Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Witajcie w moim kosmetycznym świecie !!! Mam nadzieje, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie :))

older | 1 | .... | 26 | 27 | (Page 28) | 29 | 30 | 31 | newer

    0 0

    Dziś mam dla Was tylko taki krótki post. A właściwie chciałabym przekazać informacje o zniżce w wysokości 20% na wszystkie zakupy w sklepie internetowym Bodetko Lash.
    Miałam ich odżywkę do rzęs. O efektach jakie zaobserwowałam w trakcie jej stosowania napisałam już jakiś czas temu recenzję. Zużyłam ją dopiero niedawno, bo we wrześniu. Na razie robię sobie przerwę w jej stosowaniu. Ale chętnie bym do niej powróciła, bo moje rzęsy zaczynają już coraz bardziej wyglądać jak przed kuracją. W międzyczasie dostałam informację od marki Bodetko Lash o tej promocji.


    Warto skorzystać, bo ta odżywka jest dosyć droga (kosztuje 149 zł za 3 ml, 89 za 1,5 ml). Sama się zastanawiam nad jej zakupem. Pierwszą odżywkę dostałam w ramach współpracy z tą marką. Jakbym chciała następną, to trzeba kupić, a taka zniżka zawsze trochę obniży cenę. Przeważnie jest też tak, że jak blogerki dają zniżki, to potem coś z tego mają, np. jakiś procent od sprzedaży, itp. Z tą zniżką tak nie jest. Ja nic nie mam od zakupów, które zostaną na nią zrobione. Wspominam o tym, bo niedawno odkryłam blog Ania Maluje. Blog prowadzi od dawna, tylko ja wcześniej do niej nie trafiłam. Podoba mi się to, że informuje ona swoich czytelników co z tego ma, jeśli ktoś skorzysta z jej kuponów rabatowych. 

    Z kodem rabatowym: PureMorning 
    20% zniżki 
    do 30.11.2016 r.

    0 0

    Ostatnio napisałam post o 4 kosmetykach, które ułatwiają mi codzienny makijaż. Spodobał się on Wam, dlatego pomyślałam, aby napisać jeszcze o gadżetach, które ułatwiają mi życie. Będą one oczywiście związane z tematyką kosmetyczną.


    LAKIERY HYBRYDOWE

    Chociaż lakiery hybrydowe gadżetem nie są, to nie pasowały, aby je umieścić w kategorii kosmetyków do makijażu. Dlatego wpasowałam je tutaj. 


    Ze zwykłymi lakierami zawsze miałam problem. Przede wszystkim dlatego, że bardzo szybko odpryskiwały z moich paznokci. Najczęściej już na 2-3 dzień po pomalowaniu. Miałam też trudności z czekaniem, aż lakier całkowicie wyschnie. W związku z czym często chodziłam z odciśnięciami zaschniętymi na lakierze. Dlatego na bardzo długi czas porzuciłam malowanie paznokci. Używałam tylko bezbarwne odżywki, aby paznokcie ładnie się błyszczały.


    Lakiery hybrydowe zrewolucjonizowały moje podejście po malowania paznokci. Teraz mogę cieszyć się pięknie pomalowanymi paznokciami przez dwa tygodnie. Potem odrosty mam już za duże i trzeba zrobić paznokcie na nowo. Lakiery, które głównie używam są marki Semilac. Wiem, że wiele osób narzeka, że ich uczulają. Ale ja używam je od ponad roku i wszystko jest w porządku. Moje koleżanki kosmetyczki też na nich pracują i nie narzekają. Dodatkowo mam też kilka lakierów marki NeoNail.


    PĘDZLE

    Pamiętam początki mojego makijażu i aplikowanie podkładu palcami, a cieni - pacynkami dołączonymi do nich. A potem się zastanawiałam, dlaczego mój makijaż wygląda tak nijak. Jest taki niedopracowany. Na szczęście był już wtedy internet oraz YT. Zaczęły się też pojawiać pierwsze filmiki o pędzlach, ich rodzajach, jak ich używać i jak skompletować swój pierwszy zestaw. 


    Bardzo mi się przydały te filmy. Oglądnęłam ich sporo, co ułatwiło mi to skompletowanie mojego pierwszego zestawu pędzli. Nie był on duży, ale do tej pory mi służy (he he tak mi się zrymowało). Jak na moje możliwości finansowe, którymi wtedy dysponowałam, to był bardzo drogi zakup, bo na te pędzle wydałam ok. 300 zł. Ale bardzo się z nich ucieszyłam. Mój makijaż znacznie na tym skorzystał.


    Ten mój pierwszy zestaw pędzli pochodzi z firmy Maestro i jakbyście byli ciekawi, to prezentowałam go w tym poście. Wszystkie te pędzle mam do tej pory. Nic się w nich nie zepsuło, nie zgubiły włosia. Jedynie napisy się z nich pościerały. Cały czas dobrze mi służą, a mam je już około 6 lat.


    Potem z czasem dokupiłam jeszcze inne. Głównie te z Zoevy, ale mam też kilka pojedynczych pędzli innych marek, takich jak Sigma, Ecotools czy Sephora. Na zdjęciach w tym poście nie są pokazane wszystkie moje pędzle. Nie chciałam brać tu tych, które aktualnie używam, bo są brudne. Parę pędzli, gdy robiłam zdjęcia akurat się suszyło. Jednak w innych postach prezentowałam już posiadane przeze mnie pędzle:



    ZALOTKA

    Ja używam zalotki od kiedy tylko zaczęłam się malować. Używam jej za każdym razem, gdy wykonuję makijaż i nie wyobrażam sobie, aby miało być inaczej. Moje rzęsy są z natury proste. A ja lubię, gdy są ładnie podkręcone. Próbowałam stosować tusze podkręcające rzęsy, ze specjalną formulą i ze specjalną szczoteczką. Ale nie sprawdziły się u mnie. Moje rzęsy z uporem maniaka cały czas były proste. Dlatego używam zalotkę.


    Nie zniszczyłam sobie nią rzęs. Nie wiem czemu wiele osób tym straszy. Czasem w trakcie podkręcania kilka rzęs mi wypadnie, ale i tak by wypadły. A dzięki temu, że zbiorę je zalotką nie lądują potem na policzku. Miałam wiele zalotek - takich zwykłych drogeryjnych. Ale potem zainwestowałam w lepszą, polecaną zalotkę z Inglota - tą czarną. Jest dobra i tak zrobiona, że podkręca rzęsy, ale zarazem za mocno ich nie ściska.



    SILIKONOWA MYJKA DO PĘDZLI

    Jest to mój najnowszy gadżet, bo kupiony w październiku. Ale od kiedy go pierwszy raz użyłam, to zastanawiam się czemu nie kupiłam tej myjki wcześniej. Bardzo chciałam kupić tą marki For Your Beauty z Rossmanna, ale ciągle ich nie było. Dlatego zamówiłam inną - Brush Cleaning Egg.


    O pędzle trzeba dbać i je regularnie myć. Właściwie pielęgnowane długo nam posłużą, a jednocześnie unikniemy niepotrzebnych problemów ze skórą. Do tej pory myłam pędzle pocierając je w dłoniach. Kończyłam z przesuszoną i pomarszczoną skórą. Dlatego ta myjka do pędzli okazała mi się bardzo przydatna. Dodatkowo kupiłam jeszcze olejek z Isany, który jest przeznaczony do mycia ciała. Jednak już wiele razy okazywało się, że kosmetyki można stosować też na inne sposoby. A ten olejek wiele osób poleca jako dobry środek do mycia pędzli. 


    Myjkę zakłada się na dwa palce, nanosi niewielką ilość środka myjącego na powierzchnię z wypustkami, a potem pociera zwilżonym pędzlem, aż do momentu, gdy pędzel będzie czysty. Następnie wystarczy spłukać wodą. Jest prosta w utrzymaniu czystości (łatwo ją umyć, a potem pozostaje spryskać płynem do dezynfekcji, albo sparzyć w gorącej wodzie).


    Przedstawione tutaj gadżety nie są może jakoś bardzo odkrywcze. Zapewne słyszał o nich każdy i wiele osób je używa. Jednak są to rzeczy, które znacznie ułatwiły mi życie. Cieszę się, że na nie natrafiłam i wypróbowałam.


    A Wy macie takie gadżety, które ułatwiają wam życie?
    Jak wyglądałby Wasz ranking?

    0 0

    Dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami z używania podkładu Makeup Revolution The One Foundation. Występuje on w 16 wersjach kolorystycznych. Mnie jednak interesował tylko jeden z nich. A mianowicie odcień numer 1, czyli biały. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że trudno oceniać mi go jako podkład, bo go tak nie używam. Nie aplikuję go samego bezpośrednio na twarz, tylko mieszam z innymi podkładami.


    Zainteresowałam się nim, ponieważ zawsze trudno mi było znaleźć podkład odpowiednio dobrany do mojej cery. Nawet kosmetyki polskich marek, produkujących na nasz rynek i dla potrzeb kobiet o występującym tu typie urody nie spełniały moich oczekiwań. Ja należę do tych bladolicych, dla których nawet najjaśniejsze odcienie podkładów dostępnych w drogeriach są za ciemne. Nie mam skóry w różowym tonie, ale całkiem w żółty też nie wpadam. Potrzeba mi podkładu o lekko beżowym zabarwieniu. 


    Jak to dobrze, że dowiedziałam się o The One Foundation. Za to właśnie lubię blogi. Przeglądając posty nieraz coś ciekawego zaobserwuję, co mogę potem u siebie wprowadzić. Od kiedy kupiłam ten biały podkład często jest bardzo przydatny. Dzięki mieszaniu go z moimi nieco za ciemnymi podkładami, mogę uzyskać odcień jaki mi pasuje. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że nie rozjaśnia on podkładów aż o kilka tonów. Do tego się nie nada. Jest przydatny w sytuacji, gdy podkład jest dla mnie dopasowany latem, gdy się nieco opalę, a potem zimą ten podkład staje się już nieco za ciemny. Wtedy rozjaśniam go troszkę białym MUR.


    Kwestią, nad którą zastanawia się wiele osób, jest to czy The One zmienia właściwości podkładów, z którymi go łączymy. Moja odpowiedź brzmi: to zależy od proporcji w jakich go użyjemy. MUR ma bardzo wodnistą konsystencje. Wygląda jak woda o białym zabarwieniu. Dlatego ja używam go bardzo niewiele. Na jedną wyciśniętą pompkę podkładu daję tylko kropelkę tego białego. Wtedy uzyskuje efekt, o który mi chodziło - podkład jest jaśniejszy, nie tracąc przy tym swoich właściwości. Zmienia jedynie konsystencje podkładu na nieco lżejszą, ale nie traci na tym krycie. 


