To był bardzo upalny dzień, a mój makijaż przetrwał. Wszystko dzięki trwałości tego podkładu. Dla wielu osób jest on ciężki. Jednak ja uwielbiam go używać na co dzień. Jedna bardzo cieniutka warstwa zaaplikowana gąbeczką w zupełności mi wystarcza. A do tego świetnie dopasowany kolor o numerze 1N1 i nie muszę już używać żadnych produktów rozjaśniających podkład. W trakcie upalnych, letnich dni odstawiłam go na rzecz podkładów mineralnych. Jednak jak tylko temperatura nieco spadnie to od razu do niego wracam.


    Jacy są wasi ulubieńcy kosmetyczni?
    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Co o nich sądzicie?

    0 0


    W ostatnim poście skupiłam się na ulubionych kosmetykach i akcesoriach do makijażu. Tak się jakoś złożyło, że to dość spory zbiór. Już dawno nie miałam tyle kosmetyków spośród kolorówki. Jednak w przypadku pielęgnacji, okazuje się, że mam znacznie mniej ulubionych produktów. Będą to tylko cztery kosmetyki - dwa do ciała oraz dwa do ust.


    LA ROCHE POSAY - LIPIKAR BAUME AP+ balsam uzupełniający poziom lipidów

    Jest to produkt dedykowany osobom borykającym się z wrażliwą i atopową skórą. Ja takich problemów nie mam, jednak jest to jedyny balsam do ciała jaki mi został, więc zaczęłam go używać. A tak się składa, że sięgam po nie rzadko. Moja skóra nie potrzebuje codziennego smarowania balsamem. Daje sobie radę sama. Balsamy używam głównie zimą, gdy skóra staje się bardziej przesuszona. 


    Zastanowić się zatem można dlaczego produkt ten trafił do moich ulubieńców? Głównie dlatego, że świetnie mi się go używa. Balsam ma treściwą, ale zarazem dość lekką konsystencję i jest przyjemnie jedwabisty w dotyku w trakcie rozsmarowywania. Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi - jest taki przyjemnie mięciutki. A do tego wielofunkcyjny - stosuję go głownie do rąk i stóp, czasem do ciała. Dzięki temu zamiast trzech opakowań z kosmetykami na półce stoi mi tylko jedno. Lubię go też za to, że świetnie nawilża skórę, ma delikatny i nienachalny zapach. 


    LIRENE BRONZE COLLECTION - brązująca mgiełka

    Nie lubię się opalać. Na słońcu spędzam tylko tyle czasu, ile muszę lub chcę. Jednak jeszcze bardziej nie lubię słuchać komentarzy, dlaczego jestem taka biała latem? Tu z pomocą przyszła mi ta mgiełka brązująca. 


    Dostałam ją już dawno temu. Trochę sobie poleżała w moich zapasach kosmetycznych. Jednak zaczęłam czytać o niej bardzo pozytywne komentarze - i przypomniałam sobie, że ja ją też mam. Postanowiłam wypróbować i również jestem z niej zadowolona. 


    Ma olejkową duo-formuję, czyli przed użyciem należy wstrząsnąć i zmieszać obie fazy. Bardzo prosto się ją aplikuje, ponieważ opakowanie posiada atomizer. Po spryskaniu na skórę wystarczy dokładnie rozsmarować. Najlepsze jest to, że efekt delikatnej opalenizny pojawia się już po kilku godzinach od aplikacji. Potem dla wzmocnienia koloru, a także podtrzymania efektu należy używać 1-2 razy w tygodniu. Dzięki niej jestem w stanie uzyskać efekt delikatnej opalenizny, który bardzo mi się podoba. Ważne jest też to, że nie brudzi ubrań. 


    ALTERRA - pomadka ochronna do ust z rumiankiem

    Jest to świetna pomadka ochronna do stosowania na co dzień. Jest bezbarwna, więc bez problemu można ją używać bez patrzenia w lusterko czy się gdzieś nie wyjechało poza linię ust. Mocno nawilżająca, efekt utrzymuje się długo na ustach. 


    Do tego ma fajny skład (niestety nie napiszę go tutaj, bo zapodział mi się gdzieś kartonik), a do tego jest niedroga. Miałam ich już kilka i za każdym razem trafiłam na promocję i za pomadkę płaciłam ok. 4 zł. Mam ją zawsze przy sobie w torebce. 



    EVREE INSTANT HELP - multi-funkcyjny balsam ratunek dla skóry

    Balsam ma 10 ml pojemności i znajduje się w małym, estetycznym słoiczku. Jest bardzo gęsty - ma masełkowatą konsystencję. Składniki w nim zawarte to m.in. wosk pszczeli, lanolina, masło mango, masło kakaowe, olejek kokosowy, olej awokado.


    Przeznaczony jest do stosowania wszędzie tam, gdzie potrzeba, np. na twarzy, rękach, nogach. Ja go używam do ust. Aplikuję grubszą warstwę na noc tuż przed spaniem. Dzięki niemu skóra ust jest nawilżona i niepopękana. Nie tworzą się też suche skórki. Ma przynosić ulgę spękanej i podrażnionej skórze, dlatego będzie świetny na zimę.