    Parę razy jednak zdarzyło mi się wydobyć go za dużo (to w związku z tą jego wodnistą konsystencją). Wtedy po zmieszaniu otrzymałam bardzo rozrzedzony podkład, który tracił na kryciu i na innych właściwościach, np. matujących. Nie wyglądał tak jak chciałam. W tym wypadku mniej znaczy więcej. Najlepiej używać go w małych ilościach, a dzięki temu dodatkowo będzie bardzo wydajny. 
    Bardzo chciałam pokazać to na zdjęciach. Niestety mój aparat nie był w stanie uchwycić tej subtelnej różnicy między lekko rozjaśnionym podkładem, a tym standardowym. Na zdjęciach obie wersje wyglądały tak samo. Dopiero jak bardzo mocno rozjaśniłam podkład, to widać jest różnicę. Na zdjęciu poniżej można zaobserwować jak bardzo biały MUR jest w stanie rozjaśnić podkład. Ja do codziennego makijażu nie potrzebuję aż takiego efektu. Ale tylko w ten sposób mogłam to pokazać.


    Z tego co czytałam pozostałe wersje kolorystyczne też są tak rzadkie. Dlatego nie kupiłam ich więcej - nie wyobrażam sobie aplikować na twarz tak rzadki podkład. Więcej go pewnie spłynie niż zostanie na skórze. Pewnie nie będzie miał też dobrego krycia. Dlatego właśnie moja recenzja nie zajmuje się tym odcieniem numer 1 jako takim typowym podkładem. Ja używam go tylko do rozjaśniania za ciemnych podkładów. W ten sposób uratował mi nie jeden podkład przed wyrzuceniem, bo mogę lepiej dopasować jego odcień. Myślę, że warto go mieć w swojej kosmetyczce. Dodatkowo nie jest on drogi. Standardowa cena to ok. 20 zł. Mi udało się go kupić na promocji za 9,99 zł.


    A Wam przydałby się taki biały podkład?
    Co o nim sądzicie?

    0 0

    Witajcie po krótkiej przerwie. Dopadła mnie grypa żołądkowa i trochę osłabiła. A potem jeszcze laptop mi się zepsuł. Jednak mam nadzieję, że to już koniec tej złej passy i mogę powrócić do blogowania. W międzyczasie poużywałam trochę produktów marki YOPE. Na blogach oraz YT pojawia się wiele opinii i zachwytów nad nimi. Trochę im uległam, bo szukam dobrych, w miarę naturalnych produktów, a jeszcze jak są polskiej marki, to świetnie. Nie szalałam z zakupami. Na początek kupiłam tylko mydło w płynie i płyn do czyszczenia łazienek. Chciałam się przekonać czy spodoba mi się ich używanie i czy skuszę się na więcej.


    Na pierwszy rzut oka oceniamy wygląd. A produkty tej marki mają charakterystyczny design etykiet. Ja skusiłam się na mydło w płynie w wersji Figa. Ma ona takiego jakby ręcznie malowanego ptaka w kapeluszu i z muszką, do tego minimalistyczne logo. Wszystko prezentuje się bardzo ładnie. Dodatkowo etykieta nie jest papierowa. Dzięki temu nie uszkodziła się wcale przy kontakcie z wodą. Opakowanie plastikowe z pompką. Podoba mi się ono na tyle, że pewnie jak zużyję to mydło, to coś innego do niego przeleję.


    Gdy robiłam zamówienie, to te mydła w płynie występowały w czterech wariantach zapachowych: Wanilia i cynamon, Werbena, Figowe, a także Herbata i mięta. W listopadzie dołączyły do nich jeszcze dwa: Imbir i drzewo sandałowe oraz Szałwia i zielony kawior. Ciekawiła mnie wersja Wanilia i cynamon, ale obawiałam się, że będzie za słodkie. Ja chciałam coś delikatnego. Dlatego zainteresowało mnie mydło Figowe, bo jego opis brzmiał: owocowy, śródziemnomorski, słodko-świeży. No coś w tym jest. Zapach jest przyjemny, taki naturalny i roślinny. Ale szkoda, że nie utrzymuje się na skórze. 


    Mydło jest delikatne dla skóry. Jego skład INCI jest następujący:
    Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Ficus Carica Extract, Cetyl Betaine, Decyl Glucoside, Coco - Glucoside, Glycereth-2 Cocoate, Sodium Benzoate, Potasium Sorbate, Parfum, Lactic Acid,  Allantoin, Panthenol.


    Producent wspomina, że ma mieć ono też właściwości nawilżające. Faktycznie coś w tym jest, ponieważ po umyciu rąk skóra nie jest sucha. Nie ma tego uczucia, że trzeba się od razu posmarować kremem. Ale w związku z tym mydło ma trochę dziwną konsystencję. Dodany jest do niego ekstrakt z owoców figowca oraz gliceryna. Gdy wydobędziemy je na dłonie, to jest śliskie, jakby olejowe. Używając go czułam się jakbym myła ręce silikonowym serum. Jest to dosyć dziwne uczucie. 


    Podsumowując: Jest to dobre mydło, któremu nie mam nic wielkiego do zarzucenia. Jest delikatne, dobrze oczyszcza skórę, nie przesuszając jej przy tym. Dodatkowo ma w miarę naturalny skład. Mieści się w dużym opakowaniu - ma pojemność 500 ml. Standardowa centa to ok. 22 zł (moje kupiłam korzystając z promocji za 14,90 zł). Mydło w gruncie rzeczy spełniło moje oczekiwania. Jednak brakuje mi tu tego czegoś, co by skłoniło mnie do przyłączenia się do zachwytów nad nim. Może to kwestia, że na początek nie trafiłam z wyborem wersji zapachowej? Może inne zachwyciły by mnie bardziej?

    A Wy używaliście mydeł w płynie marki YOPE?
    Co o nich sądzicie?

    0 0


    LIRENE pianka oczyszczająca pory do mycia twarzy o działaniu antybakteryjnym - pianki do mycia twarzy lubię stosować rano do odświeżenia i umycia skóry z sebum nagromadzonego przez noc. Pianka ta była bardzo bardzo delikatna i dobrze się sprawdziła.

    LIRENE BIO NAWILŻENIE nawilżający żel micelarny z witamina E - dostałam go, więc go wypróbowałam. A co o nim sądzę napisałam TUTAJ.


    Przez ten zimowy czas staram się jak najbardziej przykładać do nawilżania i regeneracji skóry. W tym celu sięgam po maseczki. W listopadzie były to:

    - EFEKTIMA Mineral SPA peeling + maska + krem myjący - w moich zbiorach maseczkowych wygrzebałam takie 3 w 1. Zawartość saszetki nanosimy na wilgotną skórę, pozostawiamy na ok. 5 minut. Potem okrężnymi ruchami chwile masujemy i zmywamy letnią wodą. Maseczka ta zawiera m.in. zielone błoto mineralne i glinkę białą. Wystarczyła mi na 2 użycia.

    - LIRENE Dermal Therapy zabieg oczyszczający,glinkowa maska mineralna - jest to maseczka zawarta w 2 saszetkach. Ich zawartość jest tak odmierzona, że wystarczyły mi na te dwa użycia. Aplikujemy ją  na twarz na 10 minut, następnie chwile delikatnie masujemy, a potem zmywamy wodą. Maseczka zawiera glinkę kaolinową oraz wyciąg z guarany. 

    - BIELENDA PROFESSIONAL rozjaśniająca maseczka do twarzy - ja miałam akurat próbkę. Ale ta maseczka jest dostępna też w pełnowymiarowym opakowaniu o pojemności 175 ml. Przeznaczona jest do cery pozbawionej blasku, z oznakami zmęczenia.


    Avon Treselle woda perfumowana - spośród zapachów dostępnych w Avonie Treselle najbardziej mi się podoba. Nie przepadam za ich kosmetykami pielęgnacyjnymi. Jednak na ten zapach raz na jakiś czas się skuszę.

    EVELINE Big Volume Lash Mascara - kolejny tusz do rzęs tej marki, który wypróbowałam. Kolejny raz jestem zadowolona. Nie będę się tu o nim rozpisywać, ponieważ szczegółową recenzję ze zdjęciami pokazującymi efekty na rzęsach napisałam już wcześniej TUTAJ.


    PLANETA ORGANICA szampon na bazie olejku z rokitnika arktycznego  - przeznaczony jest on do włosów suchych i zniszczonych. Na wizażu znalazłam wiele dobrych opinii na jego temat. Niestety ja się pod nimi nie podpisuję. Na moich włosach się on nie sprawdził. Powodował, że stawały się bardzo twarde i szorstkie. Nawet jeśli rozczesałam je dobrze przed umyciem, a potem bardzo delikatnie myłam, to efekt końcowy był okropny. Nie mogłam rozczesać włosów. Nawet jak zastosowałam po umyciu odżywkę, taką która dobrze wpływała na moje włosy. Nie polecam go. Dobrze, że już się skończył.

    BANIA AGAFII serwetkowy szampon pielęgnacja i ochrona koloru oraz maska do włosów "siedem sił" - te kosmetyki w saszetkach Bani Agafii bardzo dobrze się u mnie sprawdzają. Jakiś czas temu kupiłam sobie ich większy zapas, a teraz powoli je zużywam. Taka jedna saszetka wystarcza mi na ok. 10 użyć, wiec są bardzo wydajne. Już nieduża ilość potrafi dobrze zadziałać na moich włosach.

    MATRIX Total Results Color Obsessed - z tej linii miałam akurat próbkę szamponu i odżywki. Moje włosy fajnie po ich użyciu wyglądały. Mimo że te saszetki wystarczyły tylko na jedno użycie, to zaciekawiła mnie ta seria i może kiedyś skuszę się na pełnowymiarowe opakowania.


    DOVE  Purely Pampering żel pod prysznic - oczyszczał skórę - czyli robił to co powinien. Nie ma się co tu więcej rozpisywać.

    ALTERRA  krem do rak Bio rumianek i jojoba - najczęściej sięgam po kremy do rąk z Evree. Jednak czasem lubię wypróbować też jakiś inny. Dlatego skusiłam się na krem marki Alterra. Dodatkowo był akurat na promocji. Zapłaciłam za niego 3,39 zł za 75 ml - nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. To była trafna inwestycja, bo krem okazał się bardzo dobry. Fajnie nawilżał skórę, nie zostawiał tłustej warstwy, efekt nawilżenia długo się utrzymywał, no i był wydajny.

     A jak tam Wasze zużycia w listopadzie?

    0 0
  • 12/06/16--02:04: Zakupy listopad 2016
  • Dziś będzie krótko, ponieważ zakupy kosmetyczne mam nieduże. W listopadzie skorzystałam ze zniżki na hairstore.pl i kupiłam kilka produktów do włosów:
    - Matrix Total Results Color Obsessed spraw ochronny 12 korzyści (33,50 zł)
    - Matrix Oil Wonders Egyptian Hibiscus olejek dodający blasku włosom farbowanym (31,40 zł)


    Chcę także wypróbować ampułki z Kerastase:
    - koncentrat odbudowujący (23,90 zł)
    - koncentrat odżywczy (23,90 zł)


    Wracam też do kuracji odżywką BodetkoLash. Kupiłam ją ze zniżą 20%.


    A jak tam Wasze zakupy kosmetyczne w listopadzie ?