    Jacy są Wasi ulubieńcy pielęgnacyjni z ostatnich miesięcy?
    Mieliście może któryś z tych kosmetyków?
    Co o nich sądzicie?


    0 0

    Niedawno zaktualizowałam wpis dotyczący porannej pielęgnacji twarzy. A teraz chciałabym wspomnieć o moich wieczornych rytuałach pielęgnacyjnych. Nadal stawiam na minimalizm - dlatego pojawi się tutaj niewiele kosmetyków. Staram się je dobierać tak, aby zapewnić skórze odpowiedni poziom nawilżenia, dać możliwość, aby się zregenerowała przez noc, a także dopasować pielęgnację do aktualnych potrzeb. Wieczorami mam na to więcej czasu niż rano.


    Zatytułowałam ten post "wieczorna pielęgnacja", jednak pierwszy jej etap zaczyna się już po południu - gdy wracam z pracy. Zaraz po przebraniu się w domowe ubrania udaję się do łazienki, aby zmyć makijaż. Ten etap nie zajmuje wiele czasu i wygląda następująco:

    KROK 1: mycie / oczyszczanie

    Najpierw nasączam dwa waciki płynem micelarnym, przykładam je do oczu i tak trzymam przez chwilę, aby rozpuścić makijaż. Dzięki temu tusz da się zmyć szybko i bez mocnego pocierania skóry. Potem przecieram wacikami resztę twarzy. Do tego etapu używam Łagodzący płyn micelarny marki NATURA CARE. Przeznaczony jest do codziennego oczyszczania i demakijażu skóry wrażliwej, więc jest bardzo łagodny.


    Następnie zwilżam twarz wodą, wyciskam trochę Arnikowego mleczka oczyszczającego marki SYLVECO na dłonie, rozcieram na całej powierzchni skóry i spłukuję wodą. Lubię zmieniać stosowane kosmetyki - to znaczy powracam co jakiś czas do tych sprawdzonych. Tak też jest z tym mleczkiem - używałam go jakiś czas temu, potem był Tymiankowy żel do mycia twarzy (też marki Sylveco), teraz znów powróciłam do mleczka. Jest bardzo delikatne i łagodne, ale skutecznie oczyszcza skórę.


    KROK 2: tonik

    Tonizowanie skóry, to ważny krok. Trzeba bowiem przywrócić naturalne pH skórze. Jeszcze do niedawna stosowałam Tonik antybakteryjny Dermacos (opisany został w poście z moją poranną pielęgnacją twarzy). Jednak już się skończył. W tym tygodniu sięgnęłam po nowy - chcę wypróbować jak się sprawdzi Tonik nawilżający do skóry suchej i wrażliwej marki ECO LABOLATORIE. Na razie użyłam go tylko kilka razy, więc to jeszcze za wcześnie na recenzje. Ale mogę wspomnieć, że zanosi się na dobry produkt.


    KROK 3: serum

    Rano nie zawsze mam czas i chęć, aby używać serum. Wieczorem jednak jest to dla mnie punkt obowiązkowy.Obecnie używam Helix Extract Serum marki SYIS. Są to ampułki do stosowania w salonach kosmetycznych.


    Jeśli chodzi o tego typu produkty, to często sięgam po te profesjonalne, bo uważam, że lepiej działają niż drogeryjne. Słyszałam, że te ampułki dają świetne efekty, gdy stosuje się je do mezoterapii. Ja w domu nie posiadam odpowiedniego urządzenia, jednak producent podaje, że można stosować je też do sonoforezy. A to urządzonko posiadam - nawet pisałam o nim osobny wpis na blogu. Ampułek nie używam codziennie, tylko 1-2 razy w tygodniu.


    To już koniec mojego wstępnego etapu wieczornej pielęgnacji. Ma on miejsce w godzinach między 16 a 17. Po aplikacji ampułki na skórę pozostawiam ją do wchłonięcia i nic więcej przez pewien czas nie stosuję. Dopiero wieczorem następuje dalszy etap, kroki są bardzo podobne:

    KROK 1: mycie / oczyszczanie / tonizowanie

    Zanim nałożę krem na twarz chcę mieć czystą skórę. Mimo że nie mija wiele czasu od momentu demakijażu, ale przez te parę godzin zanim pójdę spać zbiera się trochę sebum i innych zanieczyszczeń. Jednak oczyszczam skórę bardzo delikatnie - wystarczy przepłukać ją wodą i przetrzeć tonikiem. To wszystko. 

    KROK 2: nawilżanie

    Jak mam tylko możliwość, to staram się stosować kosmetyki z tej samej serii. Obecnie są to wyżej wspomniane ampułki oraz krem do twarzy - Helix Extract Cream również marki SYIS. Przeznaczony jest zarówno na dzień jak i na noc. Ja używam go wieczorem, jednak jak zrobi się chłodniej, to podejrzewam, że na wieczór przyda mi się bardziej treściwy krem, a ten zostanie przesunięty na rano. Jest on bardzo lekki, szybko się wchłania i obecnie zapewnia mojej skórze odpowiednią dawkę nawilżenia. Jest to kolejny nowy produkt w mojej pielęgnacji (ampułki i krem stosuję od 2 tygodni), dlatego na razie wstrzymam się z jego recenzją.


    Wieczorem aplikuję jeszcze na usta Multi-funkcyjny balsam ratunek dla skóry marki EVREE. Aplikuję grubszą warstwę na noc tuż przed spaniem. Dzięki niemu skóra ust jest nawilżona i niepopękana. Nie tworzą się też suche skórki. Ma przynosić ulgę spękanej i podrażnionej skórze, dlatego będzie świetny na zimę.


    Wieczorna pielęgnacja, to jest czas, gdy aplikuję również krem pod oczy. Ten, który używałam do niedawna skończył się. Nie zdążyłam jeszcze kupić nowego, dlatego na tym zakończę ten post.

    A Wy jakie kosmetyki stosujecie w wieczornej pielęgnacji skóry twarzy?

    0 0

    Aby posty na temat porannej i wieczornej pielęgnacji twarzy były kompletne, to brakuje jeszcze informacji o pielęgnacji specjalnej. W tym poście chciałabym wspomnieć o kosmetykach i zabiegach, które uzupełniają moją codzienną pielęgnację twarzy, czyli takich, które wykonuję 1-2 razy na tydzień / miesiąc, lub w określonej porze roku.


    1. PEELINGI MECHANICZNE, ENZYMATYCZNE oraz GOMMAGE

    Moja skóra twarzy należy do kategorii delikatnej i wrażliwej. Dlatego właściwie prawie wcale nie używam PEELINGÓW MECHANICZNYCH. Są one dla mnie po prostu zbyt mocne. Tego rodzaju peelingi są przeznaczone bardziej dla skóry tłustej, grubej i zanieczyszczonej, wymagającej odblokowania porów czy mocniejszego złuszczenia. Dlatego jeżeli po nie sięgam, to staram się wybierać te delikatniejsze. Obecnie stosuję na przykład Creme Douce Exfoliante marki Valcena Paris. Produkt ten już się kończy - wystarczy mi może jeszcze na 3 użycia. Na razie nie zamierzam kupować następnego, tylko sięgam po inne rodzaje peelingów - jak te opisane poniżej.


    Już od dawna lubię stosować PEELINGI ENZYMATYCZNE. Główne składniki aktywne w nich zawarte to bromelaina lub papaina (albo jedno i drugie na raz). Są to enzymy, które złuszczają zrogowaciały naskórek. Z tymi peelingami też należy uważać przy stosowaniu ich w przypadku cery wrażliwej, gdyż te zawierające większe stężenia bromelainy i papainy mogą podrażniać skórę. Peelingi enzymatyczne stosuję przeważnie raz na tydzień, lub nawet rzadziej. Wszystko zależy od tego jakie inne zabiegi złuszczające wykonywałam już w danym tygodniu. Mam swój sprawdzony i ulubiony peeling enzymatyczny, do którego co jakiś czas powracam. Jest on marki Norel Dr Wilsh. Jednak nie mam go teraz, bo zamierzam wypróbować Odnawiający peelingNovage marki Oriflame. Zaciekawił mnie on, ponieważ stanowi połączenie peelingu enzymatycznego z kwasami.



    Częściej (czyli 2-3 razy w tygodniu) można stosować PEELING GOMMAGE. Tego rodzaju peelingi są bardzo delikatne, dlatego są polecane dla skóry wrażliwej. Działają one trochę jak gumka - po aplikacji roluje się go po powierzchni skóry. W ten sposób zbierając martwy naskórek i lekko odblokowując pory. Obecnie używam Peeling gommage marki Bandi.



    2. MASECZKI

    Niestety ze stosowaniem maseczek u mnie różnie to bywa. Zdarza się, że sięgam po nie bardzo regularnie. Ale mam też tak, że skóra  dwa - trzy tygodnie maseczki żadnej nie widzi. Nie jest to dobre w pielęgnacji, ale staram się nadrabiać mocno nawilżającymi kremami. Jeśli chodzi o maseczki, to najlepsze efekty ich stosowania są wtedy, gdy aplikuje się je zaraz po przeprowadzeniu złuszczania skóry. Dzięki temu składniki lepiej się wchłaniają, skóra staje się gładsza, bardziej nawilżona. W zależności od potrzeb dobieram odpowiednią maseczkę. Czasem bardziej nawilżającą, a innym razem rozjaśniającą. Obecnie polubiłam się z Detoksykującą czarną maską do twarzy marki Evree z serii Black Rose. Ma ona w składzie m.in. węgiel, ekstrakt z róży damasceńskiej oraz kaolin. Ładnie oczyszcza twarz, a przy tym nie przesusza skóry.