    0 0

    Ostatni post z ulubieńcami miesiąca jaki pojawił się u mnie na blogu dotyczył jeszcze maja i czerwca. Potem nie zabierałam się za ulubieńców, ponieważ nie miałam ich zbyt wielu. Nie widziałam sensu, aby pisać post z jednym produktem. Dlatego, gdy zebrałam ich więcej, to teraz chciałabym wspomnieć o moich ulubieńcach kosmetycznych z kilku ostatnich miesięcy.



    Too Faced
    Natural Matte
    paleta cieni do powiek
    ---------------------------------

    Paletka z cieniami znajduje się w solidnie wykonanym, metalowym opakowaniu. Dodatkowo prezentuje się ono niezwykle ślicznie. Ta brązowa koronka z kwiatowym motywem bardzo mi się podoba. Paletka jest nieduża, więc mogę ją ze sobą zabrać, gdy gdzieś jadę, ale również nie zajmuje dużo miejsca w kosmetyczce. Jednak nie za to trafiła do ulubieńców.


    Zawiera ona fajnie skomponowane ze sobą matowe cienie. Występują w bardzo neutralnych kolorach. Producent podpowiada (w dołączonej ulotce) jak je ze sobą łączyć, ale można je dowolnie zestawiać. Cienie bazowe są większe, bo ich najwięcej się używa. Jak widać mam tu kilku swoich ulubieńców, które zaczynają powoli dobijać dna. Cienie są bardzo dobrej jakości. Dobrze się je blenduje ze sobą, tak że nie tracą na tym swoich odcieni - nie zlewają się w jedną plamę. Jest to świetna paletka do makijaży na co dzień. Ale jak się ją zestawi i z innymi cieniami, to można wykonać też jakiś mocniejszy, wieczorowym makijaż.



    L'Oreal
    Color Infaillible
    cień do powiek
    -----------------------

    W moim codziennym  makijażu nie może zabraknąć jasno różowego, lekko błyszczącego cienia do powiek. Wszystko to zapewnia mi odcień 004 Forever Pink marki L'Oreal. Często nakładam go na całą ruchomą powiekę, a do jej załamania używam ciemniejszych cieni z paletki Too Faced.


    Cień ten znajduje się w eleganckim, plastikowym słoiczku. W dotyku sprawia wrażenie lekko kremowego, ale jest to cień prasowany. Jest bardzo mocno napigmentowany. Dzięki temu wytrzymuje na powiekach 8 godzin (czyli tyle czasu ile przeważnie mam nałożony makijaż) i nie blaknie w między czasie. Dla osiągnięcia najmocniejszego koloru najlepiej aplikować go palcem. Wklepać i lekko docisnąć do skóry. Gdy mam ochotę, aby dawał delikatniejszy kolor, wtedy aplikuję go pędzlem.



    Catrice
    Camouflage Cream
    ------------------------------

    Korektor marki Catrice miałam wcześniej w wersji płynnej - Liquid Camouflage. Gdy go zużyłam, to chciałam jeszcze wypróbować ten kremowy. W sumie, to oba bardzo polubiłam. Camouflage Cream znajduje się w małym, plastikowym słoiczku. Mimo że trzymam go cały czas w domu w pudełku z moimi kosmetykami, gdzie nie dzieje się mu żadna krzywda, to wieczko mi pękło (widać to na zdjęciu). No szkoda, że opakowanie nie jest solidniejsze, bo teraz nie dokręca się do końca i martwię się czy korektor nie zacznie za szybko zasychać.


    Mam go w odcieniu 010 Ivory i jest dobrze dobrany do odcienia mojej skóry. Korektor jest bardzo kremowy i świetnie palikuje się go pędzelkiem z syntetycznego włosia. Lubię go też za jego mocne krycie. Idealnie ukrywa wszelkie zaczerwienienia czy niedoskonałości. Zdarza mi się też stosować go pod oczy, bo fajnie kryje tamtejsze zasinienia. Jest bardzo trwały. A do tego niedrogi.



    Clarena
    Oxy Matrix
    Dotleniający krem pod oczy
    ------------------------------------------

    Kupiłam go przypadkiem, po rozmowie ze znajomą kosmetyczką, która powiedziała mi: "jak nie wiesz jaki krem wybrać, bierz dotleniający". I to się sprawdziło. Jest on gęsty, treściwy, ma bogatą i intensywnie odżywczą konsystencje. Czyli ma to, czego spodziewam się po dobrym kremie pod oczy. Dostępny jest w kilku wersjach opakowania: zakręcanym słoiczku, buteleczce z pompką i tym, który mam ja - czyli w tubce. Dobrze mi się go używa w takiej formie opakowania.


    Używam go już około dwa miesiące i dość szybko zauważyłam, że dobrze mi służy. Daje przyjemne uczucie komfortu na skórze pod oczami, co doceniam zwłaszcza w miesiącach zimowych. Skóra jest gładka, miękka i odpowiednio nawilżona. Mimo gęstej konsystencji, wchłania się dość szybko. Jednak używam go tylko na wieczór, bo jakoś nie jestem przekonana do używania kremów pod oczy rano pod makijaż. Nie jest tani, ponieważ opakowanie pojemności 30ml kosztuje ok 60 zł. Ale jest wart tej ceny, ponieważ już dawno nie miałam tak dobrego kremu pod oczy.


    Gehwol med.
    Maść na spękane stopy
    --------------------------------

    Jak widać już niewiele mi jej pozostało. Co nie znaczy, że zaraz mi się skończy. Ta maść jest bardzo wydajna, ponieważ wystarczy użyć jej niewielką ilość. Stosuję ją już kilka miesięcy. Nie mogła nie trafić do moich ulubieńców.


    Lubię ją za skuteczność w działaniu. Chociaż nigdy nie miałam problemów z popękanymi stopami, to postanowiłam kupić właśnie tą maść. Skóra stóp jest bardzo sucha. Zwłaszcza zimą miałam z tym problem, dlatego postawiłam na "ostrą artylerię" w postaci tej maści. Dobrze nawilża i szybko regeneruje skórę. A do tego nie jest droga. Opakowanie pojemności 75 ml kosztuje ok. 25 zł.

    A jak tam Wasi ulubieńcy ???
    A może mieliście któryś z tych kosmetyków ??

    0 0
  • 12/22/16--04:00: Wesołych Świąt !!!
  • Powoli zbliżają się najbardziej oczekiwane w roku Święta, podczas których w sercach wszystkich ludzi budzi się nadzieja i radość, które kojarzą się z najpiękniejszymi wspomnieniami z dzieciństwa i całego życia.


    Z tej okazji chciałabym  złożyć życzenia 
    cudownych Świąt spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze, 
    aby radość i pokój tych Świąt nie przeminęły przez cały rok.

     
    Życzę też na ten nadchodzący Nowy Rok spełnienia zamierzeń i dążeń zawodowych, 
    aby marzenia zamieniły się w cele do których będzie się dążyć, 
    aby nigdy nie zabrakło miłości i wsparcia najbliższych,
    bo dzięki temu nawet najtrudniejsze chwile w życiu są łatwiejsze do przetrwania.

     Dorota

    0 0

    Witajcie w Nowym Roku!!!

    W końcu udało mi się zabrać za napisanie postu. Zaraz po świętach dopadło mnie paskudne choróbsko i długo nie mogłam tego wyleczyć. Panuje u nas jakiś taki wirus, który jak kogoś dopadnie, to nie odpuszcza zbyt szybko. Do tego jest bardzo zaraźliwy. Mam nadzieję, że najgorsze już za mną. A teraz chciałabym skupić się na nowościach w ofercie marki Lirene.



    Lirene, Be Glam, baza rozświetlająca

    Baza pod podkład jest to ten etap w makijażu, którego od dawna nie używałam. Zraziłam się do baz po tym jak mnie pozapychały, a moja skóra źle reagowała na te wszystkie silikonowe cuda. Dla mnie bazę stanowiła zadbana i dobrze nawilżona skóra. Dlatego, gdy w paczce z nowościami od Lirene znalazłam bazę, to na początku bałam się jej użyć. Nie chciałam zaszkodzić swojej skórze. Jednak moje obawy okazały się bezpodstawne. Baza ta dobrze się sprawdziła, a nawet spowodowała, że bardziej otworzyłam się na wypróbowanie też i innych.


    Trochę na początku nie byłam zadowolona z faktu, że trafiła mi się baza rozświetlająca, ponieważ mam cerę mieszaną, która i tak sama z siebie się świeci w strefie T. A przecież dostępna jest też baza na zaczerwienienia i matująca. Jednak, gdy pierwszy raz ją wypróbowałam okazało się, że nie jest źle. Baza posiada kremowo-żelową konsystencje. Nie jest taka typowo silikonowa - owszem pozostawia skórę gładką, ale nie jest ona śliska, ani tłusta. Be Glam ma biały kolor, ale po roztarciu na skórze jest bezbarwna. Efekt rozświetlenia, który daje jest bardzo subtelny i co najważniejsze - nie przeszkadza mi on. Dlatego chętnie po nią sięgam przy codziennym makijażu. Dodatkowo bardzo fajnie aplikuje się na nią podkład, a baza przedłuża jego trwałość.


    Lirene, Perfect Tone, fluid dopasowujący się do koloru cery

    Niestety moja skóra coś ostatnio nie lubi się z podkładami tej marki. A szkoda, bo ten fluid zapowiadał się bardzo ciekawie. Kilka moich podejść do niego było bardzo obiecujących, jednak pewien drobny szczegół nie pozwala mi go używać.


    Zacznę może od tego, co mi się w nim spodobało. Perfect Tone daje fajne uczucie na skórze. Jest lekki, ale dość dobrze kryjący. Zakryje mniejsze zaczerwienienia i przebarwienia na skórze. Ładnie wyrówna koloryt, ale wiadomo, że z większymi problemami nie obejdzie się bez korektora. Ładne ma też wykończenie - nie jest to mat, ani tym bardziej błysk. To coś pomiędzy tymi dwoma odpowiednio wyważone. Dlatego nie dziwię się, że zbiera tak dużo dobrych opinii.


    Niestety częściowym problemem jest u mnie to, że dostałam za ciemny dla mnie ocień o numerze 120. Niby jest to produkt dopasowujący się do koloru cery. Znalazłam nawet opinie osób, dla których odcień ten był za ciemny i się ładnie wtopił po aplikacji. Niestety u mnie się to nie dzieje. Nie stanowiłoby to żadnego problemu, bo nie jest to najjaśniejszy odcień w jakim Perfect Tone jest dostępny. Dlatego wybrałam się do drogerii, aby sprawdzić te jaśniejsze odcienie. Jest ich aż dwa: 110 oraz 100. Ivory, czyli 100, byłby idealny, gdyby nie to, że z czasem ciemnieje na mojej skórze. Jego trwałość mogłaby być też lepsza. Dlatego na chwilę obecną nie używam tego podkładu i zastanawiam się co z nim zrobić. Czy poczekać do lata jak się nieco opalę i wtedy może będzie bardziej pasował, czy go po prostu "puścić dalej w świat"?