    Inne, które polubiłam są marki Lirenez serii zastygających, plastycznych masek. Jest ich kilka rodzajów: Algowa maska głęboko nawilżająca, Regenerująca maska z olejkiem rozmarynowym, Napinająca maska z 24k złotem i perłą, Rewitalizująca maska z witaminą D. Lubię je za to, że w saszetce znajduje się ilość odmierzona na jedno użycie. A po przecięciu pustej saszetki wzdłuż oznaczonej linii otrzymujemy miarkę do odmierzenia odpowiedniej ilości wody. Miałam już tego typu maski, tylko kupowałam je w dużych opakowaniach. Potrzeba trochę czasu, aby nauczyć się odmierzać odpowiednią ilość wody, aby maska za szybko nie zastygła, ani nie była za gęsta do aplikacji. Dlatego maski Lirene stanowią dla mnie świetne rozwiązanie. Na oczyszczoną skórę aplikuję serum, a potem na 15 minut taką maseczkę. Powoduje ona, że serum lepiej się wchłania, a dodatkowo maska zastyga i bardzo łatwo się ją ściąga.


    3. PEELINGI CHEMICZNE

    Nie lubię jesieni. Jednak jak już przychodzi, to staram się wykorzystać ten cza na zabiegi z kwasami. Przez ostatni czas stosowałam 40% kwas migdałowy z Bielendy. Więcej na temat jak wygląda stosowanie peelingów chemicznych i moje wrażenia na temat kosmetyków z Bielendy opisałam w tym poście. Obecnie kwasy te już mi się skończyły i niedługo zaopatrzę się w nowe. Tym razem chce wypróbować inny ich rodzaj.


    Nie chodzę na zabiegi z kwasami do kosmetyczki, ponieważ wolę je sama wykonać. Jednak należy pamiętać, że działanie peelingu chemicznego, to kontrolowane uszkodzenie skóry, które ma pobudzić ją do regeneracji i odnowy. Dlatego uczestniczyłam w kilku kursach i szkoleniach na ten temat. Jeżeli ktoś nie posiada odpowiedniej wiedzy, to nie polecam stosować kwasów samemu, bo można sobie nimi wyrządzić krzywdę.

    4. PEELING KAWITACYJNY i SONOFOREZA

    Tak dla odmiany lubię stosować PEELING KAWITACYJNY, ponieważ oczyszcza skórę ze zrogowaciałego naskórka i zaskórników, a przy tym nie podrażnia. Następnie za pomocą sonoforezy wtłaczam ampułkę. Wszystkie szczegóły na temat jak wygląda taki zabieg opisałam TUTAJ


    A Wy jakie maski oraz peelingi lubicie?

    0 0

    Nie testuję ostatnio zbyt wiele nowości. Wolę powracać do sprawdzonych już kosmetyków. Jednak mimo to znalazło się trzech takich "delikwentów", z których działania nie jestem zadowolona. Nie są to buble, ponieważ można znaleźć wiele recenzji osób, które uważają je za ulubieńców. Niestety ja do nich nie należę.


    Na początek LOVELY Liquid Camouflage - intensywnie kryjący kamuflaż do twarzy. Miałam go w odcieniu C1, który był bardzo jasny i fajnie dopasowany do mojej karnacji. Wiem, że dla wielu osób jest on hitem, wiele uważa go za zamiennik Tarte Shape Tape. Dlatego chciałam go wypróbować. Tak się składa, że korektora z Tarte nie miałam, ale fajnie byłoby mieć jakąś jego namiastkę. Lubię dobrze kryjące korektory, które ładnie prezentują się pod okiem, a także zakryją to, co potrzeba. Ten z Lovely u mnie się nie sprawdził. Zbiera mi się w załamaniach oka, ma słabe krycie, nie zakrywa niedoskonałości, a także jest bardzo nietrwały. W ciągu dnia ściera się z tych miejsc, gdzie być powinien. Do tego jest niewydajny. Zużyłam go w przeciągu miesiąca. Z podobnej półki cenowej lubię za to kolektor z Maybelline Instant Anti Age Eraser oraz Makeup Revolution Conceal and Define.



    Kolejny produkt, z którego działania nie jestem zadowolona, to MATRIX Total Results Color Obsessed Miracle Treat 12. Czyli lotion w sprayu do włosów koloryzowanych. Ma on zapewniać 12 właściwości pielęgnacyjnych:
    - chronić włosy koloryzowane,
    - nadawać natychmiastowej jedwabistości,
    - ułatwiać rozczesywanie,
    - przeciwdziałać rozdwajaniu końcówek włosów,
    - pomagać zapobiegać uszkodzeniom,
    - zapewniać efekt nawilżenia,
    - wygładzać łuskę włosa,
    - dogłębnie odżywiać,
    - sprawiać, że włosy są łatwiejsze w układaniu,
    - kontrolować puszenie.

    Nie zaobserwowałam, aby ma moich włosach dawał któreś z tych właściwości. Raczej powodował większe ich puszenie i strączkowanie - przez co nie były wygładzone. Włosy wyglądały lepiej jak go nie stosowałam. Na szczęście już mi się skończył, a ja zamierzam powrócić do używania Sprayu wygładzającego do układania i wzmocnienia włosów marki Eco Laboratorie. Miałam go jakiś czas temu i dawał świetne efekty - pisałam o nim w tym poście.



    Na koniec jeszcze wspomnę o Wzmacniająco-wygładzającym szamponie do każdego rodzaju włosów marki BIOALVEN. Nie pieni się zbytnio, ale to produkt naturalny. Już się do takich przyzwyczaiłam i nie przeszkadza mi to. Nie polubiłam go za to, że powoduje, iż włosy stają się bardzo szorstkie. Przez to w trakcie mycia plączą się i trudno jest je rozczesać. Z innymi szamponami nie miałam jeszcze takich problemów. Przed myciem włosów zawsze je przeczesuję, a potem delikatnie myję i nie potrzebują już rozczesywania - dopiero jak wyschnął. Gdy używałam szampon Biolaven to, aby przywrócić im miękkość i aby dały się rozczesać, to po umyciu musiałam używać bardzo dużo odżywki. A po wyschnięciu sporą ilość olejku, aby włosy jako tako wyglądały. Użyłam go tylko kilka razy i odstawiłam, bo nie zamierzam tak męczyć się z szamponami.

    To już wszystkie kosmetyki, które rozczarowały mnie swoim działaniem w ostatnim czasie. Na szczęście nie ma ich wiele. Z to mam sporo takich, które stały się moimi ulubieńcami. Ale o tym będzie w innym poście. A Wy mieliście któryś z tych kosmetyków? Co się u Was ostatnio  nie sprawdziło?

    0 0

    Mleczka do ciała, które zawierają rozświetlające drobinki kojarzą mi się głównie z latem i opalenizną - bo ładnie ją podkreślają. Obecnie można by je użyć, gdy chcemy błyszczeć na zabawie andrzejkowej czy sylwestrowej. Nie przepadam za tego typu produktami, jednak jak już go mam, to postanowiłam przetestować. 


    Co mnie zaskoczyło, to jego konsystencja. Mleczka przeważnie są gęste i treściwe. A ten produkt ma bardzo rzadką i lejącą konsystencję. Dlatego znajduje się w opakowaniu, gdzie można go aplikować za pomocą atomizera. Łatwo się rozprowadza po skórze i błyskawicznie wchłania. Pozostawiając mnóstwo błyszczących drobinek i piękny zapach. Mleczko to delikatnie perfumuje skórę, nadając jej lekko słodkiego zapachu, który nawet dość długo się utrzymuje. Nie jestem fanką słodkich zapachów, ale ten mi się podoba.


    Największy problem miałam, aby uchwycić te błyszczące drobinki. Efekt jest bardzo delikatny i na żywo dobrze widoczny, ale nie na zdjęciu. Najlepszym rozwiązaniem było zrobić zdjęcia w słońcu. Dobrze, że dziś zaświeciło, bo ostatnio było bardzo ponuro i pochmurno. Aby drobinki były dobrze widoczne nałożyłam grubszą warstwę mleczka. Przy zwykłym używaniu efekt będzie delikatniejszy - no chyba, że ktoś woli taki. 


    Pomimo że mleczko to zawiera w składzie glicerynę, olejek awokado oraz roślinny kompleks nawilżający, nie zauważyłam, aby nawilżało skórę. Z jednej strony to dobrze, że ma nietłustą konsystencję, ponieważ nie pobrudzi ubrań. Ale z drugiej strony jest to po prostu taki ciekawy gadżet przydatny osobom, które potrzebują, aby ich skóra mieniła się delikatnym złotym blaskiem. Ja do nich nie należę, dlatego komuś je oddam. Mleczko ma pojemność 200 ml, kosztuje ok. 20 zł.

    SKŁAD INCI:Aqua, Glycerin, Dicaprylyl Ether, Synthetic Fluorphlogopite, Dimethicine, Isopropyl Myristate, Persea Gratissima (Avocado) Oil, C14-22 Alcohol, Betaine, Hydroxyacetophenone, Parfum (Fragrance), Hydroxyethyl Acrylate / Sodium Acryloyldimethyl Taueate Copolymer, Isohexadecane, C12-20 Alkyl Glucoside, Polysorbate 60, Ethylhexylglycerin, Imperata Cylindeica Root Extract, Sorbitan Isostearate, Tin Oxide, Chondrus Crispus (Carrageenan) Extract, PEG-8, Carbomer, Phenoxyethanol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Ciitronallol, Linalool, CI 77891 (Titanium Dioxide).

    Mieliście to mleczko do ciała?
    Lubicie takie produkty z rozświetlającymi drobinkami?

    0 0


    Posty ze zużyciami nie pojawiają się u mnie na blogu od pewnego czasu - głównie dlatego, że odkąd stosuję minimalistyczną pielęgnację, to mam bardzo mało zużytych kosmetyków. Dodatkowo długo zajmowało mi zbieranie i gromadzenie tych wszystkich opakowań. Jednak tak się ostatnio złożyło, że skończyło mi się sporo kosmetyków w bardzo krótkim czasie. Czekają mnie teraz większe zakupy, aby uzupełnić braki. Przy okazji pomyślałam, że wspomnę o kilku kosmetykach, których recenzji nie zdążyłam napisać przed ich zużyciem.