    Lirene, No Dark Circles, korektor rozświetlający

    Abym polubiła No Dark Circles musiałam najpierw nauczyć się go używać. Nie jest to pierwszy korektor, z którym mam do czynienia. Jednak dziwiło mnie, że tak wiele osób go chwali, a u mnie daje beznadziejne efekty. Nie rozumiałam co w nim te osoby takiego widzą. Okazało się, że problem tkwił w sposobie jego aplikacji. 


    Na początku aplikowałam go pędzlem - ale jego lekka formula robiła straszne smugi. Dlatego próbowałam też wklepać palcem. Jednak dalej to, nie było to. Już myślałam, że nic z tego nie będzie, aż z pomocą przyszedł mi jeden z filmików Katosu, gdzie pokazywała, że dobrze aplikuje jej się korektor suchą gąbeczką. I to było to - wypróbowałam i od tej pory bardzo polubiłam się z No Dark Circles. Co prawda korektor jest zaopatrzony w swoją gąbeczkę. Jednak jest ona dla mnie za twarda i ma trudny do obsługi kształt. Do tego jest mało higieniczna, bo nie da się jej umyć. Mi do aplikacji tego korektora najlepiej używa się gąbeczki w formie malutkiego jajka. 


    Jest to bardzo lekki korektor. Przeznaczony typowo pod okolice oczu. Ma nie obciążać skóry i ładnie odbijać światło, czyli dawać zarazem efekt rozświetlenia. Jego krycie jest małe, ale nie takie jest jego zadanie. Stosuję go na kryjący korektor z Catrice. Razem tworzą fajny duet.

    Jeśli chodzi o sprawy, które mi się w tym produkcie nie podobają - będzie to opakowanie. A konkretnie chodzi mi o to, że wydobywa się z niego za dużo zawartości. Tubka jest bardzo miękka przez co, gdy otwieram korektor czasem zdarza mi się ją za mocno ścisnąć, a wtedy wydostaje się go więcej niż zużyję podczas makijażu. 

     Tak prezentują się te wszystkie kosmetyki razem. Jak widzicie podkład jest dość ciemny.

     
    Mieliście którychś z tych kosmetyków?
    Co o nich sądzicie?

    0 0

    Moja obecna pielęgnacja jest bardzo minimalistyczna. Stosuję niewiele kosmetyków, ale staram się je tak dobierać, aby zapewnić mojej skórze nawilżenie, by się uspokoiła i mniej przetłuszczała. Dziś opowiem Wam o mojej porannej pielęgnacji twarzy. Zaprezentuję kosmetyki, ale też troszkę opowiem jak się u mnie sprawdzają. Nie ma ich wiele, ponieważ u mnie rano wszystko musi odbywać się szybko. Dopiero wieczorem skupiam się na bardziej skomplikowanych rytuałach. Ale o tym będzie w innym poście.




    KROK 1: Mycie/oczyszczanie

    Rano oczyszczam skórę delikatnym preparatem myjącym. Przeważnie jest to kosmetyk w formie pianki, bo takie lubię najbardziej. Obecnie jednak nie mam żadnej, ponieważ skończyły mi się. Za to w moich zapasach kosmetycznych znalazłamżel micelarny redukujący zmiany trądzikowe o działaniu antybakteryjnym z Under Twenty


    Można go stosować na 2 sposoby: z wodą lub bez. Ja preferuję pierwszą opcję, czyli aplikuję go na wilgotną skórę, dokładnie myję nim twarz, a potem spłukuję wodą. Żel ten jest bardzo delikatny, a zarazem dobrze czyści skórę. Czyli spełnia swoje zadanie. Jednak wiadomo, że ma on krótki kontakt ze skórą, dlatego nie zaobserwowałam u mnie wszystkich wymienionych przez producenta jego działań. To znaczy nie redukuje liczby rozszerzonych porów oraz przebarwień trądzikowych.


    KROK 2: tonik

    Tonizowanie skóry to ważny krok, którego nie powinno się pomijać. Wiem, że wiele osób zastanawia się: do czego w ogóle tonik jest potrzebny?, a także: w którym momencie demakijażu powinno się go użyć? Zasada jest prosta: tonik powinno się stosować po każdym użyciu wody na twarz, aby przywrócić naturalne pH skórze. Gdy nie mamy toniku, to można posłużyć się płynem micelarnym lub hydrolatem. 


    Gdy sięgam po tonik, to najczęściej wybieram nawilżający lub przeznaczony do cery wrażliwej. Nie używam tych typowych do skóry mieszanej. Toniki matujące i te na bazie alkoholu tylko przynosiły mi więcej szkody niż pożytku. Obecnie używam Pink Energy Moist Toner marki Skin79. Nie jest to taki typowy wodnisty tonik. Ma on lekko żelową formułę. Najważniejsze jest to, że spełnia swoje zadanie, a przy tym koi skórę i ją nawilża.


    KROK 3: serum

    Rano jest to u mnie krok opcjonalny. Serum najczęściej używam wieczorem. Obecnie jednak mam serum, które posiada 4 miesiące przydatności do zużycia od momentu otwarcia. Używam je już dwa miesiące, a jeszcze połowa mi została. Do końca lutego należało by je zużyć, dlatego stosuję je rano i wieczorem. 


    Produkt o którym mowa to Capillary Repair Serum z Bielendy. Jest to serum przeznaczone typowo dla skóry naczynkowej. Ma za zadanie wzmacniać i uszczelniać naczynia krwionośne. Dlatego zawiera odpowiednie składniki takie jak: rutyna, kasztan, arnika, witamina C. Ma 30 ml pojemności i jest bardzo wydajne. Używam na raz tylko kilka kropelek, a wystarcza to na posmarowanie twarzy, szyi i trochę dekoltu. Już po miesiącu stosowania zauważyłam jego dobry wpływ na moją skórę. Zimą zawsze miałam problem z czerwienieniem się skóry, wystarczyło tylko zawinąć się szalikiem, a po jego zdjęciu miałam czerwone plamy ma szyi. Teraz już mi się tak nie robi. Skóra znacznie się uspokoiła. Serum to bardzo szybko się wchłania, dlatego dobrze aplikuje się na nie potem krem.


    KROK 4: Nawilżane

    Dobrze nawilżający krem jest dla mnie ważny w codziennej pielęgnacji skóry. Latem stosuję kremy o lżejszej formule, zimą natomiast - te bardziej gęste i treściwe.


    Obecnie używam AntiPolution krem aktywnie dotleniający z SPF15 marki Farmona Professional. Jest on przeznaczony do każdego typu cery, ze wskazaniem na cerę zmęczoną i pozbawioną blasku. Jest on ze mną już przez większość zimy i dobrze się spisuje. Nie jest to taki typowy tłusty i treściwy krem. Ma on lżejszą konsystencję, ale daje radę z nawilżaniem. Zimą zabezpiecza skórę przed wpływem niekorzystnych czynników zewnętrznych takich jak na przykład mróz. Przez czas jego stosowania nie miałam problemu z suchymi skórkami, ani przesuszoną skórą.

    Zaraz po użyciu kremu na twarz, aplikuję jeszcze odrobinę bezbarwnej pomadki lub wazeliny na usta, aby powoli zaczęła się już wchłaniać w skórę. W międzyczasie przystępuję do zrobienia makijażu. A dzięki temu, że usta są nawilżone pomadki potem ładnie na nich wyglądają.


    Tak wygląda moja poranna pielęgnacja twarzy. Jest prosto, szybko, ale skutecznie.

    A Wy jakie kosmetyki stosujecie w porannej pielęgnacji skóry twarzy?

    0 0

    Tego typu maski kojarzą mi się głównie z wizyt w salonie kosmetycznym. Na koniec zabiegu pielęgnacyjnego najczęściej aplikowało się maskę algową. Jakiś czas temu kupiłam sobie nawet taką maskę, aby stosować ją w domu. Do wyboru były tylko duże opakowania - 250 g lub większe. Nie daje to szans na różnorodność, bo trzeba potem robić takie same maski przez długi czas. A nieraz potrzeba trochę urozmaicenia. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja wypróbować maski Initiale, to chętnie z niej skorzystałam.




    Maski te powstały w wyniku adaptacji receptur przygotowanych do profesjonalnego użytku w taki sposób, aby każdy mógł używać je samodzielnie w domu. Jest to bardzo proste, a cała procedura przygotowania i aplikacji rozpisana jest na odwrocie opakowania.




    W każdym opakowaniu znajduje się saszetka z odmierzoną odpowiednią ilością proszku. Wystarczy tylko wsypać jej zawartość do pojemnika i dodać 50 ml wody. Następnie około minuty mieszać do uzyskania jednolitej konsystencji. Potem natychmiast równomiernie rozprowadzić powstałą mieszaninę, ponieważ zaczyna ona szybko zastygać. Maskę trzymamy na skórze ok. 15-20 minut. Potem delikatnie ściągamy zaczynając od zewnętrznych stron twarzy.



    Saszetka zawiera 15 g produktu, a jej cena to ok. 9 zł. Wystarcza to na jedną aplikację na twarz i szyję. Gdy chcemy użyć jej tylko na twarz, to można spokojnie podzielić na dwa razy. Maski mają tak dobrane składniki, aby były dostosowane do różnych potrzeb cery. Dostępnych jest 8 wariantów. Ja miałam 3 z nich:

      • ŹRÓDŁO MŁODOŚCI - maska ta ma za zadanie nawilżać skórę, nadać jej elastyczność i redukować zmarszczki. A to wszystko dzięki użyciu w niej składników takich jak: kolagen morski, peptydy, enzymy i aminokwasy. 
      SKŁAD: sodium diatomeae, calcium sulfate hydrate, algin, tetrasodium pyrophosphate, xanthan gum, hydrolyzed collagen, rosa canina fruitextract, yellow 5 lake, magnesium oxide, cichorium intybus rootextract, aqua, glycerin, cymbopogon martini oil, copaifera officinalis resin, casalpinia spinosa gum, gluconolactone, sodium benzoate, rosa amascena floweroil, geraniol, linalool, citral, farnesol, citronellol.


          • MINERALNE WZMOCNIENIE - jej zadaniem jest odświeżyć, wzmocnić i silnie tonizować skórę. Główne składniki w niej użyte to: chlorophyll, spirulina, witaminy A, C, E. Zawiera też mentol, który daje bardzo przyjemne uczucie chłodu na skórze. Dlatego fajnie będzie się ją używało latem.
          SKŁAD: sodium diatomeae, calcium sulfate, algin, tetrasodium pyrophosphate, xanthan gum, spirulina maxima power, magnesium oxide, mentha piperita oil, menthol.


            • ODŻYWCZA PIELĘGNACJA - maska ta ma za zadanie tonizować, uelastyczniać i wzmacniać skórę. Jej  główny składnik to acerola, która jest jednym z najbogatszych w witaminę C owoców.
            SKŁAD: sodium diatomeae, calcium sulfate hydrate, algin, tetrasodium pyrophosphate, xanthan gum, oryza sativa powder, sodium ascorbate, maltodextrin, parfum, malpighia punicifolia fruit extract, magnesium oxide, CI 12085 yellow 6 lake, hexyl cinnamal, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, linalool, limonene, coumarin, geraniol, amyl cinnamal, citronellol, citral, cinnamal, cinnamyl alcohol, eugenol.