    Naszło mnie na testowanie korektorów. Zaszalałam i kupiłam aż dwa: Makeup Revolution Conceal and Define oraz Lovely Intensywnie kryjący kamuflaż do twarzy. Większość opinii, które na ich temat czytałam były pozytywne. Często pojawiało się porównanie ich do drogich korektorów, mocno kryjących - na przykład, że są zamiennikami dla Tarte Shape Tate. Nie wiem czy tak jest, bo go nie miałam. Jakoś nie mogę się przełamać do zakupu korektora za ponad 100 zł, dlatego chciałam mieć chociaż jakiś o podobnym działaniu. Z korektora marki Makeup Revoluton jestem bardzo zadowolona. Robi swoje i jest dostępny w sporej gamie kolorystycznej. Mam go w odcieniu C2 i używam go głównie pod oczy. Z zakrywaniem niedoskonałości na innych partiach twarzy też sobie radzi. Korektor z Lovely mnie rozczarował. Jak dla mnie ma za małe krycie i za bardzo zbiera się w załamaniach skóry pod oczami. Do niego już nie powrócę, a jeśli chodzi o korektor z Makeu Revolution, to mam już następne opakowanie.


    Dobrym kosmetykiem jest też Make-up Fixing Spray z Golden Rose. Produkt ten ma fajny rozpylacz wytwarzający delikatną mgiełkę, która równomiernie opada na skórę. Powoduje, że makijaż dobrze się trzyma, ale też ładnie wygląda na skórze. Mgiełka ta jest bardzo wydajna. Używałam jej prawie codziennie, a wystarczyła mi na parę miesięcy.


    Bardzo lubię też kosmetyki marki Sylveco. Przeważnie jakiś z nich znajduje się wśród kosmetyków, które używam. Tym razem było to Arnikowe mleczko oczyszczające. Lubię je za to, że jest bardzo łagodne, a zarazem dobrze oczyszcza skórę, a przy tym jej nie wysusza. Kiedyś dawno temu, na początku mojej przygody z kosmetykami, nie lubiłam mleczek do demakijażu. Wynikało to z tego, że nie umiałam ich używać. Odkąd się tego nauczyłam, to bardzo cenie sobie mleczka przy demakijażu.


    Drugim kosmetykiem tej marki, który miałam był Naturalny dezodorant ziołowy. Staram się używać dezodorantów bez soli aluminium oraz alkoholu. Tym razem chciałam przetestować akurat ten. Zawiera on ekstrakt z kory dębu - jest to składnik polecany przy potliwości, ponieważ ma właściwości ściągające. Nie pozostawia plan na ubraniach. Ma neutralny zapach. Sprawdził się on u mnie, dlatego, gdy kupowałam następny, to zdecydowałam się na ten sam.



    Zużyłam też coś z kolorówki. A mianowicie Tusz do rzęs The One Volume Blast marki Oriflame. Miał on fajną, małą silikonową szczoteczkę, dzięki której dobrze malowało się rzęsy - nawet te najmniejsze. Jego formuła też była w porządku - był nie za gęsty, a zarazem nie za rzadki. Nie za często kupuję kosmetyki z Oriflame, ale do tego tuszu chętnie jeszcze kiedyś powrócę.


    Natomiast na ukończeniu mam puder Mineralize Skinfinish marki MAC. Powinien mi wystarczyć jeszcze na kilka dni, ale wciągnęłam go już do tego postu, ponieważ nie wiem kiedy będę pisać o następnych zużyciach. Rzadko sięgam po pudry prasowane (ponieważ lubię pudry sypkie), jednak ten okazał się bardzo dobry. Daje ładne i naturalne wykończenie. Nie jest typowo matujący, ale też nie daje suchego pudrowego wykończenia. Mam go w odcieniu Light, który jest do mnie dobrze dopasowany.


    Zużyłam też:
    -  Płyn micelarny marki Natura Care,
    - moją ulubioną bazę pod cienie z Artdeco,
    - ochronną pomadkę z Alterry,
    - Multifunkcyjny balsam Instant Help marki Evree.
    Nie będę się tu o nich rozpisywać, ponieważ na blogu pojawiły się już ich recenzje.

    Mieliście któryś z tych kosmetyków?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    W paczce z nowościami kosmetycznymi, które ostatnio dostałam od Lirene znalazł się między innymi Krem prebiotyczny ochrona + nawilżenie. Jest on przeznaczony do stosowania na dzień. Od razu zabrałam się do jego testowania, ponieważ mój poprzedni krem akurat się skończył. Znając mnie, to zapewne kupiłabym inny niż ten co miałam, bo lubię testować nowości. Dlatego paczka przyszła w odpowiednim momencie, ponieważ potrzebowałam nowego kremu.


    Jest on przeznaczony do cery wrażliwej - czyli takiej jak moja. Dodatkowo posiada wysoki filtr SPF30. Jest to fajne rozwiązanie. Stosuję teraz produkty z kwasami, więc wygodnie jest używać jednego kremu, który nawilża, a zarazem posada filtr. Można by się obawiać co z jego aplikacją, ponieważ kremy z filtrami często są tłuste i bielą skórę. Ten taki nie jest. Ma dość lekką konsystencję i szybko się wchłania. Jest to dobre, gdy chce się potem wykonać makijaż. Można się malować od razu po aplikacji kremu. 


    Krem ten nie podrażnia, nie zapycha i nie obciąża skóry. Zaczęłam go używać, gdy było nieco cieplej i sprawdził się wtedy. Teraz przyszła zima, ale jest bardzo łagodna, dlatego poziom nawilżenia, jaki zapewnia mojej skórze jest odpowiedni. Ciekawa jestem jak się sprawdzi, gdy przyjdą mrozy. Przynosi ukojenie i wzmacnia barierę hydrolipidową skóry. Krem ma przyjemny i delikatny zapach. Jego pojemność to 50 ml, kosztuje ok. 28 zł.


    Ciekawostką jest to, że krem ten ma mieć właściwości Anti Pollution, czyli chronić skórę przed zanieczyszczeniem środowiska - szczególnie smogiem. Teraz to zagadnienie stało się bardzo modne. Nagle pojawiać zaczęło się wiele kosmetyków, które mają być dla nas antidotum na tego rodzaju problemy. Ja w to za bardzo nie wierzę. Jednak krem ten zawiera wiele dobrych i potrzebnych składników, jak na przykład: D-panthenol, alantoinę, złote algi, wyciąg z nasion lnu, glicerynę roślinną.


    W linii Citi Protect znajdują się jeszcze kremy dopasowane do potrzeb innych rodzajów cery:
    - Krem prebiotyczny równowaga + nawilżenie dla cery suchej na dzień i na noc,
    - oraz Krem detoksykujący matowienie + nawilżenie do cery tłustej i mieszanej na dzień.

    SKŁAD:Aqua (Water), Ethylhexyl Methoxycinnamate, C12-15 Alkyl Benzoate, Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Potassium Cetyl Phospate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Dicaprylyl Carbonate, Glycerin, Octocrylene, Dimenthicone, Ethylhexyl Triazone, Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol (nano), Hydroxyacetophenone, Sodium Polyacrylate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Panthenol, Triethanolamine, Decyl Glucoside, Xanthan Gum, Ethylhexylglycerin, Inulin, Allantoin, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Propylene Glycol, Hydrolyzed Linseed Extract, Laminaria Ochroleuca Extract, Phenoxyethanol, Methylparaben, Parfum (Fragrance).
     
    Mieliście ten krem?
    Co o nim sądzicie?

    0 0


    Witam Was serdecznie w nowym roku! Dziś wspomnieć o moich ulubionych maskach i odżywkach do włosów. Nie uważam się za włosomaniaczke, ale bardzo lubię śledzić blogi o tej tematyce. Kiedyś wiele eksperymentowałam z różnymi maskami, wcierkami i metodami pielęgnacji włosów. Jednak nie do końca byłam zadowolona z efektów. Obecnie stawiam na minimalizm. Dobra maska i odżywka to u mnie podstawa. Wypróbowałam ich wiele, jednak te trzy, które pojawią się w dzisiejszym poście zrobiły na mnie najlepsze wrażenie.

    ISANA PROFESSIONAL - Efektiv-Kur, Oil Care (Maska do włosów ekstremalnie zmęczonych i suchych)


    To była pierwsza maska dzięki której moje włosy odżyły. Od dawna farbuję włosy, suszę je suszarką, dlatego staram się zapewnić im odpowiednią regenerację. Moje włosy potrafią być przesuszone i puszące się. Zastosowanie tej maski znacznie pomogło mi w ich ujarzmieniu. Zaczęłam ją kupować jak jeszcze była w starej wersji, czyli w tubce. Byłam zdumiona jak maska za ok. 5 zł jest w stanie pozytywnie wpłynąć na stan moich włosów. Trochę się przestraszyłam, gdy zmieniono jej opakowanie i nieco skład. Takie eksperymenty najczęściej prowadzą do tego, że świetny produkt potrafi zostać zepsuty. W tym przypadku to się nie stało. Na szczęście maska w tej nowej odsłonie nadal dobrze się u mnie sprawdza. Sprawia, że włosy o wiele lepiej się rozczesują, a po wysuszeniu są lejące i mięciutkie.


    ANWEN - Maska do włosów średnioporowatych winogrona i keratyna


    Bloga Anwen czytałam prawie od samego początku jego powstania. Wniósł on bardzo wiele pozytywnych zmian w moim podejściu do pielęgnacji włosów. Zaciekawiło mnie dostosowanie pielęgnacji do porowatości włosów. Z przeprowadzonych przeze mnie obserwacji wynika, że moje włosy są średnio porowate w kierunku do nisko porowatych, dlatego skusiłam się właśnie na tą maskę. To był kolejny strzał w dziesiątkę. Maska ta świetnie dociąża włosy, jednocześnie ich nie przeciążając. A także wygładza, sprawia, że mają więcej blasku i ładnie się układają. Stosuję ją  raz na tydzień, a nawet i rzadziej. Nawet użyta co dwa tygodnie świetnie się sprawdza. Nie stosuje ją częściej, ponieważ można nią przeproteinować włosy. 