              Maski te bardzo fajnie sprawdziły się. Po ich ściągnięciu skóra była niesamowicie nawilżona, elastyczna i gładka. Stanowią świetne uzupełnienie mojej zimowej pielęgnacji. Stosuję je na zakończenie zabiegu z zastosowaniem ultradźwięków lub kwasu migdałowego, aby uspokoić skórę. Bardzo prosto  ściąga się te maski peel-off. Schodzą w postaci dużego płatu. A jak zostaną jakieś resztki, to łatwo zmyć je namoczonym wacikiem.


              Minusem tego typu masek jest to, że trzeba uważać przy ich aplikacji, aby nie dostały się na włosy. Potem trudno je z nich zmyć jak już zaschnął. A także to, że trzeba je szybko nakładać na twarz, bo jak maska zastygnie w pojemniku, w którym była rozrobiona, to już jej nie nałożymy. Nie pomoże tu dolanie wody i próba ponownego jej zmieszania. Dlatego maski te przygotowujemy tuż przed aplikacją.

              Maski Initiale dostępne są w wielu sieciach handlowych jak na przykład: Lidl, Rossmann czy Hebe. Można je też kupićza pośrednictwem sklepu internetowego: www.sklepprobio.pl. Marka Initiale została uhonorowana tytułem "Dobra Marka 2016" w kategorii odkrycie roku.

              Używacie tego typu maski ??
              Co o nich sądzicie ??

              0 0



              W zeszłym roku drukowałam przykładowe strony z różnych plannerów, aby sprawdzić czy taka organizacja się u mnie sprawdzi. Niestety nie sprawdziła się. Próbowałam też prowadzić Bullet Journal - to również jest nie dla mnie. Co prawda są sprawy, które muszę sobie zanotować, ale nie mam ich aż tyle, żeby był mi potrzebny do tego duży planner.


              W przyszłości różnie może jeszcze być, ale na chwilę obecną wystarcza mi taki mały kalendarzyk. Mój jest akurat z Pepco - kosztował ok. 7 zł. Ma ładną okładkę w piórka, jest niewielki i mogę go nosić w torebce. Ma on także miejsce na dodatkowe notatki  na dole strony. Biorąc pod uwagę moje obecne potrzeby taki kalendarz jest dla mnie wystarczający.



              Kity, które próbowałam używać, ale nie podoba mi się ich działanie, to dwa produkty od Lirene. Miałam już wiele kosmetyków tej marki, z których jestem bardzo zadowolona. Jednak czasem trafiają się też i takie, z którymi się mniej polubię.


              Gdy szukałam opinii o tym perłowym musie do ciała Orientalna Magnolia, to znalazłam wiele pozytywnych. Ja niestety nie należę do osób lubiących balsamy rozświetlające. Denerwują mnie te błyszczące drobinki na skórze. Jedyne co mi się w nim podoba to zapach. Jest taki słodko kwiatowy. I to wszystko.


              Niestety nie radzi sobie z nawilżeniem mojej skóry. Nie mam problemów z jej suchością. Zaraz jak tylko ten perłowy mus się wchłonie, to moja skóra w dotyku jest taka sama jak była przed posmarowaniem. Z tą różnicą, że się strasznie błyszczy. Pozostaje na niej wiele malutkich i delikatnych błyszczących drobinek. Mi one przeszkadzają. Dlatego oddałam go mamie. Ja nie mogę się do niego przekonać.


              Kolejny produkt to Egzotyczna Orchidea wygładzający balsam pod prysznic. Jest on bardzo kremowy. Używanie go to tak jakby się myć balsamem (w końcu to jest przecież balsam do mycia). Ma oczyszczać skórę, a po kąpieli nie mamy już mieć potrzeby zastosować balsamu nawilżającego. Dla mnie trochę dziwne połączenie. Niestety nierównomiernie się go rozprowadza po skórze. W jednych miejscach jest go za dużo, a w innych za mało. Nie pieni się, ale to nie byłby problem, bo nieraz już miałam różne niepieniące się emulsje do mycia i dobrze się ich używało. Ten niestety nie oczyszcza skóry, ani jej też nie nawilża. Po jego użyciu czuję się dalej brudna, a do tego oblepiona. Niestety, jak to mówią: temu panu już podziękujemy.



              Tak jak wspominałam w poście z moimi planami na jesień i zimę - rozpoczęłam depilację laserową pach. Jestem już po kilku zabiegach. Włosów jest mniej, ale to jeszcze nie koniec moich wizyt w salonie kosmetycznym. Po każdym takim zabiegu skóra jest podrażniona działaniem lasera. W łagodzeniu tych podrażnień sprawdza się u mnie Alantan. Drugim produktem, po który często sięgałam i bardzo mi pomógł jest maść ochronna z witaminą A. Myślę, że nie muszę się tu o niej rozpisywać, bo chyba każdy o niej słyszał i ją stosował. Mi też wiele razy pomogła, zwłaszcza z walką z podrażnieniem nosa po długotrwałym katarze.



              Chciałabym również wspomnieć o bardzo fajnym tuszu do rzęs, który ostatnio używałam. Jest to Rimmel Extra 3D Lash. Do tuszy tej firmy podchodziłam sceptycznie, bo do tej pory nie trafiłam na żaden, który by sprostał moim oczekiwaniom. Ten kupiłam przypadkiem, bo był na promocji i spodobała mi się jego szczoteczka. Okazał się bardzo dobry, ponieważ ładnie podkreśla i rozczesuje rzęsy. Na początku był nieco za rzadki, ale to dobrze, bo z czasem zgęstniał i stał się w sam raz. Dzięki temu wystarczył mi na parę miesięcy. Daje efekt naturalnych rzęs, lekko je wydłuża i nie skleja. Jedna jego warstwa wystarczyła, aby osiągnąć efekt taki jaki lubię.


              W styczniu natrafiłam na kilka ciekawych filmów. Pierwszy z nich to "Iluzjonista" (2006 r.). Jest w tym filmie trochę elementu baśniowego, ponieważ główny bohater to syn biednego rzemieślnika, który zakochuje się w pięknej księżniczce. Ich uczucie nie ma żadnych szans, a dodatkowo rodzina dziewczyny szybko ich rozdziela. Spotykają się dopiero po latach. Ona ma zostać żoną następcy tronu, on jest iluzjonistą znanym jako Einsenheim. Swoimi występami przykuwa uwagę pretendenta do tronu - Księcia Leopolda. Pewien, że iluzjonista jest jedynie oszustem, Książę zjawia się na jednym z przedstawień mężczyzny celem zdemaskowania jego występu. Odtąd rozpoczyna się wielka potyczka pomiędzy iluzją a rzeczywistością.


              Jest to bardzo wciągający film, ze znakomitym zakończeniem. W przypadku większości filmów jestem w stanie przewidzieć co się wydarzy na końcu, tutaj jednak nastąpiło całkowite zaskoczenie. W komentarzach pod tym filmem wiele osób polecało obejrzeć również"Prestiż" (też z 2006 r.). Film opowiada o dwóch młodych iluzjonistach, którzy żyją w przyjaznych stosunkach. Gdy ginie żona jednego z nich, mężczyźni stają się śmiertelnymi wrogami. Chociaż między nimi narasta coraz większa wrogość, to łączy ich obsesja na punkcie magicznego rzemiosła. A pragnienie prześcignięcia rywala w sztuce iluzji zaczyna być dla obu coraz bardziej niszczące. Film ten obfituje w wiele zaskakujących zwrotów akcji.


              Na koniec jeszcze polecam film"Dzieci z Jedwabnego Szlaku" (2008 r.).  Jego akcja toczy się w latach 30 XX wieku, gdy japońska armia okupowała większość chińskiego terytorium. Centrum Szanghaju pozostawało jednak enklawą europejskiego luksusu i względnej wolności. W grudniu 1937 r. armia japońska rozpoczęła napaść na  Nanjing - miasto leżące kilka godzin drogi od Szanghaju. Pomimo blokady wojenni reporterzy prasowi chcieli dotrzeć do Nanjing. Jednym z nich był młody Anglik George Hogg. Podstępem udało mu się tam dostać. Mężczyzna cudem unika śmierci za sprawą chińskiego partyzanta i amerykańskiej sanitariuszki. Następnie zostaje opiekunem grupy chińskich sierot wojennych. Pamięć o nim pozostała żywa wśród ocalonych. Film ten jest oparty na prawdziwej historii.


              0 0
            • 02/04/17--07:58: Wishlist



            • Lubię na innych blogach przeglądać wishlisty. Zwłaszcza te kosmetyczne. Często zdarza się też tak, że jakieś z tych rzeczy mnie zainteresują, więc trafiają potem i na moją listę. Dziś chciałabym Wam zaprezentować co się na niej znajduje.



              1. Holika Holika DODO CAT Glow Cushion BB - miałam już do czynienia z typowymi azjatyckimi kremami BB. Byłam z nich zadowolona. Teraz jednak chciałabym wypróbować jak używa się i jaki efekt daje cushion. Producent opisał go jako lekki krem BB "na gąbeczce", ponieważ aplikuje się go w ten sposób. Dodatkowo bardzo podoba mi się to opakowanie z kotem.

              2. NABLA pudrowy bronzer - obecnie chętnie sięgam po bronzer marki KOBO w kolorze Sahara Sand. Zaczyna on jednak już powoli kończyć się i coraz więcej dna widać w opakowaniu. Czytałam wiele dobrych opinii na temat kosmetyków marki Nabla. Między innymi ich bronzery są chwalone. Chciałabym teraz wypróbować jakiś inny. Zastanawiam się nad tym w odcieniu Gotham.

              3. Golden Rose zestaw do stylizacji brwi - ostatnio testuje różne produkty do brwi. Zaciekawiła mnie jedna z nowości GR, a mianowicie ten zestaw cieni z woskiem w odcieniu numer 2 Ash.



              4. PUPA kolekcja limitowana RED QUEEN - rzadko kiedy zdarza się tak, że podoba mi się większość produktów z jakiejś kolekcji. Przeważnie 1 lub 2. W przypadku Red Queen chciałabym wszystko. Niestety trudno jest mi się zdecydować co wybrać. A powinnam się spieszyć, bo produkty te już zaczynają się kończyć i coraz trudniej je dostać.



              5. BIO IQ kosmetyki - w lutym skończy mi się kilka kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji twarzy, m.in. krem, serum, peeling enzymatyczny. Chciałabym teraz wypróbować inne, a że zaciekawiła mnie marka BIO IQ, to pewnie coś u nich poszukam.



              6. The WET BRUSH - mój Tangle Teazer jest już coraz bardziej wymęczony, dlatego zastanawiam się nad jakąś inną szczotką. W filmiku z ulubieńcami 2016 roku  Katosu pokazała szczotki tej marki. Zaciekawiły mnie one i się zastanawiam na zakupem tej pokazanej tu na zdjęciu.

              7. Glam Shop - bardzo podoba mi się to jak Hania rozwija swój sklep i jakie nowości wprowadza. Chciałabym w tym roku wypróbować jej cienie do powiek. Nie wiem jeszcze czy kupię kilka z tych pojedynczych, czy zdecyduję się na którąś z edycji Glam Box. 

              8. Makeup Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation - w zeszłym roku sporo czytałam na jego temat i stwierdziłam, że chciałabym go w końcu wypróbować.

              0 0

              Czy zdarzyło Wam się mieć ropne zmiany na policzkach, podczas gdy reszta cary była w dobrym stanie? Ja doświadczałam takiej sytuacji. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że jest to związane z reakcją skóry na barwniki (a szczególnie czerwony) zawarte w różach do policzków. Mogą one powodować wysypki i podrażnienia. A występują w miejscu, gdzie aplikujemy róż. Niestety te zmiany na skórze długo się potem goją. Przypuszczam, że wiele osób może o tym nie wiedzieć. 


              Nie chcę rezygnować z używania róży do policzków, ponieważ lubię efekt jaki dają. Dlatego postanowiłam zacząć używać te z naturalnym składem, bo chciałabym mniej szkodzić mojej skórze i nie pogarszać jej stanu. Z tego powodu do moich kosmetyków dołączył prasowany róż marki Lily Lolo.


              Lily Lolo ma jeszcze w ofercie róże sypkie. Jednak ja wolałam ten prasowany. Jest to fajne rozwiązanie dla osób lubiących minerały, ale niemogących opanować ich sypkiej formuły. Róż znajduje się w małym, eleganckim opakowaniu z lusterkiem mieszczącym 4g produktu. Jest to fajne rozwiązanie, bo nie zajmuje dużo miejsca w kosmetyczce.


              Róż kosztuje 60,20 zł i można go kupić TUTAJ. Nie jest to mało, ale jest bardzo wydajny, ma świetny skład, a dodatkowo warto wypatrywać różnych promocji w sklepie.


              Spodobał mi się odcień Coming up Roses. Jest to brudny, chłodny róż o matowym wykończeniu. W okresie jesieni i zimy lubię sięgać po takie kolory. W opakowaniu wygląda na bardzo ciemny kolor. Jednak dopiero po aplikacji na skórze ukazuje się całe jego piękno. Jest on bardzo mocno napigmentowany. Wystarczy leciutko musnąć po nim pędzlem, a już nabiera się go wystarczająco. Dlatego używam go około dwa tygodnie, a nie widać żadnego zużycia.


              Odkąd go używam ten róż, to nie pojawiają mi się nowe zmiany ropne na policzkach. Tylko te, które już miałam goją się. Wszystko to dzięki temu, że ma on bardzo fajny skład. Gdybym nie wiedziała, że to róż, to wzięłabym go za kosmetyk pielęgnacyjny. W składzie zawiera m.in.: olej jojoba, olej arganowy, olej z pestek granatu, olej manuka. No spójrzcie sami na ten skład: 
              MICA, SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, ARGANIA SPINOSA (ARGAN) KERNEL OIL, PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL, TOCOPHEROL, HELIANTUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA) OIL, SODIUM HYALURONATE, ERYNGIUM MARTIMUM CALLUS CULTURE FILTRATE, [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)]


              Jeśli chodzi o trwałość, to jest ona dobra. Aplikowałam go zarówno na podkład mineralny jak i tradycyjny. Za każdym razem nie miałam mu nic do zarzucenia. Podoba mi się w nim też to, że intensywność koloru na skórze zależy od ilości nakładanych warstw. A dodatkowo jest to kosmetyk wegański. Lubię go używać i bardzo chętnie po niego sięgam. Jak na razie nie mam mu nic do zarzucenia.

              Mieliście róże do policzków marki Lily Lolo?
              Co o nich sądzicie?

              0 0

              Chętnie czytam tego typu posty, więc czemu nie napisać o tym i u mnie? A tak właściwie, to zmobilizował mnie to tego wpis Ani z bloga Balbina Ogryzek. Dołączam do zabawy i już pokazuję co jest w mojej torebce. Nie noszę przy sobie żadnych dziwnych przedmiotów. Tylko, to co jest mi potrzebne. Czasem robi mi się bałagan ze zbyt dużej ilości trzymanych paragonów. Jednak dziś był akurat dzień sprzątania torebki.



              Może zacznę od tego, że mam zawsze dużą torebkę. Małe się u mnie nie sprawdzają. Na co dzień nie trzymam w niej wiele, ale potrzebuję sporo wolnego miejsca. Związane jest to z tym, że gdy zrobię mniejsze zakupy, to nie lubię ich nosić w osobnych reklamówkach, tylko dorzucam do torebki. Pozostając jeszcze przy temacie torebek, to nie mam ich zbyt wiele. Mam jedną jasną i jedną ciemną. Najczęściej wygląda to u mnie tak, że jak "czepię" się jednej torebki, to noszę ją do czasu aż się rozleci i nie nadaje się już do użytku. Wtedy kupuję nową. Nie jestem torebkoholiczką.


              Podstawę organizacji torebki - można nawet rzec, że jej rdzeń - stanowi kosmetyczka, w której trzymam najpotrzebniejsze przedmioty. Mam tu długopisy, kartki do notowania i kalendarzyk, bo często coś zapisuję. Zawsze pod ręką chcę mieć też lusterko, bibułki matujące, krem do rąk i coś nawilżającego do ust (najczęściej bezbarwną pomadkę lub błyszczyk). W torebce noszę też tabletki (coś przeciwbólowego, Stoperan i Nospe). Mam też reklamówkę, w razie gdy trzeba spakować większe zakupy. A także mały, składany parasol. Czerwony portfel dostałam jakiś czas temu w ramach współpracy. Mam już go prawie rok i bardzo dobrze się trzyma. Więcej jego zdjęć zamieściłam w tym poście.


              Gdy zmieniam torebkę, to przekładam tą kosmetyczkę plus kilka innych rzeczy (m.in. dokumenty z kieszonki, klucze do domu) i już jestem przepakowana. 

              A Wy co nosicie w swoich torebkach? 
              Dołączycie do zabawy i pokażecie?

              0 0


              Na początek może zacznę od tuszu do rzęs, który mi podpadł. A potem przejdę już do przyjemniejszej części tego posta, czyli kosmetyków, które lubiłam używać w lutym. Tym tuszem, który się u mnie nie sprawdził jest Catrice 3D Lash Multimizer Effect Mascara. Z założenia miał dawać efekt pogrubiająco-wydłużający. Dodatkowo ma silikonową szczoteczkę. Czyli wszystko to co lubię. Gdy przygotowując się do pisania o nim w tym poście czytałam jego opis, to właściwie u mnie działa dokładnie na odwrót niż powinien. 


              Po jego użyciu rzęsy nie wyglądają jak rozłożony wachlarz. Są posklejane i jest na nich pełno grudek. Niewygodnie używa się też jego szczoteczki, ponieważ jest ona dość duża, przez co nie dociera do kącików oczu i nie mogę tam rzęs ładnie podkreślić. Ale to jeszcze nie wszystko co mam do zarzucenia temu tuszowi. Bardzo dziwnie się go zmywa. Przeważnie, gdy przykładam wacik nasączony płynem micelarnym i chwilę potrzymam go na powiece, to makijaż wraz z tuszem ładnie się rozpuszcza. Tusz z Catrice robi coś innego - kruszy się. Zmywa się go z oczu w postaci małych grudek. Poprzestanę już może na tym zrzędzeniu i przejdę do bardziej miłych fragmentów.


              W lutym zużyję peeling enzymatyczny, który mam od paru miesięcy. A jest to Crystal Peeling Gel marki Skin79. Do tej pory jakoś tak się złożyło, że nie napisałam jego recenzji. Dlatego chciałabym tu o nim wspomnieć. Już od dawna nie stosuję peelingów mechanicznych. Za bardzo podrażniały moją skórę. Peeling enzymatyczny natomiast fajnie rozpuszcza zrogowaciały naskórek. 


              Bardzo chciałam go wypróbować też z tego powodu, że jest to gommage. Jest to rodzaj peelingu enzymatycznego, czyli zawiera w składzie enzymy, które złuszczają martwy naskórek. A używa się go podobnie jak gumkę do mazania. Aplikuje się go cienką warstwą na skórę twarzy (z pominięciem okolic oczu i ust). Po kilku minutach peeling lekko przysycha. Następnie wykonujemy palcami masaż okrężnymi ruchami. Powoduje to rolowanie i ścieranie się kosmetyku. A wraz z nim usuwamy też martwy naskórek. Resztki kosmetyku można spłukać letnią wodą.


              Do pielęgnacji skóry rąk i stóp używam sobie w lutym dwa produkty marki Lirene:
              - ODŻYWIENIE olejkowe serum do rąk, skórek i paznokci zawierający 3,5% olejku arganowego i babassu;
              - STOP SZORSTKOŚCI intensywnie wygładzający krem-koncentrat do stóp zawierający 20% mocznika


              Oba te kremy dobrze się u mnie sprawdzają. Zapewniają skórze odpowiedni poziom nawilżenia, szybko się wchłaniają i nie zostawiają tłustego filmu. Krem do dłoni stosuję zimą bardzo często, aby eliminować suchość, szorstkość i spierzchnięcie skóry, więc dużo ich zużywam.


              A teraz coś, co dostałam jeszcze w grudniu na mikołaja, a zaczęłam używać dopiero w lutym. Niestety wszystko przez choróbsko, które mnie dopadło w grudniu. Nigdy jeszcze nie zmagałam się tak długo z katarem. Dopiero w ostatnim tygodniu stycznia odpuściło i zaczęłam odzyskiwać możliwość odczuwania zapachów. Wtedy też zaczęłam używać te wody toaletowe DAG MAR. Mają ciekawe zapachy. Niestety nie są one trwałe. Ale mimo wszystko je używam tak dla urozmaicenia. 


              Najbardziej podoba mi się zapach o nazwie Sunflower. Jest on bardzo ciepły, najmocniejszy z tych trzech. Nuty zapachowe w nim zawarte to:
              • głowa: kwiat pomarańczy, melon, brzoskwinia
              • serce:irys, róża herbaciana, cyklamen, osmantus
              • baza: drzewo sandałowe, mąkla tarninowa

              Bardzo ładny zapach ma też Lily:
              • głowa: brzoskwinia, jabłko, zielony hiacynt
              • serce: lilia, róża, jaśmin
              • baza: bursztyn, piżmo

              Do wyboru jest jeszcze Magnolia:
              • głowa: czarna porzeczka, mandarynka, grejpfrut
              • serce: magnolia, jaśmin, kwiat pomarańczy
              • baza: paczula, drzewo sandałowe, cedr, wanilia, piżmo


              Od pewnego czasu przerzuciłam się na róże mineralne. W lutym używałam na zmianę FreshMinerals oraz Lily Lolo


              Jak się okazuje moja skóra nie toleruje czerwonych barwników używanych w zwykłych różach. Miałam wysyp pryszczy zawsze w tej samej okolicy na policzkach. Od kiedy używam róży mineralnych policzki powoli mi się goją i nie wyskakują już nowe zmiany na nich. Od razu ładniej wygląda podkład, gdy jest zaaplikowany na skórę o jednolitym zabarwieniu i bez żadnych grudek. Teraz zimą lubię róże w takich ciemniejszych, brudnych odcieniach.



              Niestety w lutym nie natrafiłam na żadne ciekawe filmy ani książki, o których mogłabym tu wspomnieć. Chciałabym Wam za to polecić ciekawy kanał makijażowy, który odkryłam przypadkiem w tym miesiącu. Trafiłam na niego w filmach polecanych na YT. Do jego subskrypcji zachęciła mnie świetna jakość nagrywanych filmów, a także udzielane w nich wskazówki i prezentowane makijaże. Kanał ten nosi nazwę Adrianna Grotkowska Make Up. Prowadzi go bardzo sympatyczna dziewczyna. Szkoda, że ma tak mało subskrypcji. Niedawno zamieściła filmik o tym jak poprawić makijażowe wpadki. 
               

              A Wy znacie może ten kanał?

              0 0

              W filmie z ulubieńcami roku 2016 Agnieszka (nissiax83) pokazywała między innymi Naturalny błyszczyk do ust oraz Naturalną mascarę marki Lily Lolo. Tak się złożyło, że ja w tym czasie używałam tusz z Catrice, z którego nie byłam zadowolona - wspominałam o nim w tym poście. Dlatego szukałam jakiegoś innego. Zdarzało mi się już kupować kosmetyki, które Agnieszka polecała, dlatego chciałam wypróbować ten tusz, a przy okazji również i błyszczyk.



              Lily Lolo naturalna mascara

              Występuje tyko w kolorze czarnym. Mi to nie przeszkadza, bo tylko po takie odcienie tuszy do rzęs sięgam. Ma mocny czarny kolor. Znajduje się w biało-czarnym opakowaniu. Jest ono bardzo minimalistyczne graficznie, ponieważ zamieszczone jest na nim tylko logo marki. Dzięki temu ładnie się prezentuje, a więcej informacji o tuszu znajduje się na jego kartonowym opakowaniu. Już od pierwszego użycia miał odpowiednią konsystencję. Używam go przez około miesiąc i jak na razie nie gęstnieje.


              Tusz zaopatrzony jest w zwykłą szczoteczkę, nie silikonową. Jednak bardzo dobrze się ją używa, głównie dlatego, że ładnie pogrubia, wydłuża rzęsy i nie robi na nich grudek. Świetnie je rozdziela i układa w ładny wachlarz. Moje rzęsy potrzebują do tego odrobine pomocy w postaci użycia zalotki, ale tusz robi całą resztę roboty. Nie ma potrzeby nakładania kilku jego warstw - mi spokojnie wystarcza jedna. W trakcie malowania nie odbija się na powiece i nie rozmazuje się. Ogólnie nie kruszy się i wytrzymuje cały dzień na swoim miejscu. Z jednym małym wyjątkiem. W lutym przez kilka dni był większy mróz. Wtedy tusz lekko się kruszył i ścierałam małe, czarne drobinki spod oczu. Jednak poza tym bardzo dobrze się spisuje. 


              Jest to pierwszy naturalny tusz do rzęs, z którym mam styczność. Dodatkowo jest on odpowiedni dla wegan. Jak na pierwszy raz, to jestem zadowolona z tego jak podkreśla rzęsy i jak się go używa. Znajduje się w opakowaniu pojemności 7 ml, jego cena to: ok. 70 zł.

              SKŁAD INCI:AQUA, MYRICA PUBESCENS FRUIT CERA (MYRICA PUBESCENS FRUIT WAX), PROPANEDIOL, COPERNICIA CERIFERA CERA (COPERNICIA CERIFERA (CARNAUBA) WAX), POLYGLYCERYL-6 DISTEARATE, SUCROSE STEARATE, ACACIA SENEGAL GUM, GLYCERYL DIBEHENATE, HELIANTHUS ANNUS (SUNFLOWER) SEED WAX), LACTOBACILLUS FERMENT, BIS-OCTYLDODECYL DIMER DILINOLEATE/PROPANEDIOL COPOLYMER, POLYGLYCERYL-10 MYRISTATE, ORYZA SATIVA BRAN CERA (ORYZA SATIVA (RICE) BRAN WAX), GLYCERYL CAPRYLATE, ROSA CANINA FRUIT OIL, ARGANIA SPINOSA KERNEL OIL, XANTHAN GUM, POTASSIUM SORBATE, GLYCERYL UNDECYLENATE, CI 77499 (IRON OXIDES).


              Lily Lolo naturalny błyszczyk do ust

              Podobnie jak tusz - błyszczyk również znajduje się w ładnie wyglądającym opakowaniu. Jest ono bardzo estetyczne, przezroczyste z czarnym logiem marki i nakrętką. Więcej informacji o produkcie znajduje się na kartoniku, w który był zapakowany.


              Jednak chciałam go wypróbować nie przez wzgląd na opakowanie, ale ze względu na skład. Zawiera m.in. witaminę E oraz olejek jojoba. Ostatnio często po niego sięgam, ponieważ pozostawia usta nawilżone, a w dodatku lekko połyskujące. Na plus jest też to, że nie ma klejącej się konsystencji. Jest bezzapachowy. Posiada wygodny w użyciu aplikator, który nie robi problemu z wydobyciem błyszczyka. Chodzi mi o to, że nie wydobywa go za dużo, tylko tyle ile potrzeba do jednorazowej aplikacji na usta. 


              Mam go w kolorze English Rose. W opakowaniu wydawało mi się, że będzie dla mnie za ciemny. A ja nie lubię mocno podkreślonych ust. Jednak w rzeczywistości jest on bardzo delikatny. Nie jest to produkt matowy. To błyszczyk, który nadaje ustom delikatny różowy kolor, a jednocześnie subtelny połysk. Jest on dość trwały. Jednak co jakiś czas potrzebuje naniesienia poprawek. Znajduje się w opakowaniu pojemności 4 ml, kosztuje ok. 50 zł.

              SKŁAD INCI:RICINUS COMMUNIS SEED OIL, OLEIC/LINOLEIC/LINOLENIC POLYGLYCERIDES, SORBITAN OLIVATE, CERA ALBA, SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL (JOJOBA OIL), MICA, AROMA, COPERNICIA CERIFERA CERA, CANDELILLA CERA, TOCOPHEROL [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 75470 (CARMINE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET)].


              Mieliście tą Naturalną mascarę lub Naturalny błyszczyk?
              Co o nich sądzicie?

              0 0

              Dzisiejszy post to nie jest recenzja. Nie opisuję na blogu próbek. No chyba, że o jakichś wspomnę w zużyciach. Dziś jednak postanowiłam zrobić od tego wyjątek. Odkryłam ostatnio ciekawą markę kosmetyczną, ale jak na razie wszystkie produkty, które przetestowałam są w formie próbek. Jednak niektóre z nich są dość spore, bo mają 40 - 50 ml pojemności. Ta marka to Balance Me, a natknęłam się na nią będąc jakiś czas temu w TkMaxx.


              Zainteresowałam się tymi kosmetykami, ponieważ spodobały mi się ich składy. Są bardzo naturalne, zawierają składniki, które lubi moja skóra, nie ma tam żadnych zapychaczy typu parafina. Postanowiłam kupić dwa zestawy próbek, aby przekonać się, czy warto sięgnąć też i po pełnowymiarowe.


              W skład pierwszego zestawu wchodzą:
              - Pure Skin Face Wash (50 ml) - czyli coś do mycia twarzy
              - Balancing Face Moisturiser (10 ml) - lekki krem nawilżający
              - Radiance Face Mask (30 ml) - maseczka do twarzy
              - Congested Skin Serum (7 ml) - serum do twarzy


              Drugi zestaw zawiera:
              - Cleanse and Smooth Face Balm - kolejny produkt do mycia twarzy
              - Moisture Rich Face Cream - krem nawilżający o gęstej i treściwej konsystencji
              - Natural Protection Moisturiser SPF25 - krem z filtrem SPF 25
              - Wonder Eye Crean - krem pod oczy
              - Rose Otto Face Oil - olejowe serum do twarzy

              Z tych wszystkich próbek kilka zwróciło moją szczególną uwagę. Dlatego rozważam zakup ich pełnowymiarowych opakowań. Chciałabym się dziś z Wami podzielić tym moim nowym odkryciem kosmetycznym, a przy okazji może też mi troszkę pomożecie. 


              Jednym z tych kosmetyków, które mnie bardzo zaciekawiły jest Pure Skin Face Wash, czyli produkt przeznaczony do mycia twarzy o bardzo lekkiej konsystencji (mimo że w składzie zawiera sporo olejów). Fajnie oczyszcza skórę, a przy okazji jej nie wysusza. Wśród tych próbek znalazł się jeszcze drugi kosmetyk do oczyszczania twarzy (Cleanse and Smooth Face Balm), ten mnie jednak nie zachwycił. Ma on bardzo gęstą i tłustą formułę, źle się go rozprowadza po skórze, a do tego po zmyciu pozostawia tłusty film. To nie dla mnie - ja wolę ten o lżejszej formule, a jego skład INCI jest następujący:
              Aqua, Decyl Glucosite, Lauryl Glucosite, Oryza Sativa (Rice) Barn Oil, Glycerin (Vegetable), Potato Starch Modified, Xanthan Gum, Moringa Oleifera (Moringa) Seed Oil, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Picea Albies (Spruce Knot) Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Anthemis Nobilis (Roman Chamomile) Flower Oil, Boswellia Carterii (Frankincense) Gum Oil, Citrus Aurantium Amara (Petitgrain/Bitter Orange) Leaf/Twig Oil, Cymbopogon Martini (Palmarosa) Leaf Oil, Cananga Odorata (Ylang Ylang) Flower Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid Potassium Sorbate, Citric Acid, Limonene, Linalool, Geraniol.


              Drugim kosmetykiem, który zwrócił moją uwagę jest Rose Otto Face Oil. Ten olejek do twarzy znajdował się w malutkim opakowaniu, bo miał tylko 5 ml pojemności, ale wystarczył mi na dwa tygodnie stosowania. Był bardzo wydajny, ponieważ na jedną aplikację używałam tylko kilka jego kropelek. Smarowałam tym z powodzeniem twarz, szyję i nieco dekolt. Jak na olejową formułę, to wchłaniał się dość szybko, a jak na naturalny produkt miał śliczny zapach (nieraz tego typu kosmetyki mają mocne, ziołowe zapachy, a ten nie). Do tego jeszcze spodobał mi się jego skład:
              Olea Europea (Olive) Fruit Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Camellia Oleifera (Camellia) Seed Oil, Limnanthes Alba (Meadowfoam) Seed Oil, Avena Sativa (Oat) Kernel Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Rosa Canina (Rosehip) Fruit Oil, Crambe Abyssinica (Abyssinian) Seed Oil, Borage Officinalis (Borage) Seed Oil, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Oil, Viola Odorata (Violet) Leaf Oil, Nelumbo Nucifera (Lotus) Flower Extract, Squalane (Olive), Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Oil, Tocopherol (Vitamin E), Rosa Damascena (Rose Otto) Flower Oil, Pelargonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil, Cymbopogon Martini (Palmarosa) Oil, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol, Eugenol, Farnesol.


              Kolejny kosmetyk, który polubiłam używać to Moisture Rich Face Cream. Jest to taki gęsty i treściwy krem, który zapewnia mojej skórze odpowiednią dawkę nawilżenia. Jego skład oparty jest na maśle Shea, olejku jojoba, które moja skóra bardzo lubi. Jest tu też mieszanka wielu innych olejków:
              Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin (Vegetable), Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Glyceryl Stearate SE, Cetearyl Alcohol, Cetyl Ricinoleate, Polyglyceryl-3 Dicitrate/Stearate, Aleurities Moluccana (Kukui) Seed Oil, Camellia Oleifera (Camellia) Seed Oil, Rosa Canina (Rosehip) Fruit Extract, Rubus Chamaemorus (Cloudberry) Seed Extract, Aloe ?Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Pelarogonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil, Rosa Centifolia (Rose Absolute) Flower Oil, Citrus Limon (Lemon) Peel Oil, Styrax Benzoin (Benzoin) Resin Extract, Chondrus Crispus (Carrageenan), Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract, Tocopherol (Vitamin E), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Sodium Stearoyl Lactylate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Potassium Sorbate, Citric Acid, Citronellol, Geraniol, Linalool, Citral, Limonene, Eugenol, Farnesol, Benzyl Benzoate.


              Przypuszczam, że gdy zrobi się cieplej, to ten krem będzie już za ciężki dla mojej skóry, ale wtedy pewnie chętnie sięgnęłabym po Balancing Face Moisturizer, który obecnie jest dla mnie za lekki.


              Ostatni kosmetyk, o którym tu wspomnę zachwycił mnie najbardziej. A jest nim Congested Skin Serum. Przeznaczone jest ono do wszystkich typów cery. Ma za zadanie uspokajać skórę, przywracać jej równowagę i koić. To serum świetnie sprawdza się w przypadku mojej mieszanej cery. Genialnie równoważy tłustą strefę T z pozostałymi suchymi partiami skóry twarzy. Stosuję je rano pod makijaż. Dzięki niemu skóra nie przetłuszcza się zbyt mocno. Jestem w dużym szoku, że jak zrobię makijaż koło 6 rano, to pierwsza bibułka matująca idzie w ruch dopiero koło godzony 13. Czegoś takiego do tej pory jeszcze nie doświadczyłam. Wystarczy mi tylko jedno użycie bibułki w ciągu dnia. Do tej pory częściej musiałam po nie sięgać. Przy okazji może zaprezentuję tutaj jego skład:
              Aqua, Oryza Sativa (Rice) Barn Oil, Glycerin (Vegetable), Moringa Oleifera (Moringa) Seed Oil, Picea Abies (Spruce Knot) Extract, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Extract, Papaver Rhoeas (Corn Poppy) Flower Extract, Iris Florentina (Iris) Root Extract, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flover Oil, Citrus Lomon (Lemon) Peel Oil, Litsea Cubeba (May Chang) Fruit Oil, Eucalyptus Globulus (Eucalyptus) Leaf Oil, Anthemis Nobilis (Roman Chamomile) Flower Oil, Kunzea Ericoides (Kanuka) Leaf Oil, Eugenia Caryophyllus (Clove) Bud Oil, Chondrus Crispus (Carrageenan), Sclerotium Gun, Xanthan Gum, Sorbitan Laurate, Sodium Stearyl Glutamate, Polyglyceryl-4 Laurate, Dilauryl Citrate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol, Eugenol.
               

              Może też to, że stosuję te kosmetyki wszystkie razem daje taki fajny efekt na skórze, ale mimo to bardzo chciałabym kupić to serum. Niestety w TkMaxx, do którego chodzę, pełnowymiarowe produkty marki Balance Me mają tylko do rąk i do ciała. Dlatego tu mam pytanie do was:
              - stosowaliście kosmetyki marki Balance Me?
              - a może wiecie, gdzie można je w Polsce kupić?

              Ciekawa jestem czy zagląda tu ktoś, kto stosował te kosmetyki i jakie ma zdanie na ich temat?

              0 0
            • 03/26/17--09:03: Dr Irena Eris Holistic Club
            • Czy słyszeliście o Holistic Club? Bo ja nie. Jest to program lojalnościowy marki Dr Irena Eris. Dowiedziałam się o nim przypadkiem. Tak się składa, że używam bardzo mało produktów tej marki. Postanowiłam trochę to zmienić. Skończył mi się podkład, dlatego skorzystałam z niedawnych promocji w drogeriach i kupiłam nowy. Tym razem chciałam wypróbować Provoke Dr Ireny Eris, ponieważ zbiera on dużo dobrych recenzji. Po jego wyjęciu z kartonika znalazłam tam jeszcze małą karteczkę z kodem i informacją, że na stronie http://www.club.drirenaeris.com/ można zdobywać prezenty za kody.



              Program ten polega na zbieraniu punktów na platformie i wymianie ich na nagrody. Najpierw jednak trzeba się zarejestrować. Kupony znajdują się w kosmetykach, które zapakowane są w kartoniki (ponieważ nie ma do nich dostępu personel sklepów, w których są one sprzedawane). Kod z kuponu trzeba wpisać na platformę klubu. Kupony mogą być 6-znakowe - wymagają one wpisania jeszcze 6 cyfr z kodu kreskowego z opakowania - oraz nowsze 10-znakowe, które nie mają już dodatkowych wymogów. Punkty dostaje się również za korzystanie z usług w Kosmetycznych Instytutach i Hotelach Spa Dr Ireny Eris. Są one automatycznie naliczane na konto - wystarczy tylko na recepcji podać login jaki mamy w programie. 




              Za zabrane punkty można wybrać nagrody. Są one pokazane w katalogu w strefie prezentów. Jest ich kilkadziesiąt do wyboru. Mogą to być kosmetyki do makijażu, kosmetyki pielęgnacyjne, vouchery rabatowe lub inne (np. notes). 




              Za rejestrację kuponu z zakupu podkładu Provoke otrzymałam 100 punktów. Za kilka dni mam jeszcze otrzymać punkty powitalne za założenie konta w programie. A potem zobaczymy jak to będzie dalej wyglądało z moim kupowaniem kosmetyków tej marki. 



              Słyszeliście o Holistic Club?
              Co sądzicie o tym programie?

              0 0

              W poście zatytułowanym TOP 4 gadżetów, które ułatwiają mi życie wspominałam między innymi o pędzlach. Mój zbiór pędzli powoli się rozrósł. Ale to bardzo dobrze, bo lubię je porównywać i testować w różnych warunkach i z różnymi kosmetykami. Dziś chciałabym pokazać Wam moich ulubieńców jeśli chodzi o pędzle przeznaczone do konturowania twarzy. Mam tu na myśli pędzle do bronzera, różu oraz rozświetlacza. Są to egzemplarze, po które sięgam najczęściej i nie dopatrzyłam się w nich żadnych wad.



              LILY LOLO Tapered Contour Brush


              Najnowszym pędzlem w moim zbiorze jest ten z Lily Lolo. Przeznaczony jest do podkreślania rysów twarzy. Bardzo chciałam taki lekko szpiczasty pędzel. Można nim aplikować zarówno bronzer, róż jak i rozświetlacz. Ja - w zależności od potrzeb - właśnie tak na zmianę go używam. Podoba mi się w nim to, że nie ma tak mocno zbitego włosia jak inne moje pędzle. Świetnie się to sprawdza w przypadku kosmetyków mocno napigmentowanych, z którymi można łatwo przesadzić z ilością koloru. Nabiera takiego produktu mniej i tworzy delikatną mgiełkę na skórze. Dodatkowo jest to pędzel, który najszybciej wysycha po umyciu. Jest on odpowiedni dla wegan. Jego cena to ok. 45 zł.


              ZOEVA 126


              Gdy kupowałam pierwsze pędzle tej marki, to były one dostępne tylko w wersji z czarnymi trzonkami. Potem firma poszerzyła ich ofertę kolorystyczną. Gdy już zdecydowałam, że chcę kupić właśnie ten pędzel o numerze 126, to nie mogłam się powstrzymać i nie kupić go w kolorze Rose Golden. Popatrzcie na niego - wygląda przepięknie. A do tego bardzo dobrze się go używa. Ja aplikuję nim róż do policzków. Dla mnie do rozswietlacza jest za duży, a do bronzera mam inne. Wykonany jest z włosia syntetycznego, dlatego nadaje się też do aplikacji produktów o formule płynnej i kremowej. Włosie jest mięciutkie i dobrej jakości. Pędzel ten mam już około rok, regularnie go używam, więc często myję, a cały czas trzyma swój kształt i nie gubi włosia. Jego cena to ok. 70 zł.



              ZOEVA 105


              W moim zbiorze pędzli przeważają te marki Zoeva. Dlatego nie zdziwi Was pewnie fakt, że znalazł się w tym zestawianiu kolejny. Ten kupiłam z polecenia Aliny Rose. Prezentowała kiedyś na blogu pędzle, które poleca i był wśród nich właśnie ten. Producent przeznaczył go do aplikacji rozświetlacza i bronzera. Ja do tego właśnie go używam. Zrobiony został z mieszanki włosia syntetycznego i naturalnego. Podobnie jak w wyżej opisywanym pędzlu - w tym również włosie jest dobrej jakości i jestem z jego używania bardzo zadowolona. Jego cena to ok. 63 zł.



              MAESTRO 150 w rozmiarze 22


              Jest to jeden z pędzli, które mam najdłużej w swojej kolekcji. Będzie to już ok. 7 lat. Jak widzicie na zdjęciach cały czas dobrze wygląda i nadaje się do użytku. Długo kompletowałam i zastanawiałam się nad wyborem mojego pierwszego zestawu pędzli. Znalazł się w nim m.in właśnie ten o numerze 150. Ma włosie ułożone w szpic. Dzięki temu można nabrać nim produktu na czubeczek, a resztą niezabrudzonego pędzla go rozetrzeć. Najczęściej używam go do bronzera, bo do różu i roświetlacza mam inne. Co nie znaczy, że nie da się nim ich aplikować. Wykonany jest z miękkiego i sprężystego włosia syntetycznego. Jego cena to ok. 32 zł.



              Pędzli do konturowania twarzy mam jeszcze kilka. Jednak nie lubię ich aż tak bardzo jak tą czwórkę tu pokazanych. Mam nadzieję, że jeszcze długo będę z nich tak zadowolona. Na razie nie rozglądam się za nowymi, bo więcej mi ich nie potrzeba.  A Wy macie swoje ulubione pędzle do konturowania twarzy??

            older | 1 | .... | 26 | 27 | (Page 28) | 29 | 30 | 31 | newer