    KALLOS GOGO - Odżywka regenerująca do suchych, łamiących się i uszkodzonych włosów


    Tego Kallosa kupiłam zupełnie przez przypadek. Robiłam większe zakupy w sklepie internetowym i brakowało mi parę złotych do darmowej przesyłki. Zaczęłam więc przeglądać co taniego mogę dorzucić. Nie chciałam żadnych gumek do włosów, ani próbek. Za to ta odżywka była produktem pełnowymiarowym, a do tego w fajnej cenie (5,59 zł). Dorzuciłam ją więc do koszyka, nie oczekując po niej żadnych spektakularnych efektów. Opisywane powyżej maski były gęste i treściwe, a ta odżywka jest bardzo lekka. Dlatego pomyślałam, że czasem może się przydać do zaaplikowania na parę minut na włosy. Jednak efekty jakie dała już od pierwszego użycia bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Moje włosy ją bardzo polubiły. Są po jej użyciu takie gładkie i sypkie. Nie puszą się, ani nie strączkują.


    Dobry szampon i ulubiona maska lub odżywka to dla moich włosów najlepsza pielęgnacja.  
    A Wy mieliście któryś z tych produktów?
     Jakie są Wasze ulubione maski i odżywki do włosów?

    0 0

    W jesiennej paczce z nowościami marki Lirene dostałam między innymi: Migdałowy kremowy żel do mycia twarzy. Jeśli chodzi o tego typu produkty, to dla mnie najważniejsze jest, aby oczyszczały skórę, a przy tym jej nie podrażniały. Używam go już dwa miesiące, a dziś chciałabym podzielić się z Wami opinią na jego temat.


    Produkt ten ma lekką i przyjemną konsystencję. Jednak nie jest typowo kremowa. Raczej plasuje się ona pomiędzy dość gęstym żelem, a formułą kremową. Taka konsystencja zapewne ma wpływ na to, że produkt ten bardzo słabo się pieni. W trakcie mycia zachowuje się podobnie jak emulsja. Mi to nie przeszkadza - ja nie lubię jak produkty myjące do twarzy zbyt bardzo się pienią. Dodatkowo ma zapach bardzo delikatny i niedrażniący nos.

    Rzadko w recenzjach skupiam się na szacie graficznej, ponieważ każdy widzi na zdjęciach jak dany produkt wygląda. Jednak w przypadku tego żelu chciałabym wspomnieć, że bardzo mi się podoba ta tubka. Taka prosta, ale zarazem przyjemna dla oka różowa kolorystyka. Dodatkowo żel też jest taki delikatnie różowy. Opakowanie pojemności 150 ml, kosztuje ok. 16 zł.


    Jeśli chodzi o jego działanie, to jestem z niego zadowolona. Ze względu na zmiany, które wprowadziłam w pielęgnacji skóry, stosuje go tylko wieczorem. Rano wystarczające jest dla mnie przemycie skóry wodą. Jednak, gdy wracam do domu i wykonuję demakijaż, to chcę mieć pewność, że skóra jest dobrze oczyszczona, dlatego sięgam po żel. Dodatkowo chciałabym wspomnieć, że nie używam tego produktu do mycia oczu. Od tego mam płyn micelarny. Żelem oczyszczam tylko twarz.

    A teraz wracając do jego działania, to oczyszcza nie powodując przy tym uczucia "ściągnięcia skóry". Mam cerę mieszaną - czyli na policzkach bardziej się przesusza. Po stosowaniu tego żelu skóra jest odświeżona i nie czuję żadnego dyskomfortu. Dobrze sobie radzi z usuwaniem makijażu, nawet tego trwałego jak np. zmycie podkładu Estee Lauder Double Wear. Jest wydajny - wystarczy użyć niewielką jego ilość.


    SKŁAD INCI:Aqua (Water), Cocamidopropyl Betaine, Betaine, Glycerin, 1,2-Hexanediol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Panthenol, Triethanolamine, Sodium Cocoyl Glutamate, Parfum (Fragrance), Hydroxyacetophenone, Laureth-2,peg/ppg-120/10 Trimethylolpropane Trioleate, Glycol Distearate, Buteth-3, Coco-Glucoside, Disodium EDTA, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Sodium Benzotriazolyl Butylphenol Sulfonate, Glyceryl Oleate, Glyceryl Stearate, Tributyl Citrate, Citric Acid, Benzoic Acid, CI 16035 (FD&C Red No 40), CI 17200 (D&C Red No. 33).

    Mieliście ten Migdałowy krem żel myjący marki Lirene?
    Co o nim sądzicie?

older | 1 | .... | 29 | 30 | (Page 31